Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farbowanie wełny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farbowanie wełny. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

skarpetkowe farbowanie..

Nie, nie przebranżowiłam się jeszcze.. :D 

Ale kto bogatemu zabroni się pobawić.. 

Sznury rozwiesiłam na dwóch urzędowych krzesełkach, obliczając najpierw dystanse niezbędne do uzyskania przebiegu pasków takich, jakie mi się marzą. Krzesła rozstawiłam, i niczym filozof myśliciel, rozpoczęłam wędrówkę tam i nawrót, pokonując w sumie dystans łącznie ponad 1200 m (3 motki po 400m w 100g), w jednej ręce trzymając rozwijającą się parasolkę.. plecy czuję do tej pory :D 



Wrzuciłam do gara wraz z barwnikami, w przypadku pierwszego motka, niczym heroinista na głodzie dozując bez umiaru, bez kontroli jakiejkolwiek, licząc na efekt zgoła odmienny od "wrzuciłam ile wlezie, bo nie umiałam się opanować", ale wyszło jak wyszło - efekt tego szaleństwa już ubiegłego wieczoru postanowiłam przewinąć i przetestować..  ;) 


Takie techno w kulce mi wyszło :D


Na tym miał być koniec, ale ponieważ woda miała jeszcze po techno szaleństwie, sporo barwnika w sobie, skoczyłam po kolejny motek (co z przewijaniem na krzesłach trwało jakieś 20 minut) by w te pędy wrócić i do lekko schłodzonej już wody, kolejne moteczki wrzucić.


Powstał motek z paskami w dwóch odcieniach pomarańczy i brązoszarości, męski, dla Połówka, na cudownie luksusowej bazie (merino, kaszmir i jedwab - tak, poprzewracało się mi w d.... główce! ;)). Motek ochrzciłam: Socks in flames! :D 



Chwilę później mnie tchnęło, że to jednak niesprawiedliwe, że Połówek będzie nosił kaszmiry na nogach z jedwabiami, i poleciałam po kolejny taki sam motek. Wróciłam (znów 20 minut później) z towarzyszącym przekonaniem, że trochę mniejszy ten dystans zrobiłam tym razem (krzesła jakoś się bliżej siebie znalazły) - i z tą radością (przecież te motki miały dokładnie taki sam metraż, ale to do mnie dotarło nieco później) zabrałam się do pracy. Całą swoją uwagę skupiłam na mikro ilościach barwników dla stonowanej nieco, niż jej poprzedniczki, dziewczyńskiej skarpeteczki. Poznajcie: niuanse.



Farbowanie chociaż fascynujące, jest tak wycieńczającą fizyczną robotą, że choćby mi mieli miliardy zapłacić, nie podejmę się nigdy robienia tego na większą skalę niż na własne potrzeby. I tutaj należy się wszystkim farbującym ukłon, po ziemię, z czołem muskającym gruntu. Jestem centusiem i dusigroszem (krakowskie korzenie zobowiązują), ale jeśli mam zaoszczędzić śladowo tam, gdzie nie tyle talent, chociaż bez tego farbowanie bywa przeciętne, a wiadomo, że nie tego szukamy w ręcznie farbowanych włóczkach, co prawie katorżnicza fizyczna praca równa z kopaniem rowów jest nieodłączną częścią procesu farbowania, to szczerze mówiąc, chromolę oszczędzanie. 

Dlaczego katorżnicza? Zacznijmy od tego, że motki to trzeba przygotować do tego farbowania, przewinąć tryliard razy po drodze, przygotować studio, zabezpieczyć, nie mówiąc już o unoszącym się aromacie ogórka z zalewy octowej, tyle, że bez cukru i czosnku.. i to wszystko trzeba zrobić ZA KAŻDYM RAZEM! Wyobrażam sobie, że cała ta operacja, która w farbowaniu sprawia najwięcej frajdy, jest równie krótka, co mgnienie oka, i przypomina ekspresowo przemijające "bzium" maszyny do szycia podczas zszywania sukienki.. A jak podejrzewam, a te z Was które z maszyną do szycia obcują na co dzień, lub chociażby od święta, wiecie, że proces przed włączeniem i tuż po wyłączeniu maszyny zajmuje jednak najwięcej czasu. 

Z farbowaniem jest podobnie. Samo farbowanie, pikuś, wrzuć do garnka, posyp proszkiem, pogotuj.. gotowe.. 

Ale to ani nie początek, ani nie koniec. Przecież tę włóczkę trzeba wyciągnąć tak by nie sfilcować, wypłukać tryliard razy, rozwiesić, pomacać czy wyschła. Pal licho jak to jest jeden czy dwa motki, ale przy 10 albo 50 to się robi zwyczajna fizyczna praca! Plecy bolą mnie po 3 motkach, nie wyobrażam sobie co by mnie bolało po 50.. A jakby tak jeszcze chcieć te kulki ręcznie zwinąć potem, żeby paseczki w kulce podkreślić, trzeba by było znów wokół tych samych krzeseł zasuwać robiąc te kilometry. Przy 10 kuleczkach standardowej włóczki skarpetkowej (400m / 100g) - to tylko 4 km, ale razy 2, czyli 8. Przy 20, dystans się nieco zwiększa.. do ilu? 32 km? toż to więcej niż półmaraton!

Serce mi bije radośnie oglądając moje moteczki, ale trafia mnie coś jak sobie pomyślę, że muszę je z powrotem wyłazić.. może kiedyś skarpetki powstaną! może..  ;) 

Ściskam Was serdecznie! i idę się przejść.. wokół krzeseł...

A jeśli kiedyś pomyślisz, jakie to strasznie drogie są ręcznie farbowane skarpetkowe samopaskujące się włóczki - zafarbuj z 5 motków seryjnie. Gwarantuję, że szybko się z tego wyleczysz ;) 

Dodatek z dnia 16.11.2017 

Tak się prezentują włóczki w gotowych skarpetkach :) 




niedziela, 5 kwietnia 2015

lifting lukrecjowego farbowania.

Z racji tegoż, że swoim osmarkaniem usprawiedliwiałam przedświąteczne lenistwo maksymalne, które mnie naszło w ciągu kilku ostatnich dni, a dokładniej naszła mnie niemoc wynikająca z faktu, że jak mówię to sama siebie nie poznaję, zachrypiałam i dodatkowo dźwięki z siebie wydobywam jak co najmniej zza morza, jeśli nie z nocnika... no w każdym razie, kuruję się w to wiosenne (o matko! nareszcie słońce) świąteczne popołudnie i najnormalniej w świecie się nudzę... no bo nawet nicnierobienie może się w końcu przejeść, prawda?
Mimo tego, że ugrzęźliśmy w te święta w domowych pieleszach, otoczeni chusteczkami, miksturami i kropelkami, dobre humory nas nie opuszczają. I tak Połówek dał się dziś porwać video tutorialom i opiniom dotyczącym najlepszych sprzętów (czuję, że niebawem będziemy mieć kolejny odcinek z serii ;) ), a ja się wzięłam za to co Tygryski kochają najbardziej.. czyli miksuję. 

Po demonstracji Milisowego warkocza (klik) (do tej pory się zawieszam jak oglądam sobie te zdjęcia!), naszła mnie nieoczekiwana chęć na zmianę.. do fryzjera z katarem i to w sobotę przed świętami raczej mi się udać nie chciało, no to zawisłam nad garem w oparach octowych (katarek ma swoje dobre plusy podczas farbowania, prawda? ;) ) i ugotowałam co nieco. Wczoraj się suszyło, dziś tak się prezentuje: 


Wełenka to pozostałość po Lukrecjowym farbowaniu (klik). Nijak mi się nie chciał ten jeden motek  z niczym sparować, więc postanowiłam go nieco ujednolicić, nieco, bo ostatecznie do solida mu całkiem sporo brakuje, sporo jest w nim przejaśnień, niebieskości a nawet miejscami czerwieni lub bordo, które skąd się wzięły nie potrafię powiedzieć, bo konsekwentnie szaroróżowe motki farbowałam tym samym różem i niebieskościami, co powinno dać mniej lub bardziej wrzosofiolety.. i w sumie się udało, jest czasem tych wrzosów mniej, czasem więcej fioletów, czasem jakiś błękitek chabrowy, a innym razem brudna czerwień.. ale efekt mi się podoba, więc pokazuję. 

Ponieważ włókno to jest dość luksusową mieszanką, postanowiłam go zmiksować z innym, cudnie letnim i równie luksusowym włóknem. W ten oto sposób mam swoje własne lody pistacjowe skąpane borówkowym sosem! Projekt w głowie siedzi już od dawna, teraz tylko realizacja czeka!


Ale wracając do milisowego warkocza, wena jakby do mnie wróciła, niechybnie wraz z katarem i się urodziła idea fajna, wesoła, śmieszna.. no w każdym razie dla mnie chyba nietypowa, ale podobno warto czasem z pudełka wyjść i dać się ponieść.. no to się poniosłam! Najpierw kredki ostrugałam, potem wyszkicowałam, co mi w głowie się zalęgło, w wariantach różnych, bo to to się będzie nosić tak, siak i owak.... 


.. by ostatecznie narzucić oczka i dziergać, bezmyślnie i z rozkoszą... 


Za wcześnie na zachwyty na temat włóczki, ale rany! jak ona puchnie po wypraniu! Puchnie jak puch, puszy się i wypełnia każdą najmniejszą szczelinkę! a przy tym jest jak rzeczony puch leciusieńka! puch! normalnie się z pierzem pokocham! chyba czas najwyższy się przeprosić z singielkami! 
na razie tyle z placu boju, wracam do dziergania, kichania i oglądania, bo jedzenie, sami rozumiecie, nie smakuje jak powinno, więc nawet nie mam smaka wciągać.. 

Mam nadzieję że Wy się macie zdrowo, a dziś w końcu, po tych dniach ciężkiej przedświątecznej harówy, odpoczywacie? z drutem w ręku czy nie, ale byle z najbliższymi!
 tego Wam dziś serdecznie życzę! :)))


piątek, 16 maja 2014

Lukrecja..

Lubicie landrynki? Ja jakoś nie przepadam za nadmiarem cukru w cukrze, ale jak dodać do landrynkowej słodyczy odrobinę anyżku lukrecji smak zwykłego cukierka nabiera nowego charakteru. 
Przedstawiam zatem słodką landrynkę lukrecją okraszoną.


Wełna wykorzystana w tej farbowance to fingering merino z domieszką (10%) kaszmiru i nylonu. I powiem Wam szczerze - 10% robi różnicę ogromną! Wygląda na to, że znalazłam idealną wełnę do farbowania! 
Skręt w tej wełnie jest fachowo zwany perlistym, dzięki któremu farbowanie tej wełny w porównaniu do innych było czystą przyjemnością, a efekt uzyskany nie tyle jest piękny, co naprawdę wielowymiarowy. Barwniki wnikały jak masełko w rozgrzanego tosta, wysycenie koloru udało mi się uzyskać idealne, no, może mogłam tę szanowną landrynkowość osmolić większą dawką lukrecji, ale osobiście nie mogę wyjść z podziwu jak piękne kolorystycznie połączenie udało mi się uzyskać. I to tylko przy użyciu dwóch kolorów! 
Dwóch! :D 
Niebywałe!


Farbowanie, tym razem odbyło się metodą potocznie zwaną garową.. i podobnie jak w przypadku farbowania zachmurzonego nieba (klik) ta metoda gwarantuje sukces bez blaknięcia. Mimo tego, że się z tą wełenką nie patyczkowałam, nie puściła nawet odrobinki koloru podczas płukania tuż po farbowaniu. 
Zatem, przechodzę na garową stronę mocy i oficjalnie zakańczam moją współpracę z urządzeniem z "mikro" i "fala" w nazwie. 





Zafarbowałam całe 400 g, czyli 4 moteczki, niestety, ale podczas płukania moteczki się ze sobą poplątały i coś mi się wydaje, czeka mnie niezła przeprawa z rozplątywaniem podczas zwijania. 
Połówek dziś wraca, będzie miał zajęcie :D


Prosto z frontu, Natsumi poszło w kąt na rzecz Nelumbo-nie-nelumbo, w którym ledwie kilka rzędów dzieli mnie od zakończenia głównej części sweterka i rozpoczęcia prac nad rękawami! Nieskromnie powiem, wyszło lepiej niż oczekiwałam! Więcej szczegółów mam nadzieję już niebawem!

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę wspaniałego weekendu!

sobota, 10 maja 2014

pociąg do farbowania..niech mnie ktoś zatrzyma!

Podobno po każdej burzy wychodzi ostatecznie słońce, a po każdej słonej porażce nadchodzi moment słodkiego sukcesu. 
Udane farbowanie to z mojej perspektywy, na ten moment, nie tyle umiejętność dobrania proporcji barwników, sposobu farbowania do uzyskanego efektu, co bardziej łut szczęścia nowicjusza. I choć sromotna porażka, jaką odniosłam podczas chabrowego farbowania na chwilę mój zapał do całej zabawy w barwne kucharzenie ostudziła, wskoczyłam na przysłowiowego konia i złapałam byka za rogi! 
I wsiąkłam... lazurowo:


Zanim jednak opiszę Wam szczegółowo co i jak tym razem zadziało się w pracowni Małego Chemika, pokazuję efekty tuningowania chabru gradową burzą. 

przed tuningiem 

po tuningu

Burzowa wersja chabru zdecydowanie bardziej odpowiada moim oczekiwaniom, może uda mi się ostatecznie uzyskać w dzianinie efekt spranego dżinsu, jaki mi się na samym początku zamarzył... zobaczymy..


Jest taka włóczka, Botany Lace Araucani, która przez jakiś czas śniła mi się po nocach. Turkus zmieszany ze szczyptą żółci i prawie czerni. Piękna kolorówka, ale jakby niedofarbowana. Ponieważ turkusy lubię wyraziste, a szarości uwielbiam połączyłam te dwa kolory licząc na bezpieczne połączenie kolorów i oto co udało mi się zmalować:


Nie wiedzieć czemu dopiero o zmroku wpadłam na genialny pomysł, żeby zacząć farbowanie, a jak wiadomo kolory w świetle żarówki niespecjalnie pokrywają się z tym, jak prezentują się w świetle dziennym. Potrzeba zażegnania porażki i osłodzenia sobie życia małym, lazurowym sukcesikiem była jednak większa, niż zdrowy rozsądek. 
Tym razem farbowałam w miseczce, przygotowałam sobie wcześniej recepturę na stworzenie turkusu w ulubionym odcieniu, i polewałam jak leciało miksując naprzemiennie z szarością. Po zakończonej zabawie w taplanie się w misce całość zawinęłam w woreczek i wrzuciłam do mikrofali. Tym razem podgrzewałam robiąc przerwy pomiędzy kolejnymi cyklami i udało mi się nie doprowadzić do eksplozji.  


Już podczas wczorajszego wypłukiwania tej wełny po ostudzeniu zauważyłam, że po dodaniu preparatu do prania wełnianych produktów kolor się spiera i blednie w oczach. Zastanawia mnie w czym leży problem? Za mocny to środek do prania wełny farbowanej w warunkach domowych? czy cała procedura farbowania u mnie kuleje i barwnik się nie utrwalił? (o wszelką pomoc proszę specjalistki w temacie).
Mimo blaknięcia kolor mi bardzo odpowiada.. 
Jest takie miejsce w Krakowie, Zakrzówek... tak mi się właśnie ta wełna kojarzy... skały i lazur wody..


A skoro lazur i skały mi się marzą, co prawda w Krakowie, a nie na Chorwacji..eh.. To nie mogło zabraknąć i piaskowego Nelumbo-nie-Nelumbo.
Rozdzieliłam właśnie rękawki od reszty sweterka... nieskromnie powiem, bardzo mi się podoba, co do tej pory widzę. A Wy co myślicie?

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego i pełnego odpoczynku weekendu!

czwartek, 8 maja 2014

Mały Chemik w akcji.


W sprawie gustu ponoć się nie dyskutuje.. Ja się sprzeczać nie będę, ale nie mój ci ten niebieski                   z poprzedniego postu i już.. 
Dlatego poczyniłam eksperyment czterema podstawowymi kolorami, które oprócz niebieskiego znajdują się w moim asortymencie małego chemika, czyli czerwienią, żółtym, różem oraz czernią.
I oto donoszę:
  • Eksperymenty były 3, od najmocniejszych roztworów, aż po prawie śladowe ilości barwnika w cieczy.
  • na zdjęciach: im bliżej flaszeczki tym mocniejszy roztwór danego barwnika.
  • Ogólne wnioski - jak kobieto sypniesz za dużo czarnego to wyjdzie czarny, nawet z niebieskiego :D







A to wszystko zaczęło się od tego chabrowego błękitu..


To teraz czekam na Wasze opinie - na co farbować? co się podoba? 

Pozdrawiam!

Słomianość versus kreatywność.

Słomianość? Słomianowatość? Słomość? 

Jak nazwać poprawnie ten stan, w którym obecnie się znajduję? O konsultację u Pana Miodka się prosi... no prosi się jak nic!
Stan słomiany zwany również słomianym wdowieństwem, czyli chwilowe rozdzielenie z życiowym partnerem, to według niektórych moich Czytelniczek czas rozbudzenia kreatywności. Zastanawiające.. Czy to oznacza, że codzienny kontakt z partnerem zabija naszą kreatywność? Czy to może ta tęsknota, którą podczas rozłąki odczuwamy zmusza nas do wyjścia w procesie tworzenia poza ramy, do których przywykliśmy? Wiadome jest, że jak Go nie ma, to się nudzę ciutkę bardziej niż normalnie, i staram się upływ czasu nieco przyspieszyć najchętniej jakimś interesującym zajęciem, bo jak ręce pracują, oczy odnotowują niezaprzeczalny progres, to i zegarek nagle przyspiesza. Czy oznacza to jednak, że jak się nie nudzę, to nie jestem kreatywna? Albo, że jak On jest blisko, to pomysły mam kiepskie? 
Jak to z Wami jest? Obecność ukochanej osoby bardziej pomaga, inspiruje, wspiera i motywuje do kreatywnego działania, czy raczej najlepsze pomysły na jakie wpadacie zdarzają Wam się podczas rozłąki z Ukochaną Osobą?

Zmieniając temat... no nudzę się jak Połówek się gdzieś tam po świecie włóczy. Nudzę się przeokropnie. Nie potrafię się nudzić. Tylko w jednym miejscu nuda mimo zmniejszonej ilości doznań nie istnieje i jest to morze i plaża. Tam mogę siedzieć, kontemplować, okiem tylko mrugać godzinami i nigdy się nie nudzę. Ale teraz potrzebuję czuć upływ czasu, najlepiej mierzalny widocznym progresem. O tym co poniżej możemy chyba powiedzieć, że jest widoczne ;D Ale do tego zaraz wrócę... 



Nuda i brak pomysłów na dziewiarskie projekty to jeden z tych momentów, kiedy można mnie zastać podczas sprzątania, którego fanką nie jestem. Oczywiście sprzątam regularnie, ale bardziej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności. Pisałam Wam ostatnio, że szukając pomysłu posortowałam ciuchy na te, co "jeszcze założę",  "pewnie nie założę" oraz "nigdy przenigdy - po co Ty to trzymasz?!". Poszło całkiem sprawnie i jakoś nie miałam wyrzutów sumienia rozstając się z niektórymi rzeczami. Zapewne nie bez znaczenia było to, że potrzebowałam zrobić miejsce na moją ciągle powiększającą się kolekcję swetrów. Oto ona: 


Jedyne 18 sztuk, w tym 7 kardiganów, 3 golfy, 1 tunika, 1 sukienka... I wszystkie dostąpiły zaszczytu wystąpienia na blogu...
I takie moje całkiem niewinne pytanie, załóżmy, że już powoli zaczynam rozmyślać co zrobię, jak tych swetrów będę mieć za dużo... Co Wy w takiej sytuacji robicie? bo przyznam się szczerze, już powoli zaczynam odczuwać mały dyskomfort... Okazuje się, że buty i torebki są mi do życia zbędne w ilościach: "na każdą okazję", ale swetrów nigdy dość...;D


Wracając do tematu chemicznego kucharzenia.. te informacje traktujcie proszę ku przestrodze. Błękit, ładny czy nie, można się oczywiście posprzeczać. Mnie się osobiście nie podoba... Ale Połówek lubi. Marchewka z chabrowym błękitem to połączenie jak dla mnie idealne. Ale mój błękit miał być:
  • bardziej stalowy
  • bardziej stonowany
  • bardziej melanżowy
  • mniej niebieski
  • lepszy...
No ale nie wyszło, a przynajmniej nie tym razem. Farbowałam 4 motki na raz, ciężko było je wybarwić, podczas farbowania użyłam kilkanaście przeróżnych błękitów, niektóre były blade, inne ciemniejsze, stalowe, szare, turkusowe, zielonkawe, itp itd. Bawiłam się świetnie i... prawdopodobnie już na tym etapie wcierania w wełnę barwników mogłam ją subtelnie tym masowaniem sfilcować na mokro...
Ale to nie koniec bajki... żeby nie było tak pięknie postanowiłam te 4 motki w garze gotować zamiast do mikrofali dać, ale to nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że postanowiłam ciupkę wodę kolorami doprawić... i dodałam czarnego barwnika - dla uzyskania szarości i ... nosz kurcze blade, tego niebieskiego jeszcze! a po co? no nie wiem po co!
Koniec końców barwnik wchłonął się błyskawicznie, wełna zamiast przejść jest prawie jednolicie niebieska, i najchętniej posmarowałabym ją na jakiś... no nie wiem, ładniejszy niebieski? jakieś pomysły???


Marchewka powstała kompletnie inaczej. Chciałam się pobawić w efekt ombre, i udało się, minimalnie, stopniowo zanurzałam motek w garze z barwnikiem, wyciągałam i znów zanurzałam, aż w końcu wrzuciłam cały. Efekt końcowy bardzo mi się podoba, choć nie wiem czy widać na tym zdjęciu cokolwiek innego poza tą rażącą marchewką. 



Za wszelkie rady i porady jak nie filcować wełny podczas farbowania będę bardzo wdzięczna!
Za pomysł jak to zrobić, żeby złagodzić ten niebieski - będę po rękach całować. Kolory dostępne na ten moment w moim zestawie małego chemika to: czerwony, różowy, czarny, niebieski i żółty. Dodam tylko, że nie chciałabym całkowicie przefarbować, a co najwyżej podrasować, ztunningować  ;D

Z góry dziękuję! 

środa, 9 kwietnia 2014

Eksplozja barw tęczą zwana.

Dzisiejszy post, drugi już zresztą, dedykuję Kochanemu Danonkowi :) Niech te wyczarowane nad kotłem wiedźmowym barwy i odcienie odsuną od Ciebie wszelkie zarazy i bakterie i uśmiech na ustach przywołają!!! Trzymaj się i zdrowiej nam prędko! :)



Kilka godzin temu poczyniłam pierwsze w swoim żywocie farbowanie! nie liczę oczywiście tych tysiąca niezamierzonych yhm... farbowań, którym oczywiście zawsze winna była pralka moich Szanownych Rodzicieli, zwana z rosyjskiego "Wjatką". Już wtedy jako dziecko i podlotek, tendencje i skrzywienie miałam w kierunku poprawiania odcieni bieli... na zazwyczaj różowy... Całkiem niezrozumiały był dla mnie potok słów szeleszcząco brzmiących, którymi Rodziciele mnie po praniu czerwonej skarpetki w towarzystwie białych prześcieradeł obdarowywali..

Teraz, po latach z rozżewnieniem ten czas wspominam, i troszkę rozumiem... niechby mi Połówek do białych prześcieradeł czerwoną skarpetę włożył, to bym go mopem (nie mam miotły...) pogoniła ;)

Ale to chyba nie o skarpetach miało być... Jak pisałam Wam wcześniej farbowanie odbyło się nie na motkach, a na szalu. Jakiś czas temu natknęłam się na bardzo fajny film instruktażowy (klik) o farbowaniu tęczy barwnikami spożywczymi. Barwniki co prawda miałam niespożywcze, ale zasada jest taka sama. Chciałam tęczę, mam coś na jej kształt... przyszalałam troszeczkę z intensywnością, wiem, ale eksperyment ogólnie uznaję za udany.







A teraz słów kilka od kuchni tak zwanej. Zniszczeń, poza ekslozją pomarańczowej mazi w mikrofali nie odnotowałam. Ręcę trzęsły mi się jak na głodzie, polewanie trzymało w napięciu, a miksowanie kolorów na wełnie doprowadzało naprzemienie do skrajnych reakcji od: "Ach! jakie to piękne" po "osz ku... rcze,  co ja najlepszego zrobiłam!!! :O ". Koniec końców pomidorówka nie zzieleniała, no chyba że z zazdrości, że tak blado w porównaniu się prezentuje, blat i ściany całe i nawet nieociekające tęczowymi zaciekami. Tylko mikrofala ucierpiała i dostała wysypki na kształt różyczki... albo raczej pomarańczowej skórki. Nic to nie szkodzi. Połówek (bosze, a cóż On się taki tolerancyjny ostatnio zrobił, pewnie coś kombinuje... ale co?), po wejściu do domu i oględzinach zainfekowanej mikrofali, oniemiał, odszedł by po chwili dodać: "Kochanie, to chyba mikrofala już też należy do zestawy małego chemika?". Pierwsza myśl - kocham!, druga, ale chwila, a skąd on to wie..??? posta czytał??? uuupsss... to już listy zakupowej wymarzonej chyba mu nie podrzucę ;)

Reasumując i chwilę jeszcze w temacie różnych uzależnień pozostając, o heroinistach już dziś było, to pogadajmy o hazardzie! Takiego kopa jakiego poczułam podczas miziania, taplania się w barwnej mazi, mieszania (wcale nie nad kotłem, a na blacie z MDF okrytym najzwyklejszą w świecie folią w kolorze blue, a swoją drogą macie Dziewczyny wyobraźnię! :D), to nie wiem czy bym w totka wygrywając mogła doświadczyć. No ale stawiając milion dolców na stół podczas ruletki, to już chyba na pewno...

Ja ryba jestem zodiakalna.. ponoć najbardziej podatny (tak piszą wszystkie mądre głowy komponujące na kolanie horoskopy) na wszelkiej maści uzależnienia... no i wpadłam w to farbą mizianie po uszy :) na szczęście tylko w przenośni, bo ciężko by jednak było tę substancję barwiącą zmyć.

Reportaż z kuchennych tęczowych rewolucji pisałam ja,
Indiański Kciuk! :)

Jeszcze jedna mała dedykacja, Basiu, Lauro - dziękuję Wam! :D





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...