poniedziałek, 5 czerwca 2017

bezimienny..

W poprzednim poście radośnie oświadczyłam, że życie się nam nareszcie układa i praktycznie dotykam swojego "ZEN".. Nigdy, ale to nigdy przenigdy nie napiszę już nic takiego więcej.. 

Ledwie kilka godzin później świat nasz się zatrząsł rewelacjami płynącymi z Krakowa. Szczęśliwie to tylko strach co ma wielkie oczy, ale już byłam na granicy pakowania walizek i szybkiego lotu.. Spraw związanych ze zdrowiem nigdy nie lekceważymy.. nauczyliśmy się reagować natychmiast, bo życie nas tego w najgorszy z możliwych sposobów nauczyło, że nie ma co czekać, a godziny to czasem luksus, którego nie wszyscy mają w zapasie.. 

Na szczęście wszystko się dobrze poukładało, chociaż nie tak do końca, ale przynajmniej na tyle, żeby coś jednak jeszcze zaplanować zamiast działać w pośpiechu. W związku z tym właściwie godziny dzielą mnie od moich starych śmieci i mojego domu rodzinnego. Od jutra nie będzie mnie przez kilka tygodni, w związku z tym wszystkie moje dotychczasowe plany musiałam przełożyć.. i tak pisanie wzorów, dzierganie, pisanie dla Was postów, to wszystko musi zaczekać na lepszy moment, bo życie jak zwykle swoje wymagania stawia ponad wszystko inne.. 

Dlatego słowem już się nigdy przenigdy nie przyznam, że jest dobrze.. bo potem się dzieje to, czego żadne z nas nie chce.. 

Pomimo wszystko zaparłam się w sobie i zrobiłam wszystko, żeby jeszcze przed wyjazdem zdążyć Wam pokazać moje ostatnie dziecko... Niezwykle przyjemny w dzierganiu pulowerek o letnim charakterze. Jest coś takiego w intensywnie kolorem wysyconych włóczkach, że widzę je ZAWSZE w aranżacji dziurawej.. no nic na to nie poradzę. Wygląda na to, że dziurki i dziureczki latem wielbię.. ;) Więc mam ich w tym projekcie w nadmiarze. 

O dziwo, lubię się też z fioletem.. ale z tym wyjątkowo jest łatwo się pokochać. Głęboki, mroczny, piękny.. To Violeta Africana od Malabrigo na bazie sock. Uwielbiam.. kiedyś się od tej włóczki wszystko zaczęło.. a teraz zadziałała na mnie jak najlepszy kompres.. 

Z pewnością NOWEGO w tym sweterku nie zauważycie, prosta forma, bez fajerwerków, no może poza jednym szczegółem.. ciekawe czy go zauważycie? :) 

Imienia jeszcze nie ma, chętnie posłucham Waszych propozycji.. :)

Dość słów, niech obrazy same przemówią.. :*
















Kciuki.. trzymajcie w najbliższym tygodniu za mnie! Przydadzą się!

A jeśli wiecie coś o jakimś dzierganiu publicznym w Krakowie w najbliższą sobotę - wdzięczna będę za informację!

Przyjemnego wieczoru i do następnego razu! :*

wtorek, 30 maja 2017

weny powroty..

Kompletnie nie potrafię wytłumaczyć co ostatecznie zadziałało, ale Kochani, WENA nareszcie wróciła... Może to dlatego, że to znów Malabrigo, a z nim przecież dogaduję się od zawsze bez większych zgrzytów.. Równie prawdopodobne jest to, że nareszcie emocje związane z ogromnym stresem, jaki jest za nami, opadły, wszystko jakby przycichło, jakby się ułożyło, jakby się więcej miejsca zrobiło dla mojej Przyjaciółki, która długie miesiące termu spakowała się i ode mnie sobie poszła.. Może to też dlatego, że mój nowy zakątek świata jest dla mnie o niebo łaskawszy niż ten poprzedni! Znów truchtam radośnie, odkrywając nowe zakątki po drodze, i nie tylko florę, ale i lokalną faunę! Raju.. ile tu zwierząt! Ja już nawet nie mówię o biegających tymi samymi ścieżkami lisach, sarnach czy w sąsiedztwie żyjących kociakach! Czaple, żurawie, kosy, skowronki, gęsi, łabędzie i mnóstwo innych skrzydlatych, których nawet nie potrafię nazwać.. Ale i wydry, i nawet jeden żółw błotny, którego ostatnio wypatrzyliśmy jak żerował przy brzegu nieśmiało wyciągając w naszym kierunku główkę spod wody.. jak tu się nie zachwycić?!

Sprawy mieszkalne potoczyły się lepiej niż mogły, a muszę Wam powiedzieć, że jeszcze 3 miesiące przed planowaną przeprowadzką nie wiedzieliśmy, do którego miasta ostatecznie się przeniesiemy, a wybieraliśmy pomiędzy dwoma lokalizacjami, oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Ba, w dwa miesiące przed planowaną przeprowadzką, gdy już zdecydowaliśmy gdzie będziemy mieszkać, nie mieliśmy mieszkania, a Połówek szykował się na 2 tygodniową delegację.. Ostatecznie mieszkanie znaleźliśmy w niespełna 3 tygodnie przed przeprowadzką.. I powiem Wam szczerze - nikomu nie polecam takiego szaleństwa. Zjadło mnie to od środka.. wykończyło i naprawdę ograbiło z sił witalnych. Do tej pory jeszcze nie dowierzam ile musiało nam w życiu sprzyjać, żeby to przedsięwzięcie się udało, ale z pewnością sporo jest w tym Waszej zasługi! Jeśli trzymałaś za nas kciuki przez ostatnie miesiące, wiedz, że wszystko się udało lepiej niż sobie to wymarzyliśmy! I za każdego kciuka trzymanego w górę, za każdą myśl ciepłą, biegnącą w naszym kierunku, serdecznie oboje dziękujemy! 

Długo się ze sobą spierałam, już jak tu osiedliśmy, z twórczością własną, by ostatecznie się poddać, zwątpić, odłożyć, na właściwie wieczne nigdy, bo przecież nie ma co walczyć z wiatrakami, a skoro umysł i wyobraźnia odmawiają współpracy, nie zmuszę ich, prawda? Dlatego milczę blogowo, bo o czym tu pisać? o tym, że nie wychodzi? że z pustego i Salomon nie naleje.. ?

Aż nadszedł ten piękny dzień, gdy Połówek po raz kolejny strzelił swoją motywacyjną gadkę, zwyczajowo podczas spaceru, a trzeba mu to przyznać, że jest w tym i niezastąpiony i niezłomny! i w nerwach, że to już tyle razy o tym gadamy, powiedział: "bo ty to zawsze koło chcesz wymyślić.."

I wiecie co? miał rację.. nie chcę mi się koła wymyślać, odechciało mi się zaskakiwać, wręcz poczułam się z tą moją ambicją malutka i śmieszna.. a po co to komu? no właśnie.. 

I teraz najlepsze.. nie myśląc, chwyciłam za motek Socka od Malabrigo.. i wyłączyłam myślenie, narzuciłam oczka i ... poszło.. 

nie ma planu, nie ma konceptu, nie ma idei, nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma nawet założeń.. dzieje się samo, chyba dość symetrycznie, jakoś.. i tak mi się to dobrze dzieje, że celowo zwalniam kolejne rzędy, żeby się tym dzierganiem nacieszyć.. 

Lubię takie dzierganie.. :D





Nie bez znaczenia jest też i to, że ostatnio, pomimo wielkich zawirowań, czuję się jakby dotknięta szczęściem.. niewielu mam bliskich wokół siebie, ale ci, którzy są, kolejne dni mi rozświetlają.. motywując swoim niezłomnym duchem w toczeniu walki z czasem paraliżującą rzeczywistością. Takich mam Przyjaciół, którzy walczyć muszą, ale to jak to robią, sprawia, że mam ochotę sama się z życiem za bary wziąć.. i takich Przyjaciół i Tobie życzę. Prawdziwych, bo z krwi i kości, i silnych, bo podnoszących się z godnością.. 

I tak sobie myślę, że Wena sobie poszła, ale wróciła, bo znów zagościł w głowie mojej spokój.. niech się dzieje.. 

Niech się dzieje też i u Ciebie! :* 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Woodfords by Elizabeth Doherty

Są takie projekty obok których nie można przejść obojętnie.. To jest jeden z tych! Włóczkę wykorzystaną w tym projekcie przywiozłam przed dwoma laty z Berlina, naczekała się bidula na swój czas, długo i cierpliwie. Niewykluczone, że dzięki temu nabrała jeszcze większego przykurzenia  i charakteru, może i nawet wytrzymałości, bo skoro przez dwa lata leżakowania nie ruszyło jej nic, to zniesie wszystko, prawda? ;) 

Włóczka, bo nad nią się chcę chwileńkę pochylić, to BFL XL od Welthase. XL ponieważ jeden motek to 150 g pysznego włókna typu fingering, czyli jakieś 600 m przyjemności! Przyjemność ta prezentowała się w robótce dość paskudnie, nierówno i topornie niczym zgrzebny sznur.. Pamiętam jak płakałam Dorocie (klik) jakoś na samym początku robótki, że to krzywulec będzie i nie da się go uratować.. i że chyba cieniem się położy na moim dziewiarskim dorobku, bo tak koślawych oczek to ja w życiu nie wyprodukowałam.. 

Dorota mówiła - "dziergaj".. to dziergałam, pomimo strachów.. Zresztą był to czas okropnie innymi sprawami zajęty, napięty, i tak nie miałam sił na wymyślanie innego projektu, a ten pięknie, chociaż bywa nużący, komponował się z moim dzierganiem z doskoku pomiędzy jednym pudłem a drugim, pomiędzy jednym mieszkaniem, a drugim.. Skończyłam go już w nowym domu, tam sobie w miksturach wełnę pieszczących poleżał, przegryzł się ze sobą, i wyprostował :) I już go nie chcę zdejmować.. 













Mój.. bo powstał jeszcze jeden! Ale tamtego Wam pokazać nie mogę, bo nie jest dla mnie przeznaczony ;) Przynajmniej dopóki obdarowana go nie dostanie :) 

Sam projekt jest mistrzowsko przemyślany i dopieszczony do każdego szczegółu! Mój wydziergałam według 4 rozmiaru (zdaje się na 45 cali), ale na mniejszych niż zalecane drutach. Wyszedł idealnie za duży, chociaż myślałam, że będzie jednak większy... myślałam, bo jak przyszło co do czego próbki się mi za bardzo sprawdzać nie chciało ;) tak.. lubię bardzo żyć na krawędzi :D 

Zmian nie wprowadziłam zasadniczo żadnych, ślepo podążałam za wzorem.. kocham takie dzierganie! Jedynie dół swetra wykończyłam identycznie jak mankiety, znacząco go przy okazji wydłużając. Zużyłam do cna całą włóczkę! i uwielbiam to, że mi się tak koło kolan majta! 

Jak widzicie na powyższych zdjęciach, deczko mi się okolica zmieniła.. do morza wciąż mam daleko, ale i lasy są znacząco inne, i przestrzeni otwartej więcej.. zwiedzamy to nasze nowe miejsce i szukamy swoich kątów.. miejmy nadzieję z kolejnymi dzianinami w tle będę Wam ten mój nowy zakątek prezentować :) 

Przyjemnej, długiej i ciepłej majówki Kochani! 

do następnego razu :* 

Ps. jak dobrze jest wrócić.... Tęskniliście??? ;)







czwartek, 9 marca 2017

z Ło do Bro.. część 1.

Akcja "przeprowadzka" jest już w trakcie.. jesteśmy tuż przed podjęciem zobowiązań z przeprowadzką związanych, kciuki, zwłaszcza jutro trzymane, będą niezwykle mile widziane! Chociaż droga przed nami jeszcze długa i dość wyboista, oboje z Połówkiem cieszymy się na nią bardzo! 

Nie będę Was tu szczegółami dotyczącymi przeprowadzki raczyć. Ci z Was, którzy mają chociaż jedną przeprowadzkę, z całym dobytkiem i to na większą odległość niż do klatki obok, za sobą, wiedzą doskonale z czym się to wiąże. Ci z Was, którzy jeszcze tego nie wiedzą, chyba lepiej żebyście nie wiedzieli, bo jeszcze przed planowaną przeprowadzką moglibyście się rozmyślić ;) Mimo wszystko zajęć jest masa, chociaż jeszcze do etapu pakowania pudeł nie dotarliśmy. Ale nie zrażamy się wcale, tylko z zapartym tchem oczekujemy tego dnia i tych kolejnych, kiedy już zaczniemy w nowym miejscu życie. 

Dziergam, chociaż kompletnie bezmyślnie i zupełnie nieegoistycznie (ja dziergam nie dla siebie?!). Popełniłam aż 2 męskie swetry w niedalekiej przeszłości, które Połówek nosi z przyjemnością, a ja z bananem na ustach Go w tych swetrach oglądam. Oba powstały w oparciu o ten sam projekt (Rift według pomysłu Jared'a Flood), jeden identyczny z projektem, drugi lekko zmodyfikowany, bo z guzikami pod szyją. Rękawy w tych swetrach, chociaż powinny być zszywane, zdecydowałam się wrobić od góry i bardzo jestem zadowolona z tego, jak się na ramionach układają. Wątpię, żeby udało nam się niebawem je obfotografować, ale jak się już w nowym miejscu urządzimy, z przyjemnością je Wam zaprezentuję :) Wtedy też coś więcej o tych rękawach opowiem. 

Niewątpliwie warto jest po ten projekt sięgnąć (coś w nim musi być skoro wyprodukowałam aż 2 jeden po drugim! co mi się jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło!). Konstrukcja jest bajecznie logiczna i matematyczna, dzięki czemu mamy piękną graficzną strukturę na ramionach. Taki niezwykły detal, który kompletnie nie odrzuca męskiego i wybrednego oka, a dziewiarkę cieszy, bo podnosi atrakcyjność projektu podczas dziergania - same nudne prawe mogłyby mnie osobiście zniechęcić. Technicznie nie jest to projekt dla całkiem początkujących, ale dostępne w opisie instrukcje gwarantują całkiem niezłą naukę ciekawych redukcji oczek czy dodawania oczek. Zdecydowanie warto się z tym projektem zmierzyć! Można się wiele nauczyć - no i przy okazji stworzyć prezent dla niebanalnego Pana. Od siebie dodam, że w męskim środowisku pracy, w jakim na co dzień Połówek się obraca, sweter ten został dostrzeżony i przyjęty z zainteresowaniem przez Kolegów: "gdzie można kupić takie GUZIKI!?" :)  

Kolejny projekt, z którym się ostatnio zabawiam, również należy do kolekcji od Brooklyn Tweed, i chociaż wiem, że wzory BT należą do tych "droższych", są według mnie warte każdego grosika! Oczywiście, gusta są różne, i absolutnie nie chcę Tobie narzucać własnej opinii, ale jak do tej pory nie miałam nigdy problemu ze zrozumieniem opisu od BT, a dostępne w nich techniki stanowią dla mnie świetne kompendium wiedzy o technikach i ciekawych rozwiązaniach. Ten, który teraz dziergam jest znów matematycznie genialny, o świetnej konstrukcji, i bardzo klasycznym cięciu. Jest tak dobrze "skrojony", że, jak słowo daję, zrobię sobie za momencik drugi! Ten, nad którym teraz pracuję jest dziergany dla Przyjaciela, i jest to Woodfords według pomysłu Elisabeth Doherty. Zabierając się za ten projekt dobrze jest znać minimum podstawy rzędów skróconych, reszta to czysta przyjemność budowania lekko strukturalnej dzianiny dwoma bardzo prostymi ściegami. Momentami może wydawać się nużący, zwłaszcza w końcowej fazie body, ale zakończone sweterki które ostatnio podglądałam na ravelry (spójrzcie chociażby na ten bajeczny egzemplarz wydziergany przez Gosik - klik), motywują mnie bezustannie, bo wiem, że ten projekt jest po prostu wart tego, żeby po prostu go wydziergać do końca!

Na koniec, na bezdechu kompletnym obejrzałam świeżo wydaną kolekcję od Brooklyn Tweedu, o uroczej nazwie BT Yokes - klik i klik
Uprzedzam pytanie - nie, nie pracuję dla BT, chociaż, nie powiem, bardzo bym chciała.. żeby chociaż móc te wełny do paczek pakować.....! ale nie mogę przejść obojętnie obok projektów, które publikują! A ostatnia kolekcja po prostu mnie zachwyciła, mam tam 4 ulubieńców - to chyba nieźle! :D i szczerze powiedziawszy, oglądając te piękne dzianiny, zaczynam żałować, że zima ma się ku końcowi... 


Wybaczcie, że słowem post jest malowany, nie zdjęciami, ale warunki wysoce są niesprzyjające.. co mam nadzieję niebawem się zmieni. 

Pamiętajcie - jutro trzymajcie za nas kciuki! z góry dziękuję!

Słońca i wełny do wypęku! 

buziaki!






poniedziałek, 30 stycznia 2017

szara strefa..

Tak wiem, obiecałam Wam, Tobie, że mnie tu nie będzie.. a jednak się pojawiam.. i to chyba tyle w temacie dotrzymywania słowa danego ;) ale kobieta zmienną jest, a ja nią jestem!

Prawda jest jednak taka, że moja przerwa w nadawaniu, chociaż jak najbardziej uzasadniona, mnie trochę przeraża i po ludzku tęsknię za.. uwaga, pisaniem! Czyli dokładnie za tym, co w ostatnich miesiącach sprawiało mi największą trudność. 

Sprawiało i wciąż sprawia, ale dzisiaj postanowiłam złamać swoje własne postanowienie i dać upust swoim własnym przemyśleniom, które się w mojej głowie już od jakiegoś czasu kłębią. 

Bloguję już od lat kilku, pierwszy post pojawił się w drugim kwartale 2013 roku. Od tego czasu dzięki temu miejscu, które udało mi się zbudować, spotkała mnie masa dobra pod każdą postacią, za które jestem ogromnie wdzięczna. A to dobro to nie tylko wspaniałe wspomnienia i historie, nie tylko cudne włóczki i chwile z nimi spędzone, ale to przede wszystkim Wy, Ty, Mój Drogi Czytelniku, który zupełnie nieprzymuszany zaglądałeś do mnie regularnie, zostawiałeś ciepłe słowa w postaci komentarza czy maila. Za to i wiele, wiele więcej jestem Ci wdzięczna! 

Jednakże, pomimo mojej fantazji o stworzeniu miejsca, w którym tylko piękno dziewiarstwa można dostrzec, w mojej historii blogowej zdarzyło się też parę wydarzeń, o których wolałabym nie pamiętać. One wszystkie wrzucone zostały do jednego WORA, do SZAREJ STREFY.. Zdarzenia, osoby, sytuacje, projekty, które przez te wszystkie blogo - godziny mnie po ludzku rozczarowały. Ja też w tym worze jestem, bo chyba sama sobą czuję się momentami rozczarowana najbardziej. To i mnóstwo innych, raczej nieradosnych, odczuć towarzyszyły mi już od jakiegoś czasu i ostatecznie doprowadziły do decyzji o tym, że przerwa w blogowaniu była i jest bardziej niż uzasadniona! 

Najłatwiej by było napisać, że mi się po prostu znudziło. Ale tak nie jest. Zmęczyło mnie coś innego. Zmęczyła mnie w mojej głowie zaklęta potrzeba tworzenia rzeczy "niezwyczajnych", zmęczyła mnie potrzeba bycia wszędzie i zawsze i oczywiście na bieżąco, jakby życie online było jedynym słusznym, a perspektywa utracenia jakiejś maleńkiej nowinki ze świata dziewiarskiego miała zakończyć się kataklizmem. Zmęczyła mnie w końcu moja praca, bo wyobraźcie sobie, że chociaż naprawdę kocham dzierganie, pisanie wzorów, ich edycja od szczegółów rozmiaru mini aż do maksi, to naprawdę niewdzięczna praca czasami, ogarnianie przy okazji programów niezbędnych do tej pracy, testowanie, pozowanie do zdjęć, edycja zdjęć, jakieś działania marketingowe, w których absolutnie nie czuję się komfortowo, tłumaczenie wzorów, a w końcu blogowanie o nich, stały się po prostu ogromnie trudne, a właściwie praktycznie niewykonalne. Nie dość, że trudne, to jeszcze frustrujące i po prostu bezcelowe. 

Zaczynając blogowanie miałam misję, konkretną, zwerbalizowaną, ona się przez lata zmieniała, dorastała ze mną, ewoluowała, ale ostatnio zbladła, znikła, nie ma jej. Nie pomagały napotkane w międzyczasie trudności zwane życiem, które dość znacząco odbiły się na moim zdrowiu i też na moim codziennym funkcjonowaniu. No bo jak tu cieszyć się życiem i dzierganiem, jak codziennie musisz odmawiać sobie wielu rzeczy, bo ciągle towarzyszący ci ból nie pozwala ci się nimi cieszyć.. Jak Was zabawiać, zaskakiwać, jeśli radość życia gdzieś się zapodziała? Jak dziewiarstwem zarażać, jeśli ono stało się przykrym obowiązkiem, który tylko frustruje? To i wiele, wiele jeszcze sytuacji ostatecznie sprawiło, że nie miałam innego wyboru jak tę część mojego życia na czas jakiś, może dłuższy, pozostawić. 

Ta potrzeba wzbierała we mnie już od dawna, ale tak naprawdę koniec ubiegłego roku i sytuacje, które w tym czasie w naszym życiu się zadziały, sprawiły, że z łatwością przyszło mi powiedzenie dość. 

Ponieważ docierają do mnie czasem informacje o tym, że doszukujecie się złych powodów, strasznych, jakie miały się w moim życiu wydarzyć, a które sprawiły, że blogowanie zawieszam, czuję, że winna jestem Wam wyjaśnienie. Jak wiecie jestem dość skrytą osobą, wiecie o mnie tyle, ile chcę Wam pokazać. To ledwie szczyt góry lodowej, prawdziwa jej wartość, moja wartość, ukryta jest gdzieś pod powierzchnią wody.. Bardzo się cieszę, że są takie strefy, które pomimo mojej szczerości i autentyczności, pozostały przed Wami ukryte, bo moje prywatne życie w żaden sposób nie jest w stanie wpłynąć na Twoje Hobby i pasję, a to od zawsze było centrum mojego zainteresowania na tym blogu. 

Jednakże, nie chcąc, by moje niemówienie stało się powodem do rozpanoszenia się Twojej wyobraźni, chociaż jak się teraz nad tym zastawiam, to mogłoby to być całkiem fajne doświadczenie, zadać Wam pytanie o to co według Was jest powodem tej zmiany... chociaż lekko przerażającym (tak, ja też mam wyobraźnię, i to podobno całkiem wybujałą ;) ), należy Wam się prawda, która jest całkiem prozaiczna, zwyczajna, codzienna, może trochę trudna, ale czasochłonna, do zrobienia, niezwykle radosna, nasza. Po prostu się przeprowadzamy.. a ponieważ ja, w związku z tym wydarzeniem, wiążę jakieś plany, które znacząco mogą zmienić moje dotychczasowe życie, wcisnęłam guzik "pauza" na czas jakiś. 

To tylko tyle.. albo aż tyle.. Życie po prostu. 

Czy do blogowania wrócę? w tej czy innej postaci, to pewne! Bo jak widzicie, nawet kilka tygodni milczenia to dla mnie ogromne wyzwanie. Różnica między kiedyś, a dziś, znacząca różnica, polega na tym, że dziś bardzo chciałam tu być. 

Dziergam.. żeby się z tematu nie wybijać, w głębokich szarościach.. Męski gigantyczny sweter, który prułam już 4-krotnie! ale nie zraża mnie to i w żaden sposób nie złości, czy frustruje.. po prostu cieszy mnie to, że dzierganie na powrót mnie cieszy!!!

Niech cieszy i Ciebie! 
Buziaki!


PS, na niektóre góry warto jest się wspiąć, ja właśnie szykuję się na zdobycie kolejnej swojej! Oby tylko widok z jej szczytu był równie porywający... 

Za to trzymaj dla mnie kciuki! 


wtorek, 10 stycznia 2017

Monochrome Pullover według projektu Katrin Schneider

Zdarza mi się, okazjonalnie zaledwie, wziąć udział w teście. Dlaczego okazjonalnie? Ponieważ uważam, że jest to ogromnie ciężka praca, nierzadko obarczona sporym ryzykiem.. ;) Jeśli mam już testować dzianinę, muszę być nią oczarowana.. Tak było i tym razem. 

Kiedy tylko wypatrzyłam w gąszczu projektów ten właśnie sweter wiedziałam, że będę go mieć, teraz czy później, nie miało to dla mnie znaczenia. Jakaż byłam szczęśliwa kiedy się okazało, że jednak mogę go mieć ciut wcześniej! Włóczki czekały na wzór, ja niecierpliwie przebierałam łapkami - życie się działo, się pokomplikowało, i wtedy właśnie rozpoczął się test. Prawe, kochane prawe porwało mnie na tyle, by pokomplikowanie życiowe ogarnąć, niczym mantrę to prawe przekładałam konsekwentnie z lewego na prawy drut, a życie się, jak te zygzaki, zmieniało z minuty na minutę.. Zygzakuje się wciąż.. chociaż sweter zakończyłam już dawno temu, ale ten projekt ma dla mnie ogromne znaczenie, chociażby z uwagi na to właśnie, że dzięki niemu przetrwałam burze gradowe, euforyczne upały i zmienność morskiej wichury. A to wszystko w przeciągu kilku zaledwie tygodni. 

Zieleń.. daje nadzieję podobno.. tak sobie powtarzałam zawieszona nad tym prawym.. okrasiłam ją życiodajnym kontrastem i oto jesteśmy, ja i mój Monochrome Pullover!











Katrin Schneider (klik), która jest autorką tego projektu, nie tylko jest genialnym dziewiarskim umysłem, ale też i niezwykle serdeczną i ciepłą osobą! Zdecydowanie polecam Wam jej projekty, to świetne, elegancko rozwiązane, intrygujące konstrukcje z bardzo ciekawymi detalami. W galerii jej projektów jest już kilka moich ulubieńców! A podejrzewam, że ta lista w najbliższym czasie bardzo się wydłuży...... :) 

Monochrome Pullover (klik) to projekt nie tylko uroczy, ale też i bardzo sprytnie rozwiązany, ponieważ powstaje od środka! Dzierganie rozpoczyna się od tymczasowego nabierania oczek, potem powstaje karczek, który dziergany jest od dołu ku górze, a następnie reszta dzianiny, korpus i rękawy, dziergane są w jedynym słusznym kierunku - czyli ku dołowi. To rozwiązanie nie tylko jest sprytne, ale daje też gwarancje na idealne dopasowanie długości czy modyfikowanie dyktowane własnymi preferencjami. 

Na dokładkę, jest to projekt, który daje niezliczone możliwości łączenia kolorów i tworzenia idealnego zestawienia dla siebie.. Nie uwierzycie ile wersji kolorystycznych powstało podczas tego testu! Każda jest inna, każda jest wyjątkowa, dowodząc tylko tego, jak zabawa 2 kolorami może zmienić charakter tego swetra.. Zresztą, co ja Wam będę opisywać - biegnijcie do Galerii Projektów Testowych (klik i klik). Sama jestem oczarowana przynajmniej dwoma jeszcze.. i chyba muszę sobie takie zrobić!

Włóczka, którą wykorzystałam w tym projekcie, to Gilliatt od De Rerum Natura (klik), w kolorach foret i genet. Trudno mi było wybrać, naprawdę, bo mnogość możliwości jakie przede mną stały, mnie odrobinę sparaliżowała.. Prawda jest jednak taka, że czerpałam z tej przygody ogromnie dużo radości i zostało mi kilka jeszcze moteczków tej włóczki "na próbę".. ;) Włóczka jest, jak jej siostra Cyrano, równie doskonała. Dziergało mi się z niej wybornie i mam nadzieję, że podobnie jak jej siostra, okaże się włóknem trwałym, bo wielbiona jest już od pierwszego dotyku! 

Trochę się uzależniłam od tej włóczki.. z pewnością jeszcze u mnie zagości.. 


Berecik, który mi na sesji towarzyszył, powstał z potrzeby chwili i jest kolejnym rękodzielniczym arcydziełem! To Rambler według projektu Iriny Dmitrieva (klik), genialny, niezwykły, bajeczny.. To już mój drugi berecik dziergany według tego projektu i coś mi się wydaje, że nie ostatni ;)


Mam nadzieję, że tym postem, podsumowującym moje rękodzielnicze działania ostatnich dni ubiegłego roku, zostawię Was na kilka miesięcy z uśmiechem na twarzy! Więcej dzianin do pokazania nie mam. Więcej dzianin na chwilę obecną nie planuję.. Energię zamierzam włożyć w coś innego i mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze w związku z tym trzymanie kciuków. Przydadzą się.. :) 

Buziaki - i niech ta zima się już skończy i ciepłe słońce Was rozgrzeje.. Wtedy i ja, wraz z wiosną, wrócę.. 

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Riptide

Ślicznie Wam dziękuję za krzepiące komentarze pod poprzednim postem :) Wiem, że to trochę dziwne jest (wciąż i dla mnie jest takie..), że mnie tu tak często nie będzie jak do tej pory, ale prawda jest też taka, że te dobre zmiany, które są przed nami, całkiem prozaiczne są.. życiem spowodowane.  to naprawdę są dobre zmiany :) 

Ale dziś, bo już dawno Wam obiecałam zdjęć i słów kilka o projekcie, z którego mogłabym wcale a wcale tej zimy nie wychodzić, trochę mnie więcej będzie.

Oto Riptide (klik), projekt Norah Gaughan, który był jednym z tych projektów ubiegłego roku, który pozostawił mnie na bezdechu totalnym już podczas pierwszego rzutu okiem... Nie wiem czy to magia dobrze skomponowanych zdjęć BT, czy może kolor włóczki wykorzystany w oryginalnym projekcie, czy może orzechowy kolor włosów modelki, może to to wszystko naraz, lub żadne z powyższych, ale gdy zobaczyłam pierwsze, fragmentaryczne, mocno scropowane zdjęcie zapowiadające kolekcję BT Winter 2016 (klik), na którym jesli dobrze pamiętam wystąpił golf i trochę karczku.. - zaniemówiłam i wiedziałam, że to tylko kwestia czasu kiedy sama swojego riptida się doczekam.. no dobra, kwestia czasu i wyjątkowo dobrze dobranej włóczki, której zakup jeszcze nie tak całkiem puści mnie z torbami.. pustymi w dodatku. I chociaż Cyrano od De Rerum Natura ( klik) najtańsze nie jest - jest absolutnie warte każdych pieniędzy! 

Najpierw jednak słów kilka o samym Riptidzie.. Bo co ten projekt w sobie ma? Pozornie podstawowy sweter, dużo prawego i trochę ściegu patentowego (brioszki) w połączeniu z warkoczami.. Ale czy na pewno? Ha! no nie do końca.. Konstrukcja tego swetra pokazuje jak na dłoni, że chociaż milion wersji podobnych swetrów już powstało, wciąż jest nowe do odkrycia. Banalne redukcje oczek, jak się już je rozgryzie, i niby basic, ale z takim pazurem, że właściwe obojętne w jakim miejscu publicznym tej zimy przyszłoby mi wystąpić w tym swetrze, oczy wszystkich pań skierowane były zawsze na ten karczek! Magia prostych i bardzo efektownych rozwiązań.. W moim riptidzie poczyniłam kilka modyfikacji, o których szczegółowo możecie poczytać na stronie tego projektu (klik), jednakże są to właściwie jedynie dopieszczacze doskonałego, takie minimalne zagrania, które gwarantują mi dopasowanie i komfort noszenia doskonałe!

Koniec wzmianek technicznych - zapraszam Was na prezentację mojego Riptida!













Nie ma się co oszukiwać.. Dobrze dobrana włóczka gra w przypadku tego projektu pierwsze skrzypce. Dlatego jeśli rozważasz dzierganie tego swetra, zrób porządny rekonesans w dostępnych pasmanteriach. Włóczka MUSI być MIĘSISTA, i najlepiej dla wykorzystanych ściegów jeśli wystąpi w jasnych, pastelowych, jednolitych lub lekko melanżowych odcieniach. Tak naprawdę im bardziej surowa, tym lepiej. 

Mój Riptide powstał z włóczki Cyrano, to włóczka typu aran (150 m / 100g), mięsista, mięciutka, i chociaż podobno roztacza wokół siebie intensywny zapach "zwierza", nie ma innych wad. Sweter ten użytkuję intensywnie już od praktycznie miesiąca, i poza lekkim kulkowaniem, które zauważyłam tuż po pierwszych wyjściach z kurtką na wierzchu, nic się z nią nie dzieje. Wręcz przeciwnie, wciąż wygląda jak nowa. Nie rozciąga się, jest sprężysta, trzyma fason doskonale, grzeje niemożliwie, i naprawdę wydaje się być nie do zdarcia. Z czystym sumieniem Wam polecam. 

Jedna tylko uwaga, ponieważ włókno tej grubości może dostarczyć Wam odrobiny trudności podczas łączeń kolejnych motków, zaglądnijcie do Herbimanii (klik), ktorej pierwszy, lekko zmodyfikowany sposób, uratował moje zdrowie psychiczne i nerwy podczas dziergania tego swetra! Jedyna różnica w stosunku do proponowanej przez Beatę metody łączenia, to zwężenie dzianiny o kilka nitek na odcinku na którym przeszywałam ze sobą nitki. Cyrano splecione jest z 5 nitek, na odcinku na którym chciałam przeszyć ze sobą nitki (ok 5 cm) obcięłam 2 z 5 na jednym końcu motka, i 3 z 5 na drugim końcu kolejnego motka, następnie ten z 2 nitkami przeszyłam przez ten fragment z 3, dokładnie tak jak demonstruje to Beata w swoim tutorialu, potem lekkie filcowanie i wycięcie wystających niteczek i łączenie jest kompletnie niewidoczne! Polecam Wam tę metodę dla "grubaśnych" włóczek naturalnych. Zresztą wszystkie techniki zaprezentowane u Herbimanii polecam - jeśli jeszcze nie wiesz jak ogarnąć łączenie nitek w swojej dzianinie, zaglądnij do Beaty koniecznie!

Tyle na dziś.. jutro pokażę Wam coś jeszcze.. i potem znikam na czas jakiś.. byle do wiosny! 

Ściskam Was serdecznie i mam nadzieję, że swetry Cię w ten mroźny weekend dogrzewały bajecznie!



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *