czwartek, 28 sierpnia 2014

Przedurlopowo.

Zliczając skrupulatnie dzień po dniu dotarliśmy w końcu (nareszcie!!!) do momentu, w którym i my zaczynamy intensywnie myśleć o zbliżających się wakacjach! Już jutro śmigamy sobie, na miejmy nadzieję, wakacje marzeń. Jedno jest pewne, tam gdzie będziemy nie powinniśmy narzekać na brak pogody :D i to nas cieszy ogromnie! 

Na początku tygodnia cały nasz plan stanął pod znakiem zapytania, łupało mnie w kościach, brało na gorączkę, i kichanie nie ustawało.. ale szczęśliwie udało mi się w zalążku zwalczyć panoszącego się wirusa i stoję dziś twardo na nogach bez większych objawów! Szukając sposobu na załatwienie dziada, poprosiłam o poradę znajome dziewiarki za pośrednictwem FB, stanęłyście na wysokości zadania dziewczyny i bardzo Wam za to dziękuję! mam mnóstwo porad na przeziębienie do wypróbowania na przyszłość :D 

Zgodnie z planem miałam zakończyć też i drugi udzierg i szczęśliwie mi się to udało. Prawda jest taka, że zakończyłam go przed kilkoma godzinami, teraz leży na, pewnie ostatnich promieniach słońca tego lata, i odparowuje. :D Miejmy nadzieję, że do wieczora wyschnie.


Taki był plan do zrealizowania do dziś, ozdrowieć i zakończyć kolejny sweter. 
A jakie są plany na przyszłość?
Niewątpliwie związane są z jednym wyjątkowo magicznym i barwnym miejscem: Zagrodą!
Moje zakupy w Zagrodzie można by opisać parafrazując jedną z popularniejszych zabaw przedszkolaków ;) 
Chodzi lisek koło drogi
Cichuteńko stawia nogi,
Cichuteńko się zakrada,
 Nic nikomu nie powiada.

Tak też i było ze mną.. łaziłam koło zagrody, polowałam, niemalże niczym orzeł w przestworzach wyszukiwałam swojej potencjalnej zdobyczy, i w końcu mam! A mam nie byle co! Zresztą same zobaczcie: 


Istna uczta dla zmysłów, eksplozja koloru i miękkości, wełny dla wymagających po prostu! Piękne wysycone czerwienie to kolory iście owocowe! mam zatem zachowane w moteczku truskawkowe pole  i wiśniowy sad! 
Oprócz tego klasyczną szarość, a właściwie żywe srebro i wrzosy zaklęte w stali. Piękne!
Ale najważniejsze! Poniżej załączone zdjęcie przedstawia prawdziwą biżuterię wśród włóczek, błyszczący i delikatny jedwab. Nie wiem kiedy Marta wprowadzi te cuda do swojego sklepu, ale mam nadzieję, że już niebawem. Ja będę się nimi na wakacjach napawać :D


Trzymajcie się ciepło! nie dajcie się jesieni! i do zobaczenia we wrześniu :D 
Mam nadzieję wrócę z niejedną historią, nie tylko dziewiarską, do opowiedzenia :D

niedziela, 24 sierpnia 2014

Zwycięstwo!


Ileż to się trzeba ze sznurem poszarpać, żeby nad nim zapanować, ile poprzekręcać, poskręcać, zapleść wie o tym tylko dziewiarka, której przyszło się zmierzyć z wielobarwną i nasyconą różnymi kolorami farbowanką. Nie jest to dzierganie dla niecierpliwych, nerwy trzeba trzymać na wodzy, zęby niejednokrotnie zagryzać nad pruciem, łykać gorzką pigułkę z uśmiechem, bo jakby na to nie patrzeć, dla takiego efektu warto się pomęczyć! 

Czasem trzeba też odpuścić, jak się już lepiej nie da.. ja w końcu odpuściłam, i choć dostrzegam w tej dzianinie miejsca, w których mogłabym więcej pracy włożyć, więcej wysiłku, zębów zagryzania i prucia zrealizować, cieszę się, że ten moment już za mną ;) Zakończyłam swoją walkę z Zarzamorą i cieszę się z tego okrutnie! Wszak w ciągu kilku tygodni wykonałam ten sam sweter prawie trzy razy (?!), więc mam prawo poczuć się nim ociupinkę zmęczona, czyż nie? ;)

Powyższe zdjęcie jest tylko poglądowe, na ładniejsze fotki będziecie musieli poczekać dni parę, ponieważ wybieram się w miejsce niezwykłe pod koniec tygodnia, w którym mam nadzieję uda nam się ten sweterek pięknie sfotografować.. oby tylko nic nie zablokowało lotów... 

Pamiętacie jeszcze Połówkowe zakupy wełny, do których niezbędne były pomiary parapetu? (klik) Kaszmirowe luksusy w kolorze miętowym doczekały się w końcu pomysłu i realizacji.. Śmiga i sunie po drutkach (spieszę się, bo chciałabym i ten udzierg obfocić wakacyjnie w niezwykłych okolicznościach przyrody) niczym deska surfingowa po falach... mam już wykonaną większą część sweterka (brak mu jeszcze rękawków i pomysłu na wykończenie dekoltu) i łudzę się, że przed planowanym wyjazdem uda mi się zmierzyć nie tylko z dzierganiem, ale też i z praniem i blokowaniem.. Zobaczymy :) 



Przy okazji, dorobiłam się maleńkich zawieszek/markerów.. większość z nich prawdopodobnie niejedna nastolatka nazwałaby "tandetnymi" (teraz nastolatki tak szybko dorastają...) ale mnie się podobają i cieszą moje oczy, zmęczone widokiem kawałka zasupełkowanego sznurka zawieszonego na druciku. A sówka to jest moja ulubiona towarzyszka dzierganiowa (oprócz gandzi ;)) i fajnie mi się do niej "biegnie" :)

Na koniec, kończący się tydzień był/jest pełen niespodzianek. Coraz bliżej jesteśmy dnia, w którym nastąpi publikacja wzoru na Lukrecję. Spieszę Wam powiedzieć, że są już dwie, przepiękne wersje, obie wspaniałe, aż dech zapierają.. 
Pierwsza Lukrecja została wykonana przez Mammutis: klik, druga przez Marysię (znaną Wam z bloga mariadegustibus.blogspot.com): klik
Prawda, że obie są zjawiskowe?! 
I tak sobie myślę... publikować wzór jeszcze przed moimi wakacjami? czy poczekacie na mój powrót do połowy września? 

Ściskam serdecznie, życząc Wam miłego początku nowego tygodnia! 

sobota, 16 sierpnia 2014

Plenty shades of Coquettish/ Zalotnicy liczne oblicza..

English: As you may know behind my own Coquettish is hidden a story of a romance between two wonderful shades of TML. I knew, from the very first time I saw those skeins, that there is no better color combo like pink and smokey gray. But apparently I was mistaken. Check those beautiful color combos my Dear and Beloved Testers came up with.
I can only ensure you, that despite the first impression those collages give, all sweaters were knitted according to the same instruction. Every single one is beautiful and sweet, some are more neutral, other just fresh and crazy, wow! Whenever I look at those pictures I am speechless!
Dear Tersters and My Knitting Friends!
It was such a wonderful, encouraging, and colorful journey to test this sweater with you! I think I could even say, that thank to all of you I started to like knitting tests! :) 
Thank you sooooo  much! :)

Jak niektórzy z Was wiedzą (zwłaszcza Ci, którzy śledzą mojego bloga już od jakiegoś czasu) moja własna Zalotnica Kokietką zwana jest historią niezwykłego, momentami pełnego dramatyzmu, romansu pomiędzy dwoma kolorami arystokratycznej rodziny zwanej TML (Tosh Merino Light od Madelinetosh). Romans ten choć burzliwy i pełen zwrotów akcji (na które tylko może pozwolić życie na wieszaku oraz w pudłowej niewoli) zakończył się pięknym happy endem, którego produktem ubocznym jest Zalotnica. Róż z szarością to połączenie idealne, doskonałe i wydawało mi się, że jedyne, dla tego projektu. Jakżeż się myliłam! Zresztą sami zobaczcie, do jakich rezultatów może doprowadzić nieograniczona wyobraźnia i wizja dziewiarki w połączeniu z jedną i tą samą instrukcją.
Moje Drogie Testerki!
Oglądając Cuda, które w Waszych rękach powstały nie mogę wyjść z podziwu, bo dokonałyście czegoś, co uważałam za niemożliwe, sprawiłyście, że pokochałam testowanie! :) 
Każda jedna Zalotnica jest inna, wyjątkowa, zjawiskowa, niektóre są bardziej neutralne, inne szalone i zwariowane, każda jedna zachwyca mnie do zaniemówienia!
Bardzo Wam serdecznie dziękuję!




E: The pattern is available and ready to download with 20% discount till 31st of August here: 
Od dziś wzór jest już dostępny i dla Was z 20% zniżką obowiązującą do 31 sierpnia, a znajdziecie go tutaj:


Na ten moment dostępny jest tylko w języku angielskim i chwilowo nie planuję tłumaczenia.. no chyba że zajdzie taka potrzeba :)
Ściskam Was serdecznie i życzę miłego weekendowego dziergania!

czwartek, 14 sierpnia 2014

Nie wyjszło....

Odurzona urodą Socka z eMem na przedzie w odcieniu Zarzamora rzuciłam się nań nie myśląc kompletnie o konsekwencjach bezmyślnego dziergania. Szybko jednak poczułam, co to znaczy dla dziergadła, jak się człowiek jak narkoman na głodzie na włóczkę wychuchaną i wyczekaną rzuci. 
Na dokładkę, rozpuszczona własnymi farbowankami (no jedna przynajmniej mi się udała!) zapomniałam sobie, że ręcznie farbowane motki wymagają mieszania, bo inaczej wychodzi.. no, źle wychodzi, że tak powiem. Połknęłam tę gorzką pigułkę, mimo posiadanego stanu prawie za brzuchem sprułam, niekoniecznie ze łzami w oczach, ale już z nerwem, na siebie samą, że nie pomyślałam by mieszać motki od początku. Zaczęłam od pewnego momentu, nie sprułam całkiem myśląc, że to się jakoś ułoży.. no i na początku rokowało dobrze, motki się zmieszały, nawet nie najgorzej, ale już pod koniec "body" sweterka, kiedy to jeden z dwóch motków był się skończył i pozostał tylko jeden, mocno ciemniejszy, okazało się że mam jasną górę, środek zmieszany i całkiem ciemny dół.. "Jakoś to będzie" pomyślałam krzepiąco i chyba wierząc w to, że podczas prania mi się te kolory wyrównają, albo sama nie wiem, jak spać będę, to mi się krasnale do domy zakradną i jak się rano obudzę, to będzie faktycznie lepiej? Rozważałam też chwilowe całej dzianiny farbowanie, ale szybko mi przeszło, bo to tak jakby.. ja wiem, Leonarda poprawiać?  ;) Sama nie wiem, co sobie myślałam, wychodzi na to, że nie wiele.. Łudząc się mimo wszystko, że drugie podejście mnie ominie postanowiłam przeskoczyć problem i się na rękawy rzuciłam, znów, bezmyślnie. Zrobiłam jeden, ujdzie, ale ten drugi... o la boga! złośliwie motek (a ostał się tylko jeden więc nie było czego z czym mieszać) się jakby od połowy ciemniejszy zrobił, i o ile pierwszy rękaw wygląda "jakoś" drugi wygląda już jak "idź stąd i nie wracaj" albo "kto mnie tu przyczepił? ja tu nie pasuję!". 



Status zatem mam marny.. Sweter do zakończenia potrzebuje kilkunastu rzędów w rękawie, w drugim właściwie jednego (BO) rzędu, i byłby skończony. Byłby, ale gdyby babcia miała wąsy.. itp. No właśnie. 
Ale to nic, będzie skończony, bo choć czeka mnie 3 podejście do tej włóczki, trzecie i właściwie całkowite, zachwycona jestem i samym swetrem, wzorami i włóczką, tylko ułożenie motków kuleje mocno. 

Jak widać na załączonym obrazku - ASJI TEŻ SIĘ NIE UDAJE!!! 
Włosy sobie już porwałam z głowy, poryczałam w poduchę, to się zabieram do zwijania złośliwca!
Nie ze mną takie numery! ja mu zaraz z głowy barwne niespodzianki wybiję! ;)

Na przyszłość.. jeśli będziesz mieć 3 motki wełny z czego jedną wyraźnie jaśniejszą od pozostałych, nie zaczynaj od tej jasnej właśnie, zacznij od umiarkowanie ciemnej lub najciemniejszej, zmiksuj ją z jaśniejszą w części głównej swetra, a rękawy zrób z 3 motka. Taki przynajmniej mam plan na 3 podejście :D Oby było udane i Was i mnie nie zawiodło! 

A mówiłam już, że mimo trudów Socka od M uwielbiam? 
A wiecie, że sock sockowi nie równy?
Po pierwsze, jak się okazało ma dość istotne znaczenie czy wszystkie motki pochodzą z jednej serii/partii/farbowania. Sprawdzacie to podczas zakupów? nie? zacznijcie!
Po drugie, grubość wełny również zdarza się umiarkowanie inna.. ale żeby nie być gołosłownym oto dowód. 

Mój Street Chic powstał z wełny Sock właśnie, w kolorze Persia, zostało mi jej odrobinkę jeszcze, i dla porównania pokażę Wam, co zauważyłam porównując go do Zarzamory:


Po pierwsze, Sock w kolorze Persia jest w odczuciu gładszy, mniej puchaty,lżejszy, bardziej.. nie gniewajcie się za to określenie, ale w moim odczuciu bardziej jest jakby bawełniany. 
Zarzamora ma w sobie puch, mięsistość, wyczuwalną grubość.. 
Obie wełny w moim odczuciu ciut inaczej pracują na drutkach, do persji, ściegiem gładkim musiałam użyć drutków 3.0, gdy w przypadku Zarzamory świetnie i najlepiej wygląda ścieg robiony na drutach 3.5 mm. Niby to nie wiele, ale jednak jest dość duża różnica. 

Nie ważne, różne czy nie, ja je uwielbiam i mimo nerwów (miałam dziś krótką wizytę u lekarza, i trochę mi było głupio jak zapytał, czy mam ostatnio jakieś większe stresy, odpowiedzieć: tak! muszę spruć cały sweter bo mi się motki źle zmieszały! ;) ) i konsekwencji z ich bajecznych farbowań wynikających, jeszcze do tej wełny z przyjemnością wrócę! A co :D 

Ja to jednak się ze sznurem poszarpać lubię! :D 

A Wam jak idzie dzierganie? prujecie? czy jakoś do przodu? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *