niedziela, 19 października 2014

Arrow Hoodie

"Skarbie, a może byś tak dla mnie coś w końcu (!!!) wydziergała.."

.. jak to zazwyczaj w życiu bywa, tak też i tym razem dałam się niewinnemu "Skarbie" oczarować i do roboty zaciągnąć.. No bo wiadomo, że jak Połówek odpowiednio to "Skaaaarbieeeeee" zaakcentuje to mi kolana miękną, w sercu rytmy tango się zaczynają, w gardle sucho, a na poliki te okropne purpury wyłażą.. a jak mi jeszcze do tego tak spojrzy w oczy,  tak przeciągnie wzrokiem i tak jakby z za mgły na mnie popatrzy (nie, nie ma jeszcze jaskry;) ) to już ugotowana jestem na mięciutko.. I co z tego, że 2XL na Niego potrzeba, co z tego, że long arm i jeszcze kolory i wzory mu się marzą, doba się nie rozciągnie, niestety, a trzeba mierzyć siły na zamiary. Nie wiem czy się zmierzyłam, kiedy sobie ten sweter wymyśliłam, ale coś tam wyszło. I nawet wyszło dość fajnie. 

Ale żeby nie było tak łatwo to to "Skarbie" słyszałam przynajmniej jeszcze kilka razy w trakcie wielomiesięcznego dziergania.. a bo kieszonka (zrezygnowaliśmy), a bo kapturek, a bo arrowek.. no ale tak to już jest, jak się mężczyzna pokroju Połówka serialowych bohaterów naogląda.. no i jest. Hoodie rodem z "Arrowa" :) 

Zakapturzenie w tym swetrze jest niepozorne, niby jest, niby go nie ma. Kiedy Wam pokazałam mojego ostatniego kapturzastego (klik) odezwało się kilka opinii przeciw kapturom, że nie wygodnie pod kurtką/płaszczem/roboczym fartuszkiem itp. Niczym Dobromirowi, nagle pod moją kopułka zaświeciło się światełko. A może by tak zrobić zakapturzonego tymczasowego?? 

No i taki właśnie jest. Masz ochotę na kaptur, zakładasz. Nie masz.. zdejmujesz. Za ciepło na sweter, ale pod kurtkę/żakiet/płaszcz mały otulacz byłby mile widziany, a do tego kapturek w razie wiatru - proszę bardzo. 

Oto Arrow Hoodie: 














Przez całkowity przypadek wyszedł mi kaptur unisex :) Na mnie też świetnie pasuje.. i teraz się zastanawiam jak pogodzić istnienie jednego kapturka i dwóch głów.. ;) chyba będziemy musieli losować ;) 








Kaptur oprócz tego, że uroczy, genialnie eksponuje wykorzystaną w projekcie wełnę. Uwielbiam! Absolutnie uwielbiam! To Cinnia od Filcolany. Doskonała nie tylko na swetry (ciepła, miękka, lejąca, milusieńka i tak przyjemna dla skóry, że o rany! ), ale też i na akcesoria! widzę ją w kilku wspaniałych wariantach dekoracyjno grzewczych. Widzę ją zarówno w szaliczkach i czapeczkach jak i małych akcesoriach, jak rękawiczki czy opaski. Generalnie mogłabym ją polecić również na wyroby dziecięce, dawno nie miałam tak mięciutkiej merino w tak atrakcyjnej cenie w łapkach.. a po blokowaniu.. o rany! Bardzo się lubimy i już! Z pewnością jeszcze kiedyś do niej wrócę! 











To teraz nie pozostaje mi nic innego jak zabrać się rozpisania wzoru... są jacyś/jakieś chętne łapki do testowego dziergania??? :)

I już na sam koniec.. jutro sądny dzień.. wybieram się w końcu na szpitalną konsultację przed zabiegową, na której z pewnością okaże się kiedy i jak będziemy się z diamencikami moimi rozprawiać. Zaczęło się całkiem niewinnie, bo już w piątek. Właściwie, to choć jestem w domku w piątkowe popołudnie zostałam przyjęta do szpitala.. śmiesznie było, ale ja to chyba inaczej nie potrafię.. Ale po kolei:
Razem z dochodzącym do siebie po zapaleniu oskrzeli Połówkiem wyruszyliśmy z duszami na ramieniu w kierunku szpitala. Najpierw nasze rodzinne autko odmówiło nam współpracy, krztusząc się i dusząc podczas odpalania.. "Koniec", powiedziałam wtedy - "to musi być znak! nie jedziemy!". Niestety albo stety poratował nas w opresji Drogi Sąsiad. Akumulator się rozładował. Miał prawo.. w końcu kilka tygodni stała bida na parkingu.. No ale.. Przyszedł po mnie Połówek ze słowem "jedziemy" na ustach, więc poszłam. Zabrałam papierki od lekarza rodzinnego i dziarskim krokiem po przejechaniu paru kilometrów weszłam do budynku szpitala. Tam udałam się do pokoiku "przyjęć", okazałam przyniesione dokumenty i się lekko zdziwiłam. Najpierw usłyszałam, że ja nie mam skierowania (ale jak to?), tylko zwolnienie lekarskie.. a potem, po mojej krótkiej ripoście, że ja nie wiem co to za dokument, bo nie rozumiem za bardzo niemieckiego (czasem się tak z opresji ratuję..) usłyszałam: "pierwsze piętro, ginekologia, bo pani jest pacjentką przyjmowaną bez skierowania, więc jako Notfall, No dobra.. ale co ma ginekologia z woreczkiem żółciowym wspólnego?? wyszłam z tego pokoju "przyjęć" podeszłam do Połówka wskazując obrany kierunek (pierwsze piętro windą i na prawo..) i śmiejąc się nerwowo mówię, że coś jest nie tak, bo mnie na ginekologię wysłali. Na szczęście Połówek już gorączką niezamroczony zaczął myśleć, kartki wyrwał, spojrzał na mnie z politowaniem i pukając się środeczek czółeczka powiedział: "Aśka! Ty masz moje zwolnienie lekarskie!"
Takim własnie sposobem wylądowałabym na ginekologii, mając swoje dokumenty i Połówkowe zwolnienie lekarskie. Ja się mogłam pomylić, bom zestresowana, ale o czym ten pan co mnie przyjmował myślał czytając "TOMASZ" w papierach a patrząc na "JOANNĘ", to ja nie wiem ;) 

Ostatecznie po niespełna godzinie wróciliśmy do tegoż samego szpitala, ale już do innego okienka i przyjęłam się na badanie. Jak się okazało za późno. Była 13, ale lekarze pracują na oddziale na którym się miałam zgłosić tylko do 14, dlatego też o 13 już ich dawno nie ma. Logiczne? 
Logiczne ;)
Zuśmiechana, z perspektywą spędzenia pięknego weekendu w domku, a nie w szpitalu, wróciłam do domku. Ale jutro muszę się tam od rana w kolejeczce ustawić i czekać, zwłaszcza że moje dokumenty już tam są. :) Trzymajcie zatem za mnie kciuki!

Ściskam Was serdecznie! 


poniedziałek, 13 października 2014

szpital na peryferiach..

Nie pamiętam takiego miesiąca, żebym nie zarzucała Was postami co najmniej dwa razy w tygodniu.. ostatnio jednak życie moje wkroczyło na dziwne tory. Połówek był wyjechał na dwa tygodnie i zostawił mnie (pasqudnik) samą z włóczkami i woreczkiem żółciowym wypełnionym diamentami.. Cała moja egzystencja koncentruje się ostatnio na tym co spożywam, jak często, w jakich odstępach i czy nie za dużo/ za tłusto/ za ciepłe/ za zimne... Bolesne to pilnowanie się, odmawianie sobie smakołyków (nie dla mnie czekolada, frytki i placki ziemniaczane, pizze i łososie). Ma być low fat i tak jest. Nie wiecie tego o mnie jeszcze, ale generalnie lubię gotować, ale ostatnio przestałam nawet i tym się cieszyć. Bo ileż kreatywnych pomysłów można mieć na gotowane mięso drobiowe?? 

Połówek był się spakował, wyjechał i na szczęście wrócił. Ale wrócił chory i zakatarzony tak, jak go dawno nie widziałam, w związku z tym mamy w domu szpital. Ja, po swojej ostatniej wizycie u lekarza oczekuję, a na razie to planuję wizytę w szpitalu i pójście pod "nóż", a Połówek się kuruje, żeby mi w tej szpitalnej przygodzie choć ciut pomóc. 
Jakieś dobre rady? jak się na szpitalne łoże przygotować? czego się spodziewać? i czym się martwić? (jakbym miała mało...)

Nie wiedzieć czemu nieobecność Połówka tym razem nie podziałała na mnie motywująco.. wręcz przeciwnie. Robótek zaczynałam kilka, jeśli nie kilkanaście i większość z nich nie przekroczyła oczekiwanego przeze mnie etapu jakiegokolwiek zadowolenia. Łapki mi się zrobiły niezgrabne i ociężałe, drutki nie stukały radośnie, a ledwie się ślimaczyły.. Własne pomysły zostały chyba zasypane w lanzarotańskim piasku, bo choćbym chciała nie potrafię ich w sobie odnaleźć.. 

Ale.. wyciągnęłam Indiecitę z Filcolany i choć kolorami, bo na pewno nie żadną odkrywczą konstrukcją, próbuję czarne chmury znad mojej głowy przepędzić.. i tak to na chwilę obecną wygląda:


Chory czy zdrowy Połówek i tym razem stanął na wysokości zadania.. i przytachała ciapate coś. Nie wiem dlaczego, bo prosiłam o jakieś "stonowane" kolory i jeśli w ogóle, to lekkie melanże, no ale albo rzuciła się mu na oczy gorączka, albo to "stonowane" według mojego Drogiego Połówka ;)


Summa summarum jestem zachwycona! :D 


I oczywiście bohater planu drugiego, czyli Odiś. 
Nie wiem jakbym przetrwała te 2 tygodnie bez Połówka gdyby nie ON! 


Męski sweter właściwie zakończony. Właściwie, ponieważ czeka mnie wykańczanie i zabawa w przeliczanie, o blokowaniu nie wspomnę. Jest zatem nadzieja, że w tym tygodniu uda mi się go zakończyć, a jak tylko pogoda i zdrowie Połówka nam dopiszą, już po weekendzie będę Wam mogła go pokazać. Mam nadzieję, że pomimo długiego oczekiwania znajdę wśród Was kilka chętnych dusz do wydziergania swojemu mężczyźnie sweterka! 

Ściskam Was serdecznie i życzę miłego całego tygodnia!

wtorek, 7 października 2014

jesienią alpaka nie podgryza..

Kto ma więc ochotę potestować wzór dla mnie? 
Pamiętacie jeszcze ten sweterek? 


Od dziś zaczynamy testowanie Nieoczywistego, jeśli masz ochotę się przyłączyć, zapraszam Cię serdecznie na wątek testowy na ravelry: klik.
Test jest przeprowadzany w języku angielskim, ale wzór z pewnością zostanie opublikowany w języku polskim również. Z przyczyn czysto technicznych łatwiej mi ogarnąć ewentualne poprawki na jednym egzemplarzu testowym :D

Test trwać będzie do 3 listopada, grubość włóczki (Filcolana Indiecita) i drucików (4,0 mm) to gwarancja szybko wydzierganego sweterka! Zatem jeśli masz chęć, zapraszam Cię serdecznie! 

niedziela, 5 października 2014

Zakocenie wyciągnie z każdego dołka..


Dawno nie było u mnie kociego postu.. Jak to się stało? nie potrafię powiedzieć.. Kota, jak to nasza przynajmniej kota ma w zwyczaju, dostarcza nam niebywale wielkiej ilości doznań wszelkiej miary.. Od codziennego i rytualnego poszukiwania skarbów (Ci co kota mają domowego, wiedzą doskonale jakie to "skarby" mam na myśli... ;) ), przez mruczanki do podusi, a najlepiej to gdzieś w okolicy kolanek.. ugniotki codzienne rozrzuconego kocyka, choćby nie wiem jak był poskładany kota sobie musi go po swojemu wyskładać, przez gonitwę za kasztankiem (najlepsza zabawka na świecie! nigdy się nie nudzi!), za skarpetką, przed skarpetką, za muszką, komarem, że też paskudnik znienawidzonych pająków nie chce gonić.. no ale mieć wszystkiego nie można. 


Z kotą się przede wszystkim nie da momentami pracować.. wystarczy, że się kota zorientuje, że kocyk idzie w ruch i już jest gotowy wleźć na niego pozostawiając wszystkie inne dla niego przeznaczone, bo ten nasz jest zawsze najfajniejszy.. a jak podczas wpychania się na kolanka z rozlegającym się "mrrrrrrr" pod nosem poczuje, że drucik z robótką ciut się przesunie robiąc mu ciut miejsca więcej, gotów jest się w całości na kolankach rozłożyć nie dbając o oczka ani o drutki. 
  

Są też i chwile leniwego na słońcu wygrzewania, chwile niezwykłe, bo nieliczne.. wystarczy, że człowiek zasiądzie na jednym z leżaków balkonowych i już na drugim ma towarzystwo.. :)


Po 2 tygodniach pobytu w hotelu kota nasza szanowna wróciła na swoje śmieci.. nie obyło się bez miauków (2 dni miauczał bez przerwy), miźgów i przytulanek (niektóre trwały bez końca), żebrania o kocie smakołyki (cholernik szybko sobie przypomniał lokalizację ściany płaczu), czochrania, głaskania, i wszystkiego, czego kota potrzebowała, żeby się poczuć znów w domu, jak w domu. Już się wyciszył, jest już u siebie, spokojny i radosny, i już od jakiegoś czasu terror i rządy swoje wprowadza :D Ale jakie by życie było bez tych jego momentów przewagi ;D 

Zresztą, czy jest coś fajniejszego od kota, który wcale nieproszony, włazi nam na kolana oczekując głasków i miłości? 
Wynagradza wszystko... :D


Miłej niedzieli Kochani!
Głaski dla wszystkich naszych milusińskich! :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *