środa, 23 lipca 2014

New beginnings...

Są takie zmory.. tfu! zamory, które zapierają dech.. Kolor włóczki znanej i lubianej z "eM-em" na przedzie o cudnej nazwie ZARZAMORA...
Wpadła mi w oko jej dostojność podczas warszawskiego nad kawą gadania, oczywiście w magic loopie. Nie mogłam się powstrzymać przed zabraniem ze sobą trzech jegomościów, nawet dostąpiłam zaszczytu i mogłam sobie precle rozwinąć i obejrzeć jak wyglądają sznurki w pełnej krasie ;) nie kupowałam w ciemno.. piękno tych motków mnie porusza i aktywnie poszukuję dla nich odpowiedniego wzoru... poszukiwania wciąż trwają :)


Podczas aktywnych poszukiwań dopadłam jeden, piękny, warkoczowy wzór, którego oczywiście musiałam przetestować na kilku sznurkach. Powstało zatem, niemalże hurtowo, kilka próbek.


Ostatecznie zdecydowałam, że tym razem nie będzie to projekt z myślą o mnie.. 
Kochane, co prawda do września mamy jeszcze kupę czasu (koniec września - DZIEŃ CHŁOPAKA), ale .. pracuję nad prezentem wcale nie niespodzianką dla POŁÓWKA :) 
Do tego celu wykorzystuję kolejne odkrycie tego roku, czyli mięciutką jak puszek Cinnia od Filcolany. Wymiziana przez Połówka na wszystkie strony próbka przeszła dość wymagające w założeniach testy jakości/miękkości/włochatości i zyskała jego aprobatę... Będzie zatem coś tylko dla niego :)

A może macie ochotę wydziergać ze mną prezent dla Kochanego (własnego, bo mojemu jeden prezent wystarczy ;)  ) w ramach testu tego wzoru? 
Byłoby to trochę tajemnicze, wspólne dzierganie :) ponieważ kształt tego projektu wciąż ewoluuje..
Macie ochotę?


A skoro mamy dziś środę, nie mogło zabraknąć małego wpisu w temacie czytania.
Krótko będzie. Kocham!
Sięgnęłam po "Kwiaty na poddaszu" Virgininia C. Andrews za namową Marzenki (wiecie o kim mówię? : CHMURKA i Pani Wełna z bloga wełnianemyśli ), która teraz leży pewnie gdzieś na jakiejś plaży i witaminę D w ilościach hurtowych spożywa :) (Marzena! wypoczywaj i naciesz się nadmorską bryzą za nas dwie! ) Dawno już temu podczas jednej z naszych całkiem prywatnych rozmów o książkach usłyszałam ten tytuł, zaintrygowana byłam od razu. Szybko więc podjęłam decyzję i nabyłam.. wszystkie 5 książek tej autorki, należące do cyklu: "Rodzina Dollangerów", której to "Kwiaty.." są częścią pierwszą.
I dobrze zrobiłam, że mam je wszystkie 5, ponieważ wieczorne czytanie pozwoliło mi jak do tej pory, dosłownie, pochłonąć 2 części w całości i 3 w połowie.. Nie jest to lektura wakacyjna, smutek czasem spoziera z każdego zakamarka i każdej literki tej serii. Bywa, że jest okrutna, że jest namiętna, wielokrotnie pełna tragedii.. taka, jak nierzadko bywa życie. Wciąga. Mnie na pewno porwała.
3. część "Rodziny..", czyli "A jeśli ciernie." opowiedziana jest z innej, niż poprzednie dwie książki,  perspektywy. Ale nie będę na razie nic pisać, bo nie chcę zdradzić za wiele, zwłaszcza tym, którzy jeszcze mają "Kwiaty.." przed sobą. Czuję, że najlepsze jeszcze przede mną... :)


I na koniec, nie wiem ile w tym Waszej zasługi, choć po podnoszących na duchu komentarzach docierających do mnie w mailach, wiadomościach na FB czy znajdujących się pod poprzednim postem, nie potrafię inaczej niż Was wyściskać i serdecznie Wam podziękować, bo moje "siebie" się ogarnęło a "zwątpienie" sobie poszło w siną dal! Ruszyłam do boju ze zdwojoną mocą! Wzór okazał się nie taki straszny, jak go sobie wymalowałam! Przeliczenia (porządne i właściwe) za mną, teraz tylko klepanie w klawiaturę zostało :) 
Dziękuję! za każde dobre słowo, piękne i motywujące cytaty, zdjęcia (Gosia! za żabę!), bo zdziałały razem cuda niebywałe :) Szare komórki zaczęły w końcu pracować :)

Trzymajcie się dziś druta, a najlepiej dwóch i uśmiechajcie się dookoła, 
nawet do smutasów.. w końcu i oni uśmiech odwzajemnią :)

niedziela, 20 lipca 2014

...o wszystkim i o niczym...

Bywają takie dni, kiedy kompletnie nic się nie udaje.. człowiek siedzi nad zadaniem, które teoretycznie powinno pójść gładko i wystartować nie potrafi. Patrzy zatem na tę pracę, która mu przed oczami zamiast przyrastać, ubywać powinna i siłą woli próbuje się zmierzyć z pustką go z każdej strony otaczającą. Najgorsza jest ta pustka, która w głowie, niczym echo, od kości się odbija.. 
Takie momenty zazwyczaj dopadają mnie w chwilach jak najbardziej przyziemnych. Siedzę sobie na podłodze w przeróżnych konstelacjach z centymetrem, długopisem, kolorową kartką i kalkulatorem na podorędziu i liczę.. na siebie liczę, a to moje "siebie" ma mnie sobie w nosie i nic sobie z moich poobijanych kolan od podłogi, czy wypieków na twarzy, spowodowanych zwieszaniem głowy w dół, nie robi. "Siebie" sobie, a ja w czarnej dziurze lub w miejscu sobie dreptam... I tak wisimy sobie we dwoje próbując choć jedno zdanie sklecić, jeden rządek zliczyć, jedną linijkę instrukcji zuniwersalizować i stworzyć coś, dzięki czemu i Ty będziesz mogła mieć, to co mam i ja. 
"Uda Ci się!" powtarzam bez przerwy do "siebie", no rusz się wreszcie, choć kropkę postaw, jedną kreskę narysuj, przecież wiesz, jak to ma być.. "czy jednak wiesz aby na pewno?" dodaje zaraz to cholerne "zwątpienie", które siedzi sobie obok "siebie" na drugim ramieniu i zawsze ma coś do dodania. Nigdy nie zmotywuje, ale zawsze znajdzie coś do czego się przyczepić będzie mogło. "Siebie" daje się bardzo szybko "zwątpieniu" omamić i przestaje mnie słuchać, i nijak nie dociera do niego, że ja naprawdę na "siebie" liczę i czekam na to, co wymyśli.. co tam ja, Wy czekacie...

Trudy i znoje dziewiarskich prób rozpisywania wzoru. Ugrzęzłam rozerwana między własnym "chcę" i "potrafię", a "nie da rady, zapomnij".. Nie poddaję się jednak. Jak nie dzisiaj, to może jutro. 

To może pokażę w takim razie, co już mam, a co jeszcze przede mną.. :)


Indiecitowe szaleństwo ciąg dalszy. Zakończyłam eksperymentalne, jesienne wdzianko, bezimienne jak na razie ;) suszyło się dziś pięknie na słoneczku i czeka je jeszcze kilka kosmetycznych poprawek, jak sznurka chowanie i oczywiście sesja zdjęciowa z prawdziwego zdarzenia.


W koszyczku spoczywa sobie jeszcze sztuk kilka Indiecity od Filcolany, ale sobie będzie musiała jeszcze chwilkę poczekać, za gorąco się ostatnio zrobiło, żeby wytrzymać pod alpakowym kocykiem na kolankach spoczywającym...


Ciągnie mnie za to w kierunku pysznego Zitronowego jedwabiu, który to sprzed nosa niemalże podprowadziłam Makunce podczas swojej wizyty w jej królestwie.. ten sam Traumseide, którego w dniu dzisiejszym pokazała w gotowym i przepięknie lekkim szalu - klik, dzięki czemu przypomniało mi się, że sama podobne cudo posiadam... ale się boję ten motek ruszyć, poważnie.. :) "Zwątpienie" dzisiaj żniwa zbiera, no mówię Wam.

Wskoczę chyba z tej dzisiejszej niedoli na kanapę, wyciągnę się tuż obok Połówka i zapomnę.. no ale przecież nie mam co na druty włożyć.........?

Poratujecie biedną? "Zwątpienie" trzeba przegadać... kto się odważy? 

I na koniec, jak się nie ma tego czego się chce, to może warto dostrzec i docenić to, co się ma.. 


Zmykam oczarować "zwątpienie" terapią zwaną miłością... 
Miłego niedzielnego wieczoru :)

czwartek, 17 lipca 2014

Lukrecja

Niektóre wełny przemawiają wyraźnie i bez zgrzytów. Niektóre wełny przerabia się bez zająknięcia, suną po igłach nieprzerwanie i nie wymagają uwagi. Niektóre wełny mają w sobie tego cosia, ta z pewnością go ma! Pisałam Wam już o tym, że w tym sweterku pierwszy raz od początku do końca zmierzyłam się z nową dla mnie techniką dziergania zwaną Contiguousem, i pokochałam ją. Może to dlatego, że bawiłam się dziergając ten sweterek bezustannie. Nie było żadnego prucia, momentu zawahania, była tylko ogromna przyjemność przekładania oczek z jednego drucik na drugi. I nawet guziki, które zazwyczaj dostarczają mi zmartwień tym razem okazały się dla mnie łaskawe.. 

Dziergając ten sweter całkowicie dałam się porwać "Rodzinie Borgiów", farbując motki słuchałam historii Lukrecji i jej rodzeństwa. Możliwe, że te obrazy, które dzięki porywającej lekturze przewinęły się przez moją głowę, nie były dla ostatecznego wyglądu tego projektu bez znaczenia... 
Uwielbiam go! za kolor, za fason, za guziki, za dekolt, za dziurki pokazujące ciut, za opadający tył, za całokształt. 
Mój Ci on! a tak sobie razem wyglądamy: 








Pokazuję go dziś, ponieważ własnie zakończyłam pracę nad matematyczną stroną wzoru. Praktycznie pewne jest zatem, że na dniach powstanie pierwszy szkic wzoru, który już niebawem, będzie i dla Was dostępny. 

Zmykam zatem do pracy..trzymajcie kciuki!

środa, 16 lipca 2014

Sznura dzierganie i słuchanie/czytanie.

Dawno nie pisałam nic o książkach. Nie oznacza to, że nie czytam, oj nie.. ostatnio telewizor/komputer mają ode mnie odpoczynek. Większość ulubionych seriali ma swoje wakacyjne przerwy, stąd dla dziergania i oglądania trzeba było znaleźć jakąś alternatywę. No niestety, dzierganie w moim przypadku i czytanie symultaniczne nie wchodzą w rachubę. Nie potrafię się skoncentrować ani na jednym ani na drugim, ale słuchanie książek to już inna bajka. I tak przez ostatnie kilka tygodni połknęłam kilka fajnych i wciągających książeczek. 

Swoją przygodę z audiobookami zaczęłam od "Rodziny Borgiów" Mario Puzo, czytanej przez pana W. Zborowskiego, i choć nie jest to może najlepsza jego książka, przyjemny tembr głosu czytającego mi ją całkowicie osłodził. 
Potem przyszedł czas na wciągające książki autorstwa Cobena, kilka już się przez moje uszy przewinęło, każda równie wciągająca i wręcz idealna do słuchania i dziergania jednoczesnego. 
Aktualnie w uszach mi dźwięczy "Jedyna szansa", która mnie trochę śmieszy, bo czasem nie nadążam za zwrotami akcji i wydaje się być mocno przesadzona i odrealniona w swoich zawirowaniach głównych bohaterów, ale dzierga mi się przy niej znakomicie. 
Zaskakujące jest to, że jak do tej pory nie trafiłam na autora, którego książki by mnie nie znudziły. Często zdarza mi się zachwyt jedną, druga już, przez znajomość stylu i kształtowania fabuły autora, staje się dla mnie mniej atrakcyjna i z każdą kolejną jest tylko gorzej, zazwyczaj, ale nie w przypadku Cobena. Jest szansa zatem, że wakacje miną mi pod szyldem jego książek. 


Słuchanie i czytanie ma też i swoje zagrożenia.. wczoraj, wieczorną porą, radośnie zbliżałam się do zakończenia prac nad kadłubkiem Indiecitowego sweterka - eksperymentu, i tak się dałam wciągnąć, zarówno w pełną akcji historię jak i w równe prawych oczek dzierganie, że skróciłam sobie rzędy skrócone i dostrzegłam to dopiero po zamknięciu potrójnym zamykaniem oczek (3 needle BO) prawie 100 oczek. Konsekwencje były bolesne, nie obeszło się bez prucia i łapania tych prawie 200 oczek zrzuconych i podprutych. Szczęśliwie udało mi się z tą małą awarią rozprawić bezboleśnie, zawsze w takim przypadku używam o pół rozmiaru mniejszego drucika, niż ten, którym aktualnie pracuję, dzięki czemu łapanie oczek przestaje być aż tak straszne.
Mimo wszystko, za dużo akcji w akcji, to też nie za dobrze ;)

Tak się prezentuje Indiecitowy eksperyment na chwilę obecną...



I na sam koniec, mały podgląd na Lukrecji detale.. guziczki :D 
Dla tych z Was, które oczekują na pojawienie się Lukrecji w formie spisanej, mam dobre wieści. Próbuję się zmierzyć z zagadnieniem rozpisania metody na "C" w tym własnie sweterku. Dziś już nawet poczyniłam pierwsze kalkulacje, jest zatem szansa, że w ciągu najbliższych dni powstanie pierwowzór wzoru (o jak ładnie!). 


Przyznaję, że jest to wyzwanie dla mnie ogromne, bo chciałabym stworzyć opis czytelny i jednocześnie prosty w wykonaniu, mimo wielu różnych, jednocześnie odbywających się w sweterku, działań. Mam nadzieję, że podołam i temu zadaniu.

A co się u Was czyta i dzierga? 
Pozdrawiam ciepło wszystkie zaczytane dziewiarki! 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *