środa, 4 marca 2015

V-Aurora


Wiosna jest już prawie za rogiem.. jeszcze nie tak całkiem tuż tuż, ale z dnia na dzień jest nam coraz bliższa... Masz już sweterek na zbliżające się kwietniowe dni i wieczory? Nie? Może czas najwyższy o takim pomyśleć? 

A może spodoba Ci się sweter z lekkim ażurem, ciekawą konstrukcją i sportową linią? coś w sam raz do dżinsu, czy to w formie spodni, czy spódniczki? lekki, kolorowy.. wyjątkowy..
Więcej zdjęć tego sweterka opublikowałam w tym poście: klik

Wzór na V-Aurorę jest już dostępny w moim sklepiku na Ravelry, a specjalnie dla Was dostępny jest w niższej cenie (-20%) do 9 marca! :D dostępna jest wersja wzoru w języku angielskim oraz w języku polskim. Gorąco zapraszam :D

A jeśli jeszcze nie masz pomysłu z jakiej włóczki wydziergać ten sweter, zapraszam do obejrzenia galerii projektów powstałych podczas testów, mnogość możliwości poraża :D 

wtorek, 3 marca 2015

o zdrowiu, chorobie i wiośnie - AW (anonimowego włóczkoholika rozterki)


Wiosenne porządkowanie co prawda jeszcze przede mną, ale ostatnio poczułam ogromną potrzebę przetrzebienia własnych zapasów w poszukiwaniu zestawienia kolorystycznego prawie idealnego.. i tak wpadłam na kilka motków pozornie nie pasujących, ale jakże wiosennych i optymistycznych w połączeniu. Długo się nie zastanawiałam, od razu sięgnęłam po wzór, który już od dawna za mną chodził ( At Dawn Joji Locatelli) i dziergam bezkresne prawe z niebotycznych rozmiarów uśmiechem na buźce. Mało jest takich projektów ściegiem francuskim dzierganych, które mnie ostatecznie nie nudzą.. z tym tak, o dziwo, nie jest.. Prosta zasadniczo konstrukcja, powtarzalna, sprytna i bardzo ciekawa i mnie nie ma ;) zasuwam jak szalona.. :D I choć mam wrażenie, że wyjdzie ciut mniejszy niż chciałabym (cieńsze włókno niż zalecane nie było może najszczęśliwszym wyborem), to już się nie mogę doczekać jak skończę i się totem omotam! :D


Lubię takie bezmyślne i efektowne dzierganie, lubię bardzo, jak dzianina leniwie przyrasta zaskakując, czy to kolorem, czy konstrukcją, relaksuje mnie to, uspokaja i pozwala nabrać dystansu do spraw, które zasadniczo zatruwają mój spokój ducha. Jakoś sporo się ostatnio zwaliło na głowę rzeczy, które gdzieś i jakoś podkłuwają, podcinając skrzydła. Mogłabym, oczywiście, wypocić te toksyczne myśli sportową aktywnością, przegonić zajęciem, jak wiosenne porządki, czy zaczytać porywającą lekturą, ale z wielu możliwości najbardziej korzystny dla mnie zawsze jest dziergsession, z fajnym wzorem, morzem prawych i bajecznie kolorową dzianiną.. Wtedy myśli nagle zaczynają zwalniać i zmierzać w pożądanym kierunku. Wtedy też rodzą się pomysły niezwykle ciekawe, na nowe, sznurowe eksperymenty.. jeden już od dawna w mojej głowie siedzi i chyba w końcu i ja do tych myśli dojrzałam. Projekt zakładający realizację kilku podpunktów, od wyboru włókna, przez odpowiednie farbowanie, przez niezwykle inspirowane naturą ściegi, kształty i konstrukcje. Wiele czynników, jeden, niewielki projekt. Wystarczy zrobić pierwszy krok.. Tylko tyle i aż tyle..

Pierwszy krok to nie taka prosta sprawa, jakby się nad tym zastanowić głębiej. To taki zazwyczaj mały kamyczek, dzięki któremu powstać może kiedyś lawina gigantycznych rozmiarów, to kropelka deszczu letnią porą zwiastująca oberwanie chmury z gradobiciem. Jeden mały krok, który może uwolnić prawdziwy żywioł. 

Całkiem niedawno miałam przyjemność "pobajdurzyć" z jedną z Was na temat drogich włóczek. Zapytana bowiem zostałam, czy to jest normalne wydać gigantyczną kwotę na kilka motków wymarzonej włóczki, nawet nie swetra w całości, tylko włóczki, sznurka, nitek, zwiniętych może i w cudny precel, ale wciąż nienoszalnych i niepraktycznych, luźno wiszących nitek, półproduktu, którego ostateczny wygląd tkwi w moich własnych rękach i jest wysoce nieprawdopodobny.. Otóż mnie już te wątpliwości nie dotyczą. Nauczona doświadczeniem wiem, że więcej serca i miłości wkładam w projekt, którego włókno prawdziwie mnie zachwyca. Nie wiem dlaczego, ale chcę wierzyć, że to babska srokowatość i zamiłowanie do blasku, prowadzi mnie i moje gusta w kierunku dzianin raczej tych droższych, luksusowych, pięknych, samych w sobie. Nie dam sobie wmówić, że to "bez sensu" albo, że to "rozrzutność", albo że "wyrzucanie pieniędzy w błoto", tak często słyszane z ust normalnego, niedziergającego śmiertelnika. Nie docierają do mnie argumenty, że w "tej cenie" to można buty, pół kuchenki, 3 torebki i płaszcz na zimę.. nie dam sobie wmówić, że sweter sklepowy 3 x mniej kosztuje, jak ten jest mój, od początku do końca, temi ręcami wydziergany, z tym serduchem i z tą głową. No i co z tego, że patrzą na mnie jak na wariata, co z tego, że mają inne priorytety, ja mam swoje, i moje są najmojsze! 

Taka sytuacja mi się przypomniała, jakiś czas temu uczęszczając na kurs językowy, dzień w dzień miałam wątpliwą przyjemność czerpać wiedzę i umiejętności językowe od wyjątkowego seksisty, Nauczycielem był świetnym, ale jego wyjątkowa zdolność do szufladkowania w zależności od płci i naklejania etykietek wszelkiej maści, straszliwe była rażąca. Grupa młodych uczniów, pod wpływem jakiegoś pseudo naukowego artykułu w języku obcym, wdała się na jednych zajęciach w dyskusję na temat płci właśnie i pewnych stereotypów, czyli raj dla nauczyciela. Cwaniak próbował z rubasznym śmiechem przekonać wszystkich, że wszystkie panie mają problem zakupowy, zwłaszcza dotyczący torebek i butów.. zalała mnie krew, bo jak zazwyczaj staram się być wyrozumiała, żarty na temat kobiecego braku kontroli na widok butów, jakoś szczególnie mnie wtedy dotknęły. Oburzona wdałam się w dyskusję, notabene w języku obcym, stąd nie była to łatwa przeprawa, ale się nie poddawałam (mówiłam już, że nauczycielem był świetnym? mnie wkurzeniem zmanipulował do dyskusji, na innych działał rozbawieniem i komfortem, ale nie na mnie, to był jeden z pierwszych dni na kursie, kiedy "przemówiłam w obcym języku"!). Zarzuciłam niesprawiedliwość i krzywdzące konsekwencje etykietowania, nie dotarło.. No to się zapytałam, jak to z nim jest, bo najłatwiej tą samą bronią uzurpatora załatwić ;) z samochodowym konikiem nie trafiłam, z fotograficznym sprzętem nie trafiłam, ale dość szybko wpadłam na trop doskonały - wiertarki i sprzęty wszelkiej maści okołoremontowe. I się wylało.. że ma ich kilka kolekcji, kilka pudeł, i że wszystkie wiertarki są niemożliwie potrzebne i żadna nie była zakupiona pod wpływem fanaberii, bo przecież są inne.. trochę jak te zarzucane wszystkim paniom kolejne pary butów czy torebki! każda inna, każda niezbędna, każda wyjątkowa! 

Trochę jak te nasze włóczki, każda cudna, każda z innym charakterem, każda wyjątkowo bliska sercu i jakże inna od koleżanek z pudła! 

No to jak to z Wami jest? dajecie się jeszcze wrzucić do wora "zwariowanych na punkcie sznura" i wstyd odczuwać, czy jesteście z siebie dumne? jest jakaś włóczka, której nie kupiłyście właśnie ze względu na człowiekowe, pełne pogardy spojrzenia i teksty? Czy bimbacie sobie to, co inni myślą? Co jest normą w dziewiarstwie, a co już normą nie jest? 

Jednym z czynników decydującym o tym, czy zachowanie jest postrzegane jako zdrowe, czy chore w psychopatologii jest opinia większości.. Jeśli zatem większość mnie na stos wyśle za tę moją rozrzutność i te moje urojenia, bo w końcu nie dość, że gadam do sznurów, to one mi jeszcze mówią, co mam robić (!?), to trudno, będę przynajmniej z uśmiechem się palić..

...bylebym nie miała ulubionego swetra na sobie (takie na przykład Nelumbo.. o nieeeeeee!... albo Cocachin!), albo chusty.. albo czapki.. nieeeee......... ;)

Miłego dnia,
 pełnego zdrowego dystansu, 
Kochani!


sobota, 21 lutego 2015

Nadzieja zielenią malowana i bonusik!


Zieleń.. taki uroczy, wiosenny i dający nadzieję kolor.. ale może się opatrzyć, może? Może! Mnie ostatnio z zielenią po drodze, ciągle gdzieś, jakieś zielone mi na zdjęciach włóczek potencjalnie godnych zakupu wyskakuje.. i co z tego, że sobie wiecznie powtarzam, że już mi wystarczy tej zieleni, jak i tak ją nabywam. No i mam. Sweterek zielony, a dokładniej luźne jego członki. Możecie się ze mnie śmiać, ale po raz pierwszy odkąd odkryłam dzierganie od góry, a to było jakoś w głębokiej podstawówce, wtedy to mój miś dorobił się równie zielonego, raglanowego sweterka, dzierganego od góry, którego nigdy nie założył, bo mu się za bardzo w głowie do sweterkowej dziurki urosło.. ;), dziergam sweter od dołu.. i idzie mi to jak krew z nosa. Czytam czasem na blogach, że byle do pach.. potem już z górki.. no i uwierzyłam i okropnie się czuję tym dzierganiem, na wierze opartym, zmęczona.. nie pomaga też fakt, że wiem (!@%^$#&#@) doskonale (!%$@#%@!%^@), że nie starczy mi włóczki, albo przynajmniej, że istnieje dość mocne prawdopodobieństwo, że jej nie starczy.. i co wtedy robi dziewiarka? kiedy wie? zaczyna wierzyć.. no i wierzę, i żyję tymi złudzeniami, że może w nocy mi ktoś jeden motek (lepiej dwa!) doniesie, że mi się przeliczenia pomyliły i wystarczy.. nadzieja, nieoceniona towarzyszka każdego dziewiarskiego oszołoma ;) Czym bylibyśmy bez niej.. ;) 

Z nadzieją zazwyczaj spoglądam też w przyszłość.. ale skłamię, jak powiem, że ciągle tylko z nadzieją zieloną spoglądam, czasem widzę czarną dziurę tylko, czasem widzę jeszcze mniej niż nic. Wyciągam sobie wtedy te moje kolorowe precelki i patrzę.. i czekam, aż pierwszy się do pogadania wyrwie.. Ostatnio jakaś śmiertelna cisza się w pudle luksusowym zalęgła. Milczą mociochy okrutne, jak zaklęte.. No psia/kocia/słonięca mać! jak śmią okrutniki nic nie mówić? A co to? okres dojrzewania im się włączył, że języka zapomniały, zemstę jakoś na mnie szykują? niegodziwce.. A ja do nich zaglądam, doglądam, przeglądam, macam, trochę pewnie molestuję, nigdy się nie pytałam, czy mogę sobie pomacać, zakładając, że to lubią.. czyli tak samo, jak zazwyczaj myślę o własnym kociaku. A tu się nagle, w dniu jego święta, dowiedziałam, że kota ludzki dotyk frustruje.. to po co ta łajza na kolana włazi i traktor włącza? żeby na niego popatrzeć? no ale skoro frustruje, tak mądre głowy gdzieś napisały, no to może i włóczki są spięte moim nadgorliwym doglądaniem nad wyraz często połączonym z macaniem? postanowiłam zatem się nie narzucać.. pochowałam, zamknęłam w pudle, niech leżą, jak płakać zaczną może przyjdę i popatrzę jak się mają. Basta i śluz! nie będą mi motki na głowę wchodzić, i to czym? strajkiem? ja nie negocjuję z terrorystami... 

Zasadniczo się nie skarżę.. a bzdura, pewnie, że się poskarżyć lubię.. i poużalać.. jak mi źle, jak do bani, jak wszystko be i jak kiedyś było lepiej.. e nie, jak siebie znam to z pewnością o przeszłości w tym nadgorliwym użalaniu się dobrego słowa nie powiem.. Jasne, że mnie taki stan nachodzi, wszak nie jestem z kamienia, nie jestem cyborgiem (chyba?!), a zwykłą dziewczyną ze skokami emocjonalnymi, czasem się zastanawiam, czy to już dwubiegunowość, czy tylko typowa, kobieca zmienność nastrojów.. Świat jaki jest, każdy widzi, zło się szerzy wszędzie, w telewizji już nie pokazują tego, co człowiek dobrego drugiemu zrobił, bo to się przecież nie sprzeda, samo zuooo tylko wyłazi, i z telewizora i z radiowego głośnika, ciągle tylko ktoś - komuś - coś i to ze skutkiem tragicznym.. Jakoś tak chętniej człowiekowi: "prawdę" powiedzieć, choć ona jest okrutna, i niczego dobrego z niej nie będzie, ale szczera jest, to trzeba powiedzieć.. I tak ładnie się kółko zamyka, zło widzimy, zło powielamy, zła się doszukujemy.. 

A ja się buntuję.. buntuje się srodze, nie chcę tak, nie mogę, nie potrafię. Wolę żyć w bańce mydlanej i selekcjonować nowiny, i brać tylko te, których potrzebuję.. życie bywa wystarczająco okrutne, żeby sobie samemu jeszcze dokładać. 

Lubicie plotki? ja kocham.. słuchać.. a pewnie, że lubię! ale jakoś tak na mnie dziwnie się ten łańcuszek często kończy, bo co się wyśmieję, to moje, ale po co dalej puszczać? Winko z psiapsiółą z dzbanka popijane, śmiechy i chichy to był kiedyś mój ulubiony sposób na piątkowy wieczór! ale dziwne miałam psiapsióły, wspierające, podnoszące, życzliwe.. jedna taka, pewnie to przeczyta, może się nawet uśmiechnie, mocno wryła się w moją pamięć.. tęsknię za nią okrutnie, i za tym winem, za towarzystwem, za przegadaniem każdego problemu na wesoło, obśmianiem do zasmarkania, za dystansem i zdrowym spojrzeniem silnej, młodej kobiety.. 

Nie wiem czemu tak łatwo przyszło nam brać, brać garściami i nawet nie podziękować.. skąd takie przekonanie, że nam się wszystko należy, że nie potrafimy docenić? Okropnie się czasem z Połówkiem na ten temat spinam, bo wmawia mi wiecznie, że trzeba być wdzięcznym, że trzeba doceniać.. a ja nie lubię mieć długów. No bo nie lubię i już! i dziękować też nie lubię! ;)

Ale.. czasem przychodzi tak straszny, czarny i dupiany dzień, że nic i nikt, tak się nam przynajmniej wtedy wydaje, nie potrafi tego odmienić... i nagle, jak promyk słońca po burzowej nawałnicy z pośród czarnych, podniebnych pierzyn jeden, z początku niedostrzegalny, maciupeńki, niczym przebiśnieg z czarnej, zmarzniętej wątpliwościami gleby, gest się wyłania, świetlisty i radosny, nieoczekiwany i dający nadzieję.. gest wyjątkowy, bo za nic, bo tak po prostu.. bo "uwierz w dobro człowieka"... 

Oto coś, czego nie spodziewałam się wcale, coś, co mnie żywo zamurowało, coś, co mam nadzieję, Wam też sprawi radość, bo jest gestem udowadniającym tylko, że dzierganie, niczym muzyka, łączy, leczy i inspiruje i obyczaje łagodzi! Mnie zainspirowała MonikaS, autorka bloga: dwanaście igieł, swoją pracą dla Was - oto schematy do Mil Pasos, które zrobiła z myślą o graficznie dziergających dziewiarkach: SCHEMAT

Monika - ślicznie Ci dziękuję za pomalowanie mojego świata na kolor zielony!

A u Marzeny (wełniane myśli) mamy już pierwszą lekcję z tłumaczenia wzorów na bazie Mil Pasos! Zapraszam!

Czasem przeraża mnie dobro, które się w świecie na mnie czai.. nie lepiej się jego doszukiwać? :) 

Ściskam serdecznie i życzę Wam miłego dnia!

czwartek, 19 lutego 2015

My Vow - obietnice, których dotrzymam!

Był sobie kiedyś taki czas, kiedy dziergałam koronkowe szale jak opętana.. nie  mogłam przestać! Zasadniczo, nie potrafię się wytłumaczyć w żaden sposób dlaczego przestałam je tworzyć. Nie ma bardziej nagradzającego dziergania, bo nawet jak coś nie do końca wyjdzie, która z nas nie nosi takich omotańców? Choć, z drugiej strony, do tej pory noszę w pamięci takie niemiłe doświadczenie, kiedy to w upalną sierpniową pogodę miałam uwiązane cudne coś (już nie pamiętam co to było, ale musiało być koronkowe) na szyi i strasznie tym omotańcem zdenerwowałam na swojej drodze napotkaną panią, która to jednym spojrzeniem prosto w oczy osądziła mnie: "szalona!", przy okazji wypluwając z siebie kilka innych, niegodnych powtórzenia epitetów.. Ja rozumiem, że upał raczej z szalikami niewiele ma wspólnego, choć ja to jestem dość szczególny przypadek, bo jak nie mam czegoś na szyi to czuję się naga, i nie ma znaczenia czy stopni jest 30 czy 20 czy -10, coś mi się tam musi majtać, nawet na plaży mi się majta, choć to bardziej z powodów ochronnych, niż zdobnych.. Plaża.. a nie, to nie o tym miałam pisać.. ale wybaczcie, że już o tym myślę.. :D 

Kiedy wpadł mi w oko Laurowy jedwab, oniemiałam. Rozwaliła mnie na łopatki soczystość tej wysyconej, krwistej czerwieni, zachwyciła tak, że o  mało nie umarłam.. Poważnie! Biżutki, ładnie skrojone opakowania tak na mnie nie działają, jak niektóre włóczki.. ;) Ale to było tylko zdjęcie, no więc jak już zanabyłam to się trochę lękałam, co też tym razem mój monitor zmalował.. I teraz wyobraźcie sobie to mega pozytywne rozczarowanie, bo jak otworzyłam pakę z wełną to umarłam po raz drugi! Mało jest TAKICH czerwieni, mało jest takich wełen, ja przynajmniej się jeszcze z takowymi nie spotkałam, ale ten kolor jest absolutnie doskonały.... ciepło tego odcienia wydaje się być doskonałą parą dla każdego, absolutnie każdego typu urody! Laura stworzyłaś perfekcję absolutną!!

Swoje to jedwabne cudo odleżeć musiało, i tak sobie leżało i czekało, a ja sobie koło tego chodziłam i patrzyłam, oniemiała patrzyłam jak za pierwszym razem, z zachwytem.. Nie mogło być jednak inaczej, jak już mi ta niteczka wpadła w ręce, jak zaczęła do mnie przemawiać, prowadząc mnie bezczelnie na manowce, dopięła swego, i stała się tym, czym nawet w upalne lato opatulę się z rozkoszą.. Podczas dziergania, mimo bezustannego prucia, przysięgłam sobie, że się tej nitce nie dam wykończyć.. Przysięgłam sobie, przekładając leniwie lewe oczka, że to nie ostatnia chusta w moim dorobku, i że wrócę z wielkim zapałem do ich dziergania.. Przysięgłam sobie również, wełny od Laury traktować z wyjątkową uwagą (mam jeszcze kilka wspaniałych motków) i nie bać się ich, bo wynagradzają trudy i znoje.. Dużo tych obietnic padło podczas dziergania, padły jeszcze takie całkiem prywatne, moje, nasze.. nie mogłam jej ochrzcić inaczej.. ;D

Oto "My Vow"












Podczas sesji przysięgłam coś jeszcze, nie marudzić na fotografa, który ma do mnie anielską cierpliwość...  ;) 

A tak już wygląda Asja, która w podskokach brawa sobie bije.. ;) 


A Ty masz już swoją wiosenną chustę? Czujesz już powiew wiosny? nie czekaj aż przyjdzie.. zacznij dziergać już teraz... co planujesz zrobić na wiosenne szyjne omotanie? Kolory, forma czy wymyślna koronka skradła Twoje serce?

Ściskam Was bardzo serdecznie!
I życzę miłego dnia!! 
Niech słońce Twojego pysiaka dziś ogrzeje :D
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *