piątek, 8 lutego 2019

Nellix

Bardzo trudno jest mi się pozbierać tej.. właściwie nawet nie wiem jak tę porę roku nazwać, bo ani to zima, ani wiosna, ani listopad.. Ale zbieram się w sobie pomalutku....

A dzisiaj chciałabym Wam przedstawić jednego z moich ulubieńców zimowego sezonu. Przetestowany jeszcze w listopadzie, dziś dołączył do grona wzorów opublikowanych. 

Bardzo się lubimy i często można nas razem zobaczyć :) 


Wzór jest dostępny tylko w języku angielskim!

Oto my, Nellix i ja!







Wybaczcie, że tak krótko, ale słowa jakoś ostatnio więzną mi w gardle.. Trudno jest pisać, gdy wena rzuca kłody pod nogi, oj, bardzo trudno! 

Ale mam nadzieję, że wraz ze zbliżajacym się do nas orkanem smutki moje zostaną rozwianę i znów w mojej głowie zagości ekscytacja i radość tworzenia..  oby oby!
Pozdrawiam Was serdecznie!

Do następnego razu! :* 

czwartek, 20 grudnia 2018

Flicorianowy BIG BROTHER

Dziś jest jeden chyba z najbardziej burych i smutnych dni w tym kalendarzowym roku, Połówek bowiem zapakował się jakimś dzikim świtem i wróci pewnie jeszcze ciemniejszą nocą. To jeden z tych dni, kiedy wena do dziergania się gdzieś ulotniła i zwyczajnie nie chce wrócić. To jeden z tych dni, kiedy nie cieszy nawet pierogów lepienie. Właściwie nic nie cieszy. 

Ale tak naprawdę właśnie w czasie jednego z takich byle jakich dni najlepiej mi się pracuje! Żadnych dystraktorów, żadnych czasu - pożeraczy, uwagi - odwracaczy.. W związku z tym zajęłam się NARESZCIE spisaniem tego projektu, który już niebawem pójdzie w łapki moich kochanych TESTEREK. Zasadniczo powinien się tam znaleźć już miesiąc temu, ale powiedzmy sobie szczerze, że nawet mój, z natury genialny umysł (tak, skromna też bywam ;) ) nie współgra z wiecznym stanem podgorączkowym i katarem. Miesiąc minął a ja wciąż jestem niepewna czy czasem aby znów zaraz mnie coś nie położy.. i nie mam tu na myśli Połówka ;) 

Zdrowie, fajnie jak jesteś, ale jak Cię nie ma, to dramat.. wróć i zostań na dłużej!

Zrobiłam sobie w związku z tym, wiecznie trwającym stanem przeziębienia, przerwę na ozdrowienie i właśnie dziś, kiedy pieczarki w zespół z kapustą oczekują uwagi, suszone grzyby wciąż suszone i bez nadziei, że ich stan ulegnie zmianie, wytężam swój umysł z pomocą excela i liczę te oczki. 

Na Big Brothera Flicorianowego, o tego!




 
 





Jak sam flicorian, może być też i w fikołkowej wersji noszony, z czego namiętnie korzystam.



Włóczka jest od De Rerum Natura (a to nowość dla mnie, prawda? ;) ), Gilliatt, w jedynym i słusznym kolorze fusain, odcieniu czerni nakrapianej białymi punktami. Wykańczam już jej zapasy i chyba w końcu podziergam z czegoś innego! jak wena wróci ;) jeśli.. bo wróci???

Pomysł na czarną wersję tego swetra powstał pod wpływem pewnej między - projektanckiej wymiany poglądów z Katrin Schneider, kiedy to podczas tegorocznego Wollfestivalu w Dusseldorfie miałyśmy okazję się spotkać. Katrin bowiem zadumała się nad czerwonym Flicorianem by nagle stwierdzić - "a gdyby tak go w czerni zrobić?"..  a gdyby? mnie nie trzeba dwa razy namawiać.. ;)

Cieplutki, z o niebo grubszej włóczki niż jego czerwony poprzednik, wzbogacony o mięsisty kołnierz i nieco bardziej klasyczne rzeźbienie w dole swetra, stał się szybko moim ulubieńcem. 

Test tego kardiganu rozpocznie się już na początku Nowego Roku, a wzór pewnie pojawi się juz w lutym. Chociaż wolałabym, żeby był już.. już zaraz.. Ale cierpliwie doczekam się i tego. :) 

Mam też nadzieję, że tchniecie we mnie nieco dobrej energii, bo plany mam na nowy rok zacne, ale wymagają nieco odwagi, której u mnie jest raczej wieczny niedobór. Podobno jak się powie coś publicznie, to się trudno z tego wycofać - więc mówię - potrzebuję Waszego dobrego słowa i wsparcia! coby wena zagubiona wróciła i odwagi, by sięgać po te swoje marzenia .. 

A z zupełnie już innej beczki.. albo choineczki ;)

Spokoju Kochani w ten świąteczny czas, niech się dzieje dobrze, smacznie, ale przede wszystkim w zdrowiu, z bliskimi i w serdecznej atmosferze. A jeśli to nie do końca jest możliwe, to pamiętaj, że Ty jesteś dla siebie najważniejsza(y), więc zadbaj o siebie w ten świąteczny czas i bądź dla siebie dobra(y)! :* to najlepsza inwestycja!

I do usłyszenia już w Nowym 2019 Roku! 


czwartek, 6 grudnia 2018

Shanel

Grudniową porą najmilej jest się otulić w coś niezwykłego. I chociaż szalik, który chcę Wam dzisiaj zaprezentować z pewnością nie będzie pasował św Mikołajowi, to bez najmniejszego trudu potrafię sobie wyobrazić Mikołajową, jego żonę, otuloną w taki właśnie szal.

Shanel łączy w sobie to wszystko co w wełnianym otuleniu lubię najbardziej, mięsistość grubaśnej wełnianej włóczki, klasyczny kształt i piękną, symetryczną strukturę wykorzystanego wzoru. Lubię eksperymentować ze splotami i lubię, gdy, niemalże bezwiednie, rodzi się w mojej głowie pomysł na dzianinę, której nie sposób odmówić. Z drugiej zaś strony, to przecież tylko prawie zwyczajny sześciokąt. Tak, to prawda. Ten szal nie ma w sobie zbyt wiele z konstrukcyjnych triczków, ale wydaje mi się, że udało mi się w nim połączyć wszystkie moje największe dzianinowe miłości, takie jak jego dwustronność oraz stosunkowo prosty wzór, dzięki któremu dzierganie tego szala jest równie przyjemne, jak efektowne. Wisieńką na torcie są wykorzystane w jego dolnych krawędziach frędzle. 

Szal zaprojektowany został z myślą o włóczce typu aran, wydziergany został na drutach w rozmiarze 5.5 mm, zakończony frędzlami z cieńszej włóczki w tym samym odcieniu. Mój projekt powstał z włóczki od De Rerum Natura, Cyrano i Ulysse w kolorze poivre blanc. 

I chociaż zdjęcia wykonaliśmy już chwilę temu, mam nadzieję, że dzięki nim poczujecie jego ciepło i miękkość! 

Oto Shanel: 
















Wzór na ten projekt jest od dziś dostępny w moim sklepie na ravelry (w języku angielskim tylko!) klik.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam miłego dziergania! :) :*


czwartek, 29 listopada 2018

Porto

Kiedy większość z Was planowała, była w trakcie lub właśnie kończyła swoje wakacyjne urlopy, my zasadniczo nie mieliśmy na wyjazdy kompletnie ochoty. Pod koniec wakacji codzienność nam się jakoś tak nawarstwiła, że trzeba było nam natychmiast odskoczni i wypoczynku. Planowanie wakacji to dla mnie i Połówka zazwyczaj udręka. Tak właśnie.. udręka.. ścieramy się i spieramy na ten temat tygodniami zanim tak naprawdę coś postanowimy. Nie mieliśmy do tej pory wspólnych marzeń podróżniczych, chociażby z tego powodu, że gdy ja, a tak mi sie przynajmniej wydawało, wolałam biernie wypoczywać i do tego w słońcu, tak Połówek preferował od zawsze raczej cień i nieco więcej aktywności. O dziwo, tegoroczne planowanie wypoczynku odbyło się i bez większych spięć i jakiegoś cierpienia, samo się jakby wydarzając. Sierpniowy Londyn wydarzył się niemalże przez przypadek.. a listopadowa podróż sama się nam niejako zaplanowała, gdy w ręce wpadła mi informacja o targach dziewiarskich organizowanych w Barcelonie.

Już od jakiegoś czasu mieliśmy ogromną chęć odwiedzić Portugalię, ale zawsze coś nam stawało na przeszkodzie. Kiedy planowaliśmy wyjazd do Barcelony, mając kilka dni więcej ulopu do dyspozycji, wiedzieliśmy, że fragment tego wypoczynku chcemy spędzić tam, całkiem spontanicznie wybraliśmy Porto.. 

Jadąc po raz pierwszy w dane, nowe dla nas miejsce, rzadko kiedy zwiedzamy je z listą punktów do zobaczenia, nie robię "zadań domowych", nie szukam "atrakcji", które koniecznie muszę zobaczyć, nawet jeśli ryzykuję, że czegoś wyjątkowego nie zobaczę, pozwalam sobie na szwędanie się w danym miejscu bez planu. Tak zwiedzać uwielbiam. Często w ten sposób odkrywamy i miejsca i zakamarki, o których w przewodnikach czy na blogach podróżniczych nie ma słowa. 

Jedyna lista, która powstaje albo tuż przed wyjazdem, albo już w trakcie podróży, to mapa dziewiarskich sklepów lokalnych dla celu naszej podróży. 

W Porto jest przynajmniej 5 takich, które widziałam, do 3 weszłam, dwa z nich uwieczniłam na zdjęciach i gorąco Wam je polecam jeśli zabłądzicie w tę stronę świata. W obu miejscach bez najmniejszego problemu możecie się porozumieć w języku angielskim, w obu zadrży Wam mocniej serce.. bo oba przede wszystkim zmalowane sa kolorami dostępnych tam, portugalskich włóczek! 

Pierwszy, o którym chcę dziś krótko wspomnieć, to Ovelha Negra, położony w centrum Porto, wypełniony kolorowymi włóczkami. W tym miejscu możesz liczyć na świetną pomoc w doborze kolorów czy włóczek, możesz na chwilkę przycupnąć i podumać nad kolorami, albo zwyczajnie chłonąć dobrą energię tego miejsca. Warto tu wpaść chociażby na moment, ale ostrzegam, możesz się nawet nie zorientować, gdy moment przerodzi się w godzinkę lub więcej. Nie udało mi się podczas tej wizyty spotkać z właścicielką tego miejsca, ale nadrobiłyśmy to z nawiazką kiedy nasze drogi skrzyżowały się przypadkiem w Barcelonie kilka dni później. Dziewiarki, jeśli mają się spotkać, nawet jeśli tego nie planowały, znajdą na to sposób. ;)




Drugi sklep, do którego weszłam z rozdziawionymi ustami, to Lopo Xavier & Cia, przed którym siedziałam prawie godzinę zanim go odkryłam. Podzielony na dwie części, z jednej strony oferuje dość obszerny wybór tkanin (tych na wszelki wypadek nie eksplorowałam), z drugiej zaś strony czekają Ciebie takie doznania: 


Niestety, dostęp do włóczek w tym sklepie jest nieco ograniczony przez umowną ladę oddzielającą klienta od towaru, ale.. w na moje szczęście, albo tak mi dobrze z oczu patrzy, albo tęczą mi się źrenice rozświetliły, albo obłęd jakiś mnie zdradził, nie wiem co właściwie zadziałało, ale w kilka minut po rozpoczęciu rozmowy zaproszona zostałam na drugą stronę lady, gdzie już naocznie i namacalnie mogłam w kolorach przebierać. A wiecie dobrze, że kolory najlepiej z BLISKA oceniać.. i namacalnie :) 


W samym Porto jeszcze wypatrzyłam przynajmniej 3 sklepy dziewiarskie, jeden kompletnie mnie zaskoczył, ponieważ włóczka w nim znajdująca się, sprzedawana była na kilogramy lub na wagę z czym przyznaję, dawno się nie spotkałam. Ale kolory i ceny niezwykle kuszące, jedynie ograniczenia bagażem zdeterminowane pozwoliły mi się opanować przed następnym szaleństwem.. to i ogólne zmęczenie.. 

Zmęczenie podyktowane atrakcjami.. bo chociaż planów nie było, ani specjalnego harmonogramu, dziennie przemierzaliśmy od 15 - 20 km co najmniej na piechotę zwiedzając, oglądając i napawając się widokami. Oczywiście, można inaczej, komunikacją, metrem, tramwajem, autobusami, łódką.. czy kolejką linową, ale po co, skoro można o własnych siłach? ;)

Zdjęcia wszystkie wykonał Połówek, telefonem, jakość średnia, wybaczcie. Ja wolałam się napawać widokami kiedy on pstrykał..!

A co w Porto między innymi dane nam było zobaczyć / zasmakować / przeżyć? 

Zapraszam Was do obejrzenia Porto w zdjęciowej pigułce:)




Porto to obowiązkowe wina testowanie, słodkiego i aromatycznego.. w bardzo przyjemnej atmosferze i z pietyzmem rozlewanego.. 



Murale i ścienne malowidła.. Połówek nie odpuścił żadnemu!







Ciastki.. są wszędzie, żadne tam lukrowane, ale posypane szczodrze cukrem pudrem i wypełnione wszystkim co popadnie, a najczęściej smakowitym kremówkowym kremem! obowiązkowo z małą czarną, ale jeśli preferujesz czarną zabieloną, to i na taką możesz liczyć. zapomnij o latte macchiato, albo o pół litrowych kubasach.. nie znajdziesz.. ale takich tyci filiżanek wypełnionych pysznym, boskim płynem możesz wciągnąć i kilka.. my sobie nie odmawialismy.. ;) najbardziej smakowała nam bez pośpiechu i w ciastkowym akompaniamencie.. ;)



Porto jest miastem położonym w dolinie rzeki Duero (port. Douro), niezwykle położenie tego miasta gwarantuje Wam widoki zapierające dech w piersiach właściwie z każdego miejsca w obrębie tego miasta. Nie ma znaczenia czy obejrzysz je z wieży kościelnej Igreja e Torre dos Clerigos (jedynie 225 stopni do pokonania, ale widok ze szczytu przykościelnej wieży wart jest tego wysiłku), czy z mostu Ponte Dom Luis I, który powala swoją urodą i oferuje Wam fantastyczną panoramę na obie cześci miasta, oddzielone rzeką, czy z dołu z dzielnicy Ribeira, nasjstarszej części tego pięknego miasta, czy z Vila Nova de Gaia, wszędzie roztaczać się będzie przed Tobą widok, który zostanie w Twoich wspomnieniach na lata. 

Ale Porto to nie tylko miasto położone w dolinie rzeki, to też miasto położone nad Oceanem Atlantyckim, do którego rzeka Duero spokojnie wpływa..  Warto jest i tę jego stronę poznać i zobaczyć, bo chociaż zupełnie jest inna, bywa równie porywająca.












Mogłabym jeszcze długo o tym co można i co warto w Porto przeżyć i zobaczyć, ale najchętniej wróciłabym tam dziś i choćby zaraz. Głównie ze względu na te wspaniałe widoki, ale również ze względu na przyjazne twarze napotkanych ludzi, pełne uśmiechu i sympatii, za ich życzliwą i bezinteresowną pomoc i konwersacje wykraczające poza językowe ograniczenia.

Ja jeszcze dodatkowo jestem ogromnie wdzięczna za kolejną lekcję pokory, której doświadczyłam, gdy dane było mi obserwować pewną przepiękną, dojrzałą kobietę o kulach, wolno przemierzającą wspomniany wcześniej most, w pokłonie zwróconą w stronę zachodzącego słońca, pochyloną, oddającą cześć i podziękowanie lub wyrazy miłości.. za co? mogę się tylko domyślać.. Ale tego, co wtedy poczułam obserwując ją w tym pięknym i bardzo intymnym momencie, nie zapomnę. 

Dziękuję Wam, za to, że wytrwaliście czytając, za to że tu wpadacie, i za to, że mam komu o tych pięknych chwilach opowiedzieć. I za to, że sznurek pozwala mi do takich zakątków świata zawędrować. 

Serdecznie Was pozdrawiam! 

A. 
    
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...