niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozkapryszona księniczka...

Drogie Wy Moje (jeśli mogę tak o Was napisać)... ilość niezwykle ciepłych i budujących wpisów/komentarzy spod poprzedniego postu, w którym Nelumbo miał swoją oficjalną premierę powaliła mnie na kolana i serdecznie Wam za każde jedno życzliwe słowo dziękuję! Miejmy nadzieję, że sweterek mi się od tych zachwytów nie zmechaci za prędko, bo że się zmechaci, to już przesądzone... 

Ja od komplementów niczym roślinka kwietniową mżawką zroszona urosłam, Połówek też urósł, choć to akurat niezbyt wskazane jest, bo już i tak ledwo się w futrynach  mieści, i wygląda nawet na to, że jako nadworny i całkiem prywatny fotograf poczuł się nie tylko doceniony, ale i wyjątkowo zmotywowany by focić nas, mnie i moje udziergowe pociechy w przyszłości!

Jak to w życiu zazwyczaj bywa, po grubych latach przychodzą te chude, po sytych - głodowe, a po nadzwyczajnie dziergowych - kompletnie porażką zarastające... I taki obecnie mam status drutowy. Kompletna porażka to idealne określenie na ten stan.

A to wszystko z winy jednej małej kuleczki, która przywieziona została do naszego domku z podróży do Holandii (klik), kiedy to miałam przyjemność poznać osobiście genialną projektantkę Joji, oraz kompletnie zatracić się w poszukiwaniu jednego (nie, to niemożliwe jest!) idealnego moteczka innej firmy z "Emem" na przedzie, do której wzdychałam już od lat paru. Obłowiona łupami przywiozłam ze sobą przecudnej urody i klasy kolorowe precelki, które natychmiast pochowałam do pudełeczka i zamknęłam na 4 spusty. Nie żebym się bała, że mi je ktoś zabierze, ale samo patrzenie na nie jest tak zajęciem hipnotyzującym, że z obawy o kolorów płowienie wolałam ich na wzrok własny, przeszywający niczym wybielacz, nie narażać. Nadszedł ten dzień, w którym postanowiłam zmienić ich luźną nadaną przez producenta formę w bardziej  moim gustom odpowiadającą. W tym celu zebraliśmy dwuosobowy zespół obsługi nawijarki, ja wcieliłam się w rolę motowidła, Połówek kręcił, i z przyjemnością oddaliśmy się przepuszczaniu przez palce (uwielbiam ten moment!!!) najbardziej zadziwiającej wełny, jaką do tej pory nabyłam. Nawijanie we dwójkę, choć przyjemne, bardzo szybko  postępuje... za szybko. W trakcie nawijania Połówek urzeczony (jemu też się czasem zdarza zadziwić i refleksyjnie zadumać nad sznurem) zapytał:

P: A to co za piękność...???
Ja: no jak to, ta z Holandii...
P: aaaaaa... Prawdziwa Księżniczka wśród wełenek :)))

I wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że poza urodą, klasą i wysokim stanem Księżniczka ta, jak na prawdziwie wysoko urodzoną damę przystało, podczas robótki zaczęła kaprysić....
W ściegach wybrzydza i grymasi, ten nie dobry, bo jej nie pasuje... Tamten za ażurowy, ten za ścisły, drutki też nie takie jak trzeba (a co ja jej na to poradzę, że nie zrobili jeszcze diamentowych?!), a paluszki mnie swędzą, bo widzę ją już, tę damę upadłą, w pięknej wersji szalootulacza... i ona nic sobie z tego nie robi, a ja kompletnie już sił do niej nie mam.... 
Nie dość, że matrona wybrzydza dziewiarsko, to jeszcze do zdjęć pozuje jako tako. Tło za jasne, to się robi ciemna jak smoła ze złości, a jak ciemne, to w ogóle idzie sobie i znika... Na szczęście Rudego towarzystwo wyjątkowo wprowadziło Księżniczkę w dobry nastrój i coś tam udało się złapać... niby Księżniczka z rodowodem, ale łasa na zaczepki motłochu i kocią łapą trącanie ;) Kto przewidzi gust prawdziwej arystokratki.. eh... kapryśna i nieobliczalna bestia..





Ród arystokratyczny: MADELINETOSH
Tytuł szlachecki: TOSH MERINO LIGHT
Nazwisko rodowe: FLASHDANCE

Tchnijcie, proszę, w moje ręce odrobinę cierpliwości, bo jak tak dalej pójdzie to tę pożal się bosze damulkę rozczłonkuję i... pomponik sobie z niej zrobię! dużo pomponików! 

Pozdrawiam z nerwowo rozstrojonego arystokratycznymi zachciankami pewnej Damy zakątka...
Asja




piątek, 11 kwietnia 2014

Nelumbo...

Dla wszystkich niecierpliwie oczekujących tego rozkwitającego w mych dłoniach kwiatu... 
Nelumbo w pełnym rozkwicie :)


Jest obiecana talia z odcięciem pod biustem...


Są i obiecane warkoczyki, które niczym płatki kwiatu lotosu rozkwitają z przodu...


i z tyłu...


są i wykończeniowe ukochane detale...


Jest luz i swoboda ruchu...


Nie będę oszukiwać, świetnie się w nim czuję...


...widać to, prawda?


Ale głupiutkie miny muszą być...
pamiętacie - bez nich nie ma udanej sesji... ;D


A Wam jak się podoba?


Pozdrawiam
Asja w rozkwicie ;)




środa, 9 kwietnia 2014

Eksplozja barw tęczą zwana.

Dzisiejszy post, drugi już zresztą, dedykuję Kochanemu Danonkowi :) Niech te wyczarowane nad kotłem wiedźmowym barwy i odcienie odsuną od Ciebie wszelkie zarazy i bakterie i uśmiech na ustach przywołają!!! Trzymaj się i zdrowiej nam prędko! :)



Kilka godzin temu poczyniłam pierwsze w swoim żywocie farbowanie! nie liczę oczywiście tych tysiąca niezamierzonych yhm... farbowań, którym oczywiście zawsze winna była pralka moich Szanownych Rodzicieli, zwana z rosyjskiego "Wjatką". Już wtedy jako dziecko i podlotek, tendencje i skrzywienie miałam w kierunku poprawiania odcieni bieli... na zazwyczaj różowy... Całkiem niezrozumiały był dla mnie potok słów szeleszcząco brzmiących, którymi Rodziciele mnie po praniu czerwonej skarpetki w towarzystwie białych prześcieradeł obdarowywali..

Teraz, po latach z rozżewnieniem ten czas wspominam, i troszkę rozumiem... niechby mi Połówek do białych prześcieradeł czerwoną skarpetę włożył, to bym go mopem (nie mam miotły...) pogoniła ;)

Ale to chyba nie o skarpetach miało być... Jak pisałam Wam wcześniej farbowanie odbyło się nie na motkach, a na szalu. Jakiś czas temu natknęłam się na bardzo fajny film instruktażowy (klik) o farbowaniu tęczy barwnikami spożywczymi. Barwniki co prawda miałam niespożywcze, ale zasada jest taka sama. Chciałam tęczę, mam coś na jej kształt... przyszalałam troszeczkę z intensywnością, wiem, ale eksperyment ogólnie uznaję za udany.







A teraz słów kilka od kuchni tak zwanej. Zniszczeń, poza ekslozją pomarańczowej mazi w mikrofali nie odnotowałam. Ręcę trzęsły mi się jak na głodzie, polewanie trzymało w napięciu, a miksowanie kolorów na wełnie doprowadzało naprzemienie do skrajnych reakcji od: "Ach! jakie to piękne" po "osz ku... rcze,  co ja najlepszego zrobiłam!!! :O ". Koniec końców pomidorówka nie zzieleniała, no chyba że z zazdrości, że tak blado w porównaniu się prezentuje, blat i ściany całe i nawet nieociekające tęczowymi zaciekami. Tylko mikrofala ucierpiała i dostała wysypki na kształt różyczki... albo raczej pomarańczowej skórki. Nic to nie szkodzi. Połówek (bosze, a cóż On się taki tolerancyjny ostatnio zrobił, pewnie coś kombinuje... ale co?), po wejściu do domu i oględzinach zainfekowanej mikrofali, oniemiał, odszedł by po chwili dodać: "Kochanie, to chyba mikrofala już też należy do zestawy małego chemika?". Pierwsza myśl - kocham!, druga, ale chwila, a skąd on to wie..??? posta czytał??? uuupsss... to już listy zakupowej wymarzonej chyba mu nie podrzucę ;)

Reasumując i chwilę jeszcze w temacie różnych uzależnień pozostając, o heroinistach już dziś było, to pogadajmy o hazardzie! Takiego kopa jakiego poczułam podczas miziania, taplania się w barwnej mazi, mieszania (wcale nie nad kotłem, a na blacie z MDF okrytym najzwyklejszą w świecie folią w kolorze blue, a swoją drogą macie Dziewczyny wyobraźnię! :D), to nie wiem czy bym w totka wygrywając mogła doświadczyć. No ale stawiając milion dolców na stół podczas ruletki, to już chyba na pewno...

Ja ryba jestem zodiakalna.. ponoć najbardziej podatny (tak piszą wszystkie mądre głowy komponujące na kolanie horoskopy) na wszelkiej maści uzależnienia... no i wpadłam w to farbą mizianie po uszy :) na szczęście tylko w przenośni, bo ciężko by jednak było tę substancję barwiącą zmyć.

Reportaż z kuchennych tęczowych rewolucji pisałam ja,
Indiański Kciuk! :)

Jeszcze jedna mała dedykacja, Basiu, Lauro - dziękuję Wam! :D





Kuchenne r-ewolucje...

Oto jestem... i ten mój byt mierzy się własnie z wyzwaniem dającym nieograniczone możliwości odniesienia sukcesu jak i poniesienia porażki. Ręce mi się trzęsą jak Wam o tym piszę :) Zniszczę, czy nie zniszczę? uda się ,czy nie? aaaaa.. kto by się tam martwił skoro otwierają się dla mnie nowe wrota kreacji i tworzenia...
Z pewnością, niebywale kluczową składową całego procesu jest odwaga, i na pewno trochę szczęścia. Nigdy nie byłam dobra w kalkulacjach, choć jako uczennica liceum uwielbiałam lekcje chemii (no, nauczycieli już trochę mniej, ale zajęcia zawsze!) i wszelkie zadania dotyczące proporcji. Liznęłam wtedy przyjemności "mieszania" i poczułam ile zmiany może dać mikro szczegół w dozowaniu poszczególnych składników. Ale wtedy to była czysta teoria bez poparcia w praktyce i ledwie na poziomie zestawu dla dzieci "mały chemik". Teraz zaczyna się prawdziwa dla mnie przygoda, praktycznie mierzalna tą jednostką, którą sobie już od jakiegoś czasu umiłowałam, czyli sznurem. 


Motki do farbowania, które zakupiłam już czas jakiś temu, leżą sobie pozamykane w szafce z obawy przed niszczycielskim wpływem kurzu i mojego Rudego Towarzysza Życia. Nie wiedzieć czemu, zamówiłam takie cudowności, których nie mogę od tak sobie zaprzepaścić eksperymentalnym  farbowaniem lub zmuszona porażką w farbowaniu, na czarno-czarno pomalować! o nie! coś innego musiałam wyszukać. I znalazłam. Dawno temu zakupioną cieniznę, 100 % merino (jakieś 1400m w 100g) na konie, oczywiście zakupioną z myślą o pracy na maszynie dziewiarskiej. Wygląda na to, że tej konkretnie cienizny nie będzie mi w żaden sposób szkoda, bo mam jej jeszcze  jakieś... no, dużo w każdym razie :)

Żeby jednak nie było tak strasznie nudno, zamiast przewinąć w precelka, co w przypadku takiej cieniuteńkiej nici trwałoby pewnie wieki i nie wiem jaką eksplozją wulgaryzmów było okraszone, wykonałam coś a'la szal, ściegiem gładkim, oczywiście maszyną dziewiarską. Udzierg jest leciuśki - jedyne 61g, luźno dziergany, żeby mi te farbki w każdy zakamarek się wgryzły i przegryzły, a najlepiej elegancko w upragnione odcienie się zmieszały (no co, pomarzyć można, prawda? ;). 


Przydaje się, Wam powiem, w domu Mąż hobbycholik ;), posiadacz niebywałych urządzeń i gadżetów niezbędnych do modeli malowania i klejenia, oj przydaje. Wpadłam tam w jego szafeczkę na rekonesans... No, heroinista miałby u nas używanie, są igiełki, strzykawki, pipetki, tylko podgrzewacza jeszcze nie znalazłam, mnóstwo flaszeczek z farbkami (naliczyłam dziś dwadzieścia sztuk, z czego aż (!!!!) 6 w różnych odcieniach czerwieni - buu... ja mam tylko jedną :( ), jeszcze więcej pędzelków, taśmy, jakieś mazie i oczywiście - jednorazowe rękawiczki! :) Noo... to tak to ja mogę eksperymentować...;) Trzeba by tylko jakoś listę gadżetów niezbędnych dla mnie (na przykład chemiczne łyżeczki, takie co same odmierzają, menzurki, flaszeczki małe plastikowe z dziubkiem, żebym nie musiała do salaterek czy słoików (o zgrozo) tych moich wyczekanych farbek wlewać...) trzeba by było tylko taką listę jakoś zrobić i  sprytnie podpiąć Połówkowi do jego własnej niezbędnych przydasiów. Kto tam zauważy, że to nie dla niego :) 

My tu sobie pitu-pitu, a mi się tam wełenka moczy i czeka... no to lecę mieszać, pędzlować, brudzić się trudzić i zęby przy tym suszyć :) jak się do końca tygodnia nie odezwę, znaczyć to może tylko jedno, że źle wyszło i ze wstydu płonę ;)

A na pożegnanie, mały podgląd na Nelumbo w pozycji horyzontalnej (czyli na leżaku blokującym) i jego wiernego strażnika! Rudy pozwoliłby całą chatę wynieść obcym, ale moich udziergów dzielnie strzeże! szkoda tylko, że nawet mnie się do swetra zbliżyć nie pozwala i ogonem próbuje odstraszyć... kto by pomyślał, że kociska takie różowo-lubne ;)


Trzymajcie za mnie kciuki... może uda mi się pomidorówki dziś nie zzielenić ;)
Duży buziak! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *