piątek, 19 października 2018

Pixeliosa i Nello

Bardzo nie lubię marznąć w głowę.. z tego też powodu staram się już z początkiem jesieni mieć w szafie lub pod ręką lekką czapkę. Jeśli jest jeszcze do tego śliczna i przyjemna w robocie, cóż chcieć więcej. 

Pixeliosa powstała wlaściwie w kilka godzin. Niech Was nie zwiedzie drobnica wykorzystanego splotu. Jedynie dolny ściągacz trzeba przecierpieć, a potem to już z górki. 

Najbardziej efektowna w dużym kontraście, chociaż ja widzę w niej ogromny potencjał do wykorzystania resztek, albo włóczek piegowatych, albo melanżowych.. wszystko zalezy od Twojej wyobraźni! 




Czapkę zaprojektowałam dla włóczki od De Rerum Natura, Ulysse, wełnianej i pysznie ciepłej chmurki. Czapka jest lekka, ale bardzo ciepła i wygodna. i można ją nosić zarówno prawą jak i lewą stroną na wierzchu, bo obie, jak widzicie przyciągają oko. Aby to było możliwe zrezygnowałam z pompona, ale czapkę przyodziałam w antenkę, po jednej na każdą stronę czapki. 

Jeśli masz chęć, możesz ją wydziergać dla siebie - wzór (w języku angielskim tylko!) dostępny jest tu: klik

Ale to nie ostatnia czapka jaką dla Was szykuję w tym sezonie.. niebawem zaczynamy testowanie kolejnej... 

oto Nello... z czymś się Wam kojarzy? ;) 



Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam słonecznego weekendu :* 

A.

wtorek, 16 października 2018

skarby, moje skarby..

Nie istnieje w moim słowniku wyrażenie: "mam za dużo włóczki" lub "więcej już nie potrzebuję". Nie ma mowy o minimaliźmie w tej kwestii..  Poniekąd z uwagi na fakt, że dziergam naprawdę dużo i sporo moich kolekcjonerskich motków prędzej czy później zamieni się w dzianinę.. Ale głównie dlatego, że dziewiarski rynek oferuje na chwilę obecną ogromny wybór, więc naprawdę trudno jest mi powiedzieć, że "tę włóczkę to ja już miałam". Właściwie notorycznie mam poczucie, że tego chleba to ja jeszcze nie skosztowałam.  ;) 

Oczywiście, nie zawsze zanabywam ilości swetrowe włóczki. Wystarczy mi jeden motek, żeby zobaczyć czy to konkretne włókno naprawdę sprawi mi radość. Jako projektant staram się wspierać lokalny rynek, kupując włóczki od znajomych farbiarek lub w lokalnie funkcjonujących sklepach. Chociaż "lokalne" to w moim przypadku spore nadużycie, ponieważ nabywam dość często włóczki, które muszą pokonać kawał drogi zanim do mnie dotrą. Wystarczy ciekawość włókna połączona z sympatią do sprzedawcy, żeby mnie na złą drogę zakupoholika sprowadzić. 

Czy naprawdę muszę dużo posiadać? Nie.. Ale z uwagi na moją pracę, mocno stymulowaną konkretnym włóknem, jego dotykiem, kolorami, najlepiej jest mi pracować, gdy mam wybór namacalny. Kreatywność trzeba w sobie pielęgnować, rozpieszczać, stymulować, i taką głównie rolę mają dla mnie moje motki. 

Prawda jest taka, że moja wena mocno jest stymulowana nowym dla mnie włóknem. Wydaje mi się, że nie dałabym rady pracować tylko na jednym ulubieńcu, chociaż jest kilka takich włóczek, do których z przyjemnością wracam lub kiedyś jeszcze wrócę. Mimo wszystko nowe ekscytuje mnie najbardziej i dostarcza zwyczajnego kopa, na którym moja wyobraźnia bazuje. 

Nic więc dziwnego, że będąc na wakacjach i mając okazję poznać niedostępne dla mnie na wyciągnięcie ręki włóczki, napchałam do toreb, żeby nieco tego wełnianego szczęścia uskubać :) 

Będąc w LOOP człowiek pada na kolana, nawet nie ze względu na ogromny wybór, zarówno kolorów jak i rodzajów włóczek, ale głównie na widok ich powalajacych cen. Mimo wszystko, być tam i czegoś ze sobą nie zabrać, to trochę jakby iść na lody by ostatecznie z nich zrezygnować. 

Nie mogłam sobie tej przyjemności odmówić i w związku z tym do mojego stada dołączyła Alpaca Tweed uprzędziona pod marką sklepu. POWALAJĄCA miękkość lejąca się przez palce! Mięsista i bardzo pysznie tweedowa puchatość. Mam. I cieszę się, że właśnie w tym szarym kolorze, bo chociaż paleta dostępnych kolorów tej włóczki jest dość obszerna, ta szarość jest po prostu perfekcyjna! 


W LOOPie również upolowałam pewną trójcę. Jedno to jest oglądać kolory na ekranie komputera, czymś kompletnie innym jest przebierać między nimi na żywo. Nie dałam rady im odmówić. I chociaż nie jest to włóczka typowo angielska, bardzo się na tę Trójcę cieszę :D 
Quince & Co. Tern. 



I chociaż na tym moje zakupy włóczkowe miały się skończyć, podczas pobytu na angielskim wybrzeżu, udało mi się Połówka wyciągnąć do jeszcze jednego sklepu z włóczką. Byliśmy jakoś spacerami po klifach zmęczeni i zwyczajnie nie chciało nam się niczego aktywnie zwiedzać, zapakowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy do Dorchester i sklepu Fudge's. I cudnie było! Szczęśliwie dla nas właścicielka, o uroczym imieniu Tori, miała czas i chęci by swoje wełniane skarby mi szczegółowo pokazać, z czego skorzystałam skrupulatnie, odwzajemniając się wcale nie małymi zakupami. 

Niemalże kilometry dzieliły mnie od miejsca, gdzie hodowane są owce, z których wełny powstaje włóczka Isle Yarns. Żałuję, że miałam bardzo ograniczony wybór kolorów, ale musiałam poznać tę węłnę namacalnie. 


O West Yorkshire Spinners usłyszałam po raz pierwszy, i znów, kolorami urzeczona, wzięłam na spróbowanie: Illustrious to mieszana falklandzkiej wełny (70%) z brytyjską alpacą (30%) w grubości DK.


Croft to czysta wełna szetlandzka w przepięknej tweedowej odsłonie o grubości aran. Włóczka ta dostępna jest również w jednolitych odcieniach, pysznie wełniana i sprężysta. 


Z perspektywy czasu patrząc na te moje skarby, cieszę się bardzo, że jednak im uległam. Wiem, że się dogadamy i dość szybko je zamienię w użytkowe dzianiny. I myślę sobie, że właściciele sklepów, których półki od nadmiaru włóczek ratuję, też się cieszą, że mnie jest tej włóczki ciągle mało. Fisia w życiu trzeba mieć, a ten fiś, jakim jest wspieranie dziewiarskiego rynku, ratowanie sklepów przed nadmiarem towaru, czy dopingowanie farbiarek i farbiarzy przez okazjonalne zakupy w ich studio, zostanie mi kiedyś wybaczone. ;) W końcu robię to dla nich.. nie dla siebie :) 

No dobra żartowałam.. dla siebie głównie.. :) przecież to ja się z nimi zaraz zacznę bawić.. :D 

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę przemiłego buszowania po Twoich zapasach! 

Niech się kolorami włóczek świat kręci i cieszy Twoje oczy i duszę :) :* 

I jeśli tylko możesz sobie na to pozwolić, to sobie życia ograniczeniami nie utrudniaj.. w życiu dzieje się tyle złego, że trzeba sobie je jakoś umilić i osłodzić.. i jeśli włóczka to dla Ciebie robi, czerp z niej tyle radości, ile tylko się da! 

Jak i ja czerpię :)

Do następnego razu :* 

A.

poniedziałek, 15 października 2018

Nasza angielska wycieczka - vol 2

Nie będę Was zaudzać tym, co dokładnie robiłam podczas naszego ekspresowego urlopu w Anglii, ale podzielę się odrobiną tego, co zobaczyliśmy. 

Do Londynu wpadliśmy dokładnie na półtorej dnia. I ani minuty dłużej.. Co można zobaczyć w tym czasie? Pewnie mnóstwo! Ale tego się nie dowiem, bo nie jest w moim stylu "zwiedzać" nowe  dla mnie miejsce według wcześniej przygotowanej listy. Po raz pierwszy mieliśmy przyjemność odwiedzić to miasto, i bardzo się cieszę, że spędziliśmy ten czas kompletnie spontanicznie, błądząc, nie wiedząc dokładnie, gdzie jesteśmy. Na pewno tam wrócimy, bo chociaż dopuckało nam deszczem niemożliwie, i wysmagało wiatrem, wyjechaliśmy kompletnie urzeczeni i zwyczajnie niedosyceni. Następnym razem z listą w ręce i bardzo konkretnym planem do zrealizowania. 




Do LOOP też musieliśmy zaglądnąć... i się udało!


Loop, wiedząc doskonale jak deszczowa aura nie sprzyja wełnianemu dobru, zaopatrzył mnie w ochronę przeciwdeszczową, siateczka lniana z logo LOOPa zamieszkała w jej wodoodpornej siostrze ;) obie nieco wypchane zawartością :) 



All Saints.. ciuchy ciuchami, ale te SINGERY!!!!!



Po bardzo krótkiej londyńskiej eskapadzie, wybraliśmy się na południowe wybrzeże do Bornemouth.
Przed 3 laty moje zdrowie kompletnie nie pozwoliło mi docenić tego, co to wybrzeże oferuje, ale tym razem skorzystaliśmy oboje z Połówkiem ile wlezie.. a właziło się sporo i praktycznie codziennie!

Już pierwszego dnia wybraliśmy się na klify.. do Lulworth Cove..


..a potem spacerkiem po klifach w kierunku Durdle Door.


Te małe kropeczki na skalnej ścianie to dzieciaki, które, niczym pająki, wspinały się na skałę, by chwilę potem z niej skoczyć...  


Do tej pory nie wiem co mam o tym myśleć, ale nie mogliśmy oderwać od nich oczu.. imponujące i przerażające jednocześnie!



Na tej plaży odpoczelim, podziergalim, i posiedzielim.. Man O'War Beach, spokojna i prawie bezludna...  




Bo tuż za rogiem masowe plażowanie, Durdle Door.  


Rzut oka na Lulworth Cove z góry.


A to już inna, ale równie smakowita wyprawa! Nieco dłuższa, ale jakże przyjemna! 

Zaczęliśmy w Studland, skąd w niecałe pół godzinki dotarliśmy do Old Harry Rocks. 


a potem prosto do Swanage, miasteczka w zatoce, chowającej się za klifem..




W drodze powrotnej napotkaliśmy przeurocze małe stadko... :)


I podziergalim... :)


Nie wiem w jaki sposób Ty lubisz spędzać swoje wakacje, ale jeśli tylko lubisz się wspinać, zmoknąć, dać się bryzie sponiewierać, wleźć do góry, by stracić oddech na moment przed majestatycznym widokiem, by zejść na dół, i niemalże od razu znów zacząć się wspinać, a to wszystko okraszone smakiem fish&chips z groszkiem zielonym z papierowej torebeczki, warto jest się tu wybrać. I chociaż niespełna tydzień trwała ta nasza angielska wycieczka, mam ogromny niedosyt i plan by tam wrócić.. Może z plecakiem i kijkami oblecieć większy kawałek wybrzeża.. ? To by było coś! 

Ale to kiedyś.. 

A dziś wracam do mojej wcale nie jesiennej, październikowej aury, która nas w tym roku rozpieszcza - sezon sandałowy w pełnym rozkwicie (24 stopnie, a w słońcu nawet więcej!) 

Spokojnego początku tygodnia Kochani :* 

I byle do następnych wakacji... :) :*

piątek, 5 października 2018

Flicorian

Kiedy po raz pierwszy zawitałam do sklepu Q-Lana, oniemiałam z zachwytu! O czym zresztą napisałam, ponad rok temu, dość obszernego posta: klik To wtedy właśnie, podczas tej mojej pierwszej wizyty w tym magicznym sklepiku kolorami zmalowanym, wypatrzyłam tę makową cudność! Niewykluczone, że tęsknota za latem w Polsce i w moich rodzinnych stronach wzięła górę, bo praktycznie w sekundę chwyciłam za te właśnie motki kompletnie nie dostrzegając innych kolorów. Maki w zbożu.. Takie właśnie kolory miały moje wakacje w dzieciństwie. 

Od pierwszego nań wejrzenia do pierwszej próbki dzieliło mnie kilka minut od przewinięcia. Wiedziałam doskonale czego chcę i jak to ma wyglądać, ale mój zapał został nieco ostudzony.. Marzyłam o ściegu, który przez wielu został odrzucony jako "zbyt rozciągliwy", marzyłam o oversizowej formie, która podobno kłóci się z moją sylwetką.. Ostatecznie, zniechęcona, wrzuciłam próbkę na półkę i dałam jej i sobie dojrzeć. 

Nie ulegam zbyt łatwo trendom, czy modom, nie daję się przekonać innym, że coś mi "nie pasuje", nie zmieniam garderoby do stylu fryzury, i nie daję się zwariować zasłyszanym sądom. Od najbardziej życzliwych "lepiej zrobisz, gdy.." wolę słuchać siebie samej. Niestety czasem mój wewnętrzny twórca, niczym przebiśnieg nieśmiały, daje się ciężarem wagi słów innych podłamać, i chowa się gdzieś głęboko ze swoimi pomysłami. Ale nie tym razem ;) 

Rok, bo tyle niemalże zajęło mi "obmyślanie" projektu, który chcę Wam dzisiaj zaprezentować. Rok trwał procesz kształtowania wyobrażenia o tym, czego ja tak naprawdę chcę.. W międzyczasie zaczynałam ten sweter kilkakrotnie, prując i wracając do punktu wyjścia. Kiedy na przełomie wiosny i lata znów chwyciłam za tę samą włóczkę, nie wiedząc nawet kiedy, wydziergałam zwyczajną formę, która zawiera w sobie dokłądnie to, co sobie wymyśliłam, luz i swobodę, prostotę kroju, piękny splot o niezwykle lekkiej i graficznej strukturze, dodałam nieco dżerseju tu i tam i.. schowałam do szafy. 

Niemalże natychmiast zaczęłam dziergać prawie identyczny fason, nieco szerszy i ciemniejszy (o nim mam nadzieję napiszę wkrótce) by odkryć, że ta zwyczajna forma założona górą do dołu to dopiero jest to co ja lubię najbardziej! 

I niemalże całkiem przez przypadek powstał FLICORIAN 

Mocno skrócony, szeroki, niczym szal z rękawkami, kardigan w makowej czerwieni:









Ta dość nietypowa forma jest zaledwie dodatkowym atutem tej dzianiny, bo oprócz dość orginalnego kształtu, ma też bardziej klasyczne oblicze, długiego i luźnego kardiganu.  Wystarczy ubrać go tradycyjnie, dołem zwróconym do dołu.






Wzór na ten projekt jest dostępny od dziś w moim sklepiku (w języku angielskim tylko!)


To już ostatni projekt, który tego pięknego dnia obfotografowaliśmy, ale nie martwcie się.. mam już przygotowaną kolekcję kolejnych 3 projektów na następne zdjęcia! a w planach kolejne 3, w tym 2 dość pilne! Będzie dużo dzianiny tej jesieni, i mam nadzieję, że wraz z moją weną Was jeszcze czymś nowym zaskoczę :) 

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę cudnego weekendu!

dziergaj, bo zimno idzie! ;)

A.

wtorek, 11 września 2018

Fun Jumper

W głowie mi się kręci na myśl o tym jakie życie bywa zaskakujące i smakowite. 

Dwa tygodnie przed prezentowaną tutaj sesją zdjęciową, siedząc na tych samych kamieniach, malując paluchem po piachu mapę Europy, planowaliśmy co będziemy robić i dokąd w zwiazku z tym wyruszymy.. Tego samego dnia, tuż po powrocie z długiego spaceru nad Renem, plan się skrystalizował i zamienił w rzeczywistość.. W kolejnych tygodniach działo się sporo, między innymi ta sesja, wykonana porankiem dnia następnego po Wollfestival, organizowanym w tym roku w Dusseldorfie, oddalonym zaledwie kilka kilometrów od lokalizacji naszej sesji (klik). 

Te z Was, które odwiedziły tegoroczny Drutozlot, wiedzą, co to znaczy zdarte od gadania gardełko, nogi bolące od stania i krążenia wokół stoisk wypełnionych dobrem jedynym i słusznym, czyli włóczką. Wiecie też doskonale, że jak już emocje i towarzysząca adrenalina opadną, wszystko dosłownie zaczyna boleć. ;) Ale to jest dobry ból, radosny, bo pochodzi z wielkiego przeżycia, wielkiej emocji, to czysta radość bycia w dobrym miejscu o dobrym czasie, z jedynymi i niepowtarzalnymi, równie jak Ty sama, zwariowanymi na punkcie sznura i dzianiny, człowiekami. 

I chociaż bolało mnie tego poranka dosłownie WSZYSTKO, radość z tego, że mam swoich człowieków tak blisko, że nie jestem sama, że świat jest pełen kolorów na włóczkach zmalowanych, i że to wszystko się dzieje po coś i niemalże tuż za moim rogiem, kompletnie przyćmiła wszystko inne.. Lubię jak mnie tak wszystko boli, i lubię bardzo gdy życie mnie zaskakuje podobnymi smaczkami. I chcę podobnych spotkań więcej! I nawet mam kilka w najbliższej przyszłości w planach!

Sweter, który Wam chcę dziś pokazać, jest właśnie tym, co w dzianinie uwielbiam, zabawą! Zabawą kolorem i konstrukcją, czystą przyjemnością dziergania. Zwyczajny sweterek, od którego włożenia od razu buzia bardziej mi się cieszy. 

Znacząco krótszy, by świetnie pasował do sukienek czy spódnic, albo długich koszul z wąskimi spodniami. Zwyklak, można by powiedzieć, ale dopieszczony. ;) Taki radosny skowronek. i w dodatku z resztek powstały! Jak tu go nie lubić?

Zapraszam Was na jego prezentację: 

Fun Jumper













Nie wiem jak to się dzieje, że życie mnie tak ostatnio rozpieszcza, dając znacznie więcej niż tego mogłam oczekiwać, ale wdzięczna jestem za każdą minutę zaplątania w drogocennym sznurze, każdą sekundę spędzoną nad kawą w towarzystwie moich dziewiarskich przyjaciół, każdy śmiech czy chichot, który się z moich ust wyrwie w reakcji na to co uszy usłyszą.. Pięknie potrafi być. I niech to trwa jak najdłużej! 

W tym samym miejscu, tego samego dnia, zrobiliśmy zdjęcia jeszcze jednej dzianinie, która, mam nadzieję, już niebawem ujrzy światło dzienne :)  Testy już trwają! :) 

Daj się sznurkowi prowadzić i czerp z tego ile tylko możesz! :) :* 

Do następnego razu! 

A.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...