"Nie jestem fanką alpaki". Te słowa padały z moich ust podczas czerwcowego spotkania w
magic loopie wielokrotnie, mam nawet na to świadków ;) Ale ponieważ kobiecość moja uszami mi czasem wychodzi, i tym razem, zmienność mojej niewieściej kibici mnie zaskoczyła. Powtarzałam te słowa z przekonaniem ogromnym, żywo i gorąco przy tym gestykulując. Nie będę Was jednak oszukiwać, nie jestem znawcą wełny, oj nie! tak mało ich przeszło przez moje ręce, że z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie liznęłam nawet jednego bochenka z jednej piekarni, więc jakim to ja mogę być autorytetem w tej dziedzinie? Przyznaję się bez bicia, jestem rozmiłowanym w sznurze konsumentem, nie producentem, i nie potrzebuję znać wszelkich danych technicznych istotnych z perspektywy producenta dzianiny, ja po prostu muszę dać się wełnie oczarować. Wiadomo, jak to baba każda pewnie ma, mam i ja pewne słabe punkty, tzw. pięty Achillesowe, które jeśli zostaną choć częściowo spełnione daję się wełnie, mimo swej merytorycznej ignorancji, oczarować.
Kolor... ło matko, jak wełna jest w TYM kolorze, w TYM melanżu, czy z TYM odcieniem, mieszkającym w moim Pełnym Skarbów i Arystokracji Pudle idealnie zagra, to przepadłam jak śliwka w kompot. I może mnie to podgryzać, szarpać, drapać, może mnie nawet uczulać, żadne pełne zdrowego rozsądku argumenty z tych "logicznych" do mnie nie trafią. Ma być TA wełna i basta...
Skład.. Z racji tegoż, że jako dzieciątko i panienka słyszałam jedynie i oglądałam czasem w telewizji, co znaczą takie magii i luksusu pełne słowa, jak jedwab czy kaszmir, wzdychając przy tym w niebiosa i marząc o tym, by kiedyś takie toto mieć, teraz, kiedy mogę je w końcu mieć, chcę i przy każdej możliwej okazji dążę do tego! Wełna wzbogacona choć domieszką luksusu w postaci mięciuśkiego, jak obłoczek, kaszmiru, czy chłodnego i lejącego jedwabiu, to jest pokusa, z którą mi ciężko walczyć.
Toteż jak w końcu wyrwałam się podczas spotkania na łowy włóczkowe, to przepadłam. Połówek, na jego szczęście, nie był mi tym razem, podczas poszukiwań idealnych motków, potrzebny. Choć przyznaję, dobra o cudownych składach i kolorach w "magicznym zakątku" u Agnieszki jest tyle, że porada wydaje się być jak najbardziej wskazana. Szczęśliwie Nanna poświęciła mi chwil kilka i pokazała parę rzeczy na wieszaku, dodatkowo opowiadając o technicznych aspektach produkcji poszczególnych dzianin. A wiecie, jednym jest oglądnąć wełnę w motku i się zakochać (zdarza mi się..), drugie, to zobaczyć ją w gotowym projekcie i dopiero wtedy zapałać miłością (też mi się zdarza), ale już całkiem co innego jest zobaczyć motek, obejrzeć dzianinę i jeszcze o niej posłuchać od prawdziwego znawcy.
Nie potrzebowałam nic więcej.. przepadłam na rzecz alpaki właśnie, choć moja psyche podpowiadała mi, że to jest raczej sprzeczne z moimi przekonaniami, bo ja przecież fanką alpaki nie jestem. I choć Indiecita nie posiada kaszmirów czy jedwabiów w składzie, kompletnie dałam się jej wielobarwnym obliczom oczarować. Oto co ze mną przyjechało:
I po kilku dniach intensywnego z tą wełną obcowania, mogę stwierdzić, że nie jest to wełna idealna na lato. Motek, choć mięciuśki i dla skóry twarzy przyjazny, letnią porą będzie podgryzał. I nawet wiem dlaczego!
Wczoraj, po upalnym dniu zasiadłam na kanapie, by nacieszyć się nową wełenką. Każdy nowy rządek napawa mnie radością, bo dzierga się z niej fantastycznie, blokuje się wyśmienicie (sprawdzone na próbce) idealnie wygląda robiona na drutkach 4mm, dzięki czemu dzianina staje się lekka i lejąca, i niebywale szybko przybywa w robocie. Ale, siedząc na tej kanapie w parnocie aktualnie rozszalałej burzy, wyrozbierana do podkoszulka na ramiączkach, zaczęłam się z pasją w zgięciu łokcia drapać i drapać. "Coś mnie użarło" oznajmiłam w oczy patrząc zaniepokojonemu moim ciągłym wierzganiem Połówkowi. "Komar pewnie" usłyszałam.. badam tę swoją ranę odrapaną, a tam nic. Śladu nie ma a swędzi.. "Co jest grane?" pomyślałam, drugie oczy założyłam (wyjazd do PL wzbogacił mnie o nowy gadżet, patrzałki do czytania... za dużo dziergania czy jak?) i odnalazłam przyczynę! nie, to nie komar, nie pchła, nie mrówka, to właśnie alpaka! a dokładnie jej mikro włoseczek, który się z moteczka wysupłał i na zgięciu łokciowym usadowił i mnie podżerał.
Trudno, będę ubierać podkoszulek, bo wełna jest tego podgryzania warta. A jak trzeba będzie, to się w folię spożywczą otulę i też założę! :D
Jeszcze dwa dni temu wiedziałam doskonale, co z tej wełny powstanie. Ale wczoraj zmieniła mi się ciut koncepcja, i choć będzie fajnie, to na rezultat musicie jeszcze poczekać. Na tę chwilę mogę Wam zademonstrować tylko kolorystyczny miks, na który się zdecydowałam. I jeszcze zdradzić, że będzie "pozytywny luz" ;D, choć jak siebie znam, to mi to z pewnością nie wyjdzie, bo coś się z luzem nie lubimy ;D
Ach, i na sam koniec, informuję wszem i wobec, że moje nudzenie się, przez niektórych odczytywane jako "lenienie się" (bardzo dziękuję za te miłe komentarze, zachęcające mnie do pisania :DDD, które to zaprzęgły mnie do napisania dzisiejszego posta) zaowocowało rozpisanym wzorem na sweterek, który pokazywałam Wam fragmentarycznie przed kilkoma dniami (
klik). Jak tylko pogoda i dobry nastrój nas w weekend nie rozczarują pokaże go Wam już wkrótce w całości. Póki co na komputerowe kartki wjechała Lukrecja
(klik), która się będzie rozpisywać na dniach.
A tak wygląda wspólne z Odiśkiem wzoru pisanie, czyli On się leni i miźgać chce właśnie wtedy, jak ja mam w dućkę i trochę roboty ;D czyli kocia norma!
Żegnam się zatem chwilowo, bo za dni kilka mam nadzieję wrócę z konkretnymi zdjęciami konkretnych robótek, życząc Wam miłego weekendu!