Bywają takie dni, kiedy kompletnie nic się nie udaje.. człowiek siedzi nad zadaniem, które teoretycznie powinno pójść gładko i wystartować nie potrafi. Patrzy zatem na tę pracę, która mu przed oczami zamiast przyrastać, ubywać powinna i siłą woli próbuje się zmierzyć z pustką go z każdej strony otaczającą. Najgorsza jest ta pustka, która w głowie, niczym echo, od kości się odbija..
Takie momenty zazwyczaj dopadają mnie w chwilach jak najbardziej przyziemnych. Siedzę sobie na podłodze w przeróżnych konstelacjach z centymetrem, długopisem, kolorową kartką i kalkulatorem na podorędziu i liczę.. na siebie liczę, a to moje "siebie" ma mnie sobie w nosie i nic sobie z moich poobijanych kolan od podłogi, czy wypieków na twarzy, spowodowanych zwieszaniem głowy w dół, nie robi. "Siebie" sobie, a ja w czarnej dziurze lub w miejscu sobie dreptam... I tak wisimy sobie we dwoje próbując choć jedno zdanie sklecić, jeden rządek zliczyć, jedną linijkę instrukcji zuniwersalizować i stworzyć coś, dzięki czemu i Ty będziesz mogła mieć, to co mam i ja.
"Uda Ci się!" powtarzam bez przerwy do "siebie", no rusz się wreszcie, choć kropkę postaw, jedną kreskę narysuj, przecież wiesz, jak to ma być.. "czy jednak wiesz aby na pewno?" dodaje zaraz to cholerne "zwątpienie", które siedzi sobie obok "siebie" na drugim ramieniu i zawsze ma coś do dodania. Nigdy nie zmotywuje, ale zawsze znajdzie coś do czego się przyczepić będzie mogło. "Siebie" daje się bardzo szybko "zwątpieniu" omamić i przestaje mnie słuchać, i nijak nie dociera do niego, że ja naprawdę na "siebie" liczę i czekam na to, co wymyśli.. co tam ja, Wy czekacie...
Trudy i znoje dziewiarskich prób rozpisywania wzoru. Ugrzęzłam rozerwana między własnym "chcę" i "potrafię", a "nie da rady, zapomnij".. Nie poddaję się jednak. Jak nie dzisiaj, to może jutro.
To może pokażę w takim razie, co już mam, a co jeszcze przede mną.. :)
Indiecitowe szaleństwo ciąg dalszy. Zakończyłam eksperymentalne, jesienne wdzianko, bezimienne jak na razie ;) suszyło się dziś pięknie na słoneczku i czeka je jeszcze kilka kosmetycznych poprawek, jak sznurka chowanie i oczywiście sesja zdjęciowa z prawdziwego zdarzenia.
W koszyczku spoczywa sobie jeszcze sztuk kilka Indiecity od Filcolany, ale sobie będzie musiała jeszcze chwilkę poczekać, za gorąco się ostatnio zrobiło, żeby wytrzymać pod alpakowym kocykiem na kolankach spoczywającym...
Ciągnie mnie za to w kierunku pysznego Zitronowego jedwabiu, który to sprzed nosa niemalże podprowadziłam Makunce podczas swojej wizyty w jej królestwie.. ten sam Traumseide, którego w dniu dzisiejszym pokazała w gotowym i przepięknie lekkim szalu - klik, dzięki czemu przypomniało mi się, że sama podobne cudo posiadam... ale się boję ten motek ruszyć, poważnie.. :) "Zwątpienie" dzisiaj żniwa zbiera, no mówię Wam.
Wskoczę chyba z tej dzisiejszej niedoli na kanapę, wyciągnę się tuż obok Połówka i zapomnę.. no ale przecież nie mam co na druty włożyć.........?
Poratujecie biedną? "Zwątpienie" trzeba przegadać... kto się odważy?
I na koniec, jak się nie ma tego czego się chce, to może warto dostrzec i docenić to, co się ma..
Zmykam oczarować "zwątpienie" terapią zwaną miłością...
Miłego niedzielnego wieczoru :)



