środa, 25 czerwca 2014

W poszukiwaniu zaginionego Kota, czyli Odi na wakacjach.

Detronizacja naszego Króla i Władcy domowego zacisza, z którym na co dzień mieszkamy w warunkach domowych, jest kompletnie niemożliwa i trzeba wyjechać w daleką podróż, żeby Kota zaczęła się zachowywać co najmniej dziwnie.. 
Po raz pierwszy od bardzo dawna zapakowanie Szanownego Rudzielca do transportera, koloru fioletowego (kompletnie to nie samczy odcień, wiem, ale prezent to był, jeszcze jak Odiś mógł wspinać się po naszych nogach do blatu kuchennego, jak po drzewie, kiedy to barwa transportera nie godziła specjalnie w męską część jego kociej natury..) tym razem odbyło się bezboleśnie dla mnie i całkiem spokojnie, jak na Rudego możliwości. Z bulwersem pod wąsami, co prawda, ale bez większych sprzeciwów raczył do niego wejść, nie zapierając się przy tym wszystkimi łapkami i ogonem. Miauknął może raz, ale bez przekonania, jeszcze w mieszkaniu, rozszalał się za to później, postawiony w tym fioletowym transporterze na parkingu tuż koło samochodu. Podejrzewam, że żałosny "miauk", którym nas wtedy raczył, był jękiem błagalnym, żebyśmy go szybko z tym filetowym pudłem schowali gdzieś, gdzie go jego pobratymcy i nasi czworonożni sąsiedzi nie zobaczą, i w związku z tym, nie będą sobie z niego potem żartów robić. W podróży czy nie, ale honor i dumę kocią trzeba mieć, czyż nie? ;)

Droga do Krakowa przebiegała całkiem pomyślnie i bez większych rewelacji, miał mnie na wyciągnięcie łapki, z czego dość często korzystał, ale większość drogi przespał bez większej potrzeby sygnalizowania swojego nieszczęścia. Ostatnie kilometry naszej drogi pokonywaliśmy z duszą na ramieniu, bo kierowca i nasz pilot, postanowił przewieźć nas przez kręte i malownicze okolice Ojcowa, na których zakręty mnożą się i dzielą. Rajd był to piękny i z wrażeniami, w wyniku czego biedna kota lekko zzieleniała, nerwowo łykając ślinę. Na szczęście dotarliśmy do naszego Tymczasowego Domu bez większych kocich przygód. 

Podobno Koty przywiązują się bardziej do miejsca niż do ludzi i każda zmiana otoczenia jest dla koty gigantycznym stresem. Czy to prawda, trudno mi powiedzieć. Empirycznie potwierdziliśmy po raz kolejny, że kota nasza godzi się i na zmiany otoczenia pod jednym warunkiem, że my jesteśmy obok. Czyli chyba mogę powiedzieć, że Odiś nas kocha? E nie... on po prostu woli zło znane od tego nieznanego ;)

Kiciuś i nasz pan już po raz drugi, albo i trzeci, wizytował w Krakowie. Tym razem adaptacja do czterech kątów przebiegała pomyślnie i bez stresu, po wejściu do domu obowiązkowe było jedzonko i kuwetka.. A potem się zaczęło szukanie najmniejszej dziury, do której mógłby się wcisnąć i schować. Większość czasu, jaki spędziliśmy w towarzystwie naszego milusińskiego bawił się z nami w chowanego. A właził wszędzie, pod łózko, za szafę, raz próbował wejść do szuflady, ale brzuch go zablokował, więc się pohamował! 
Raz, pewnej upalnej nocy Odiś postanowił latać... w pokoju, który na czas naszego pobytu w Krakowie zajęliśmy, tuż obok balkonowego okna ozdobionego zasłonami (firanki na czas naszej wizyty zostały zdjęte z uwagi na lotnicze aspiracje rudego) stoi biurko, a na nim to, co zazwyczaj na biurku się znajduje, czyli monitor i komputer. Biurko to stanowiło punkt wyjściowy wszelkiej kociej aktywności, ponieważ z tego biurka mógł kiciuś bezkarnie włazić na powieszony tuż obok regał, włazić na parapet, zeskakiwać na fotel, i patrzyć na nas z góry. Tuż za tym biurkiem, w samiusieńkim kącie, ukryta za zasłonami, stała sobie rura, pozostałość po centralnym ogrzewaniu, pełniąca funkcję "odpowietrzacza", a przynajmniej tak myślę. Nigdy nie spojrzałam wcześniej w ten kącik i do głowy mi nie przyszło, że kota tam akurat coś interesującego znaleźć może. Ale jednak, kiciuś się nudzić nie potrafi i zawsze sobie jakieś zajęcie wynajdzie. No więc postanowił latać...
Najpierw wlazł na biurko, z biurka na monitor, z monitora na rurę, kilkadziesiąt cm się do góry wyspindrał (kompletnie nie wiem jak to zrobił, bo w domu tuż przed wyjazdem podcięłam i stępiłam mu jego pazury), po czym dotarł do punktu, w którym już się wyżej nie dało, dopadł to, co go do wspinaczki zmotywowało i poleciał... w dół,  nie w przestworza. Prawie bezdźwięcznie wylądował, niczego sobie przy tym nie łamiąc i nie przetrącając, a leciał dość szybko, bo waży już sobie sporo... Zerwaliśmy się już na samym początku jego wspinaczki, bo będąc w gościach śpimy z jednym okiem otwartym, z obawy o to, co kota podczas bezsennych nocy wymyśli. I Starczyło nam odwagi na bezdźwięczne z oddali obserwowanie, bo płoszenie go, karcenie mogłoby zestresować bidula na tyle, że zamiast upadku na cztery łapy, mielibyśmy ... ach, nawet nie chcę sobie wyobrażać. 

Przetrwał, nic mu się nie stało, ale spać nam od tamtej pory już nie dał. Budziliśmy się z kurami, o 4 rano, bo to był moment, w którym szanowny pazurami próbował utorować sobie drogę ucieczki z pokoju, w którym spaliśmy, bo przecież o 4 w nocy najfajniej jest nowych kątów zwiedzanie sobie urządzać. W sumie to ja go nawet rozumiem, bo przecież wszyscy domownicy wtedy spali, nikt by mu drogi nie torował, nie "psikał" złowieszczo na niego... no koci raj! ale nie.. spać musieliśmy, kota bez nadzoru po domu chodzić nie mogła, bo wiadomo, podrapie, zakudli, otworzy, zrzuci, pal licho, co zrzuci, ale się przecież zawsze utłuc może spadając, albo, co gorsza zaklinować... 

Kiciuś na swojej podusi, na której "może wszystko" 

"Tu mnie nie znajdziecie"

Księżniczek na ziarnku grochu ;)


Kiciuś wakacje przetrwał, podróż tam i z powrotem również bez większych uszkodzeń mienia i siebie.. :D Zdobył kilka serc, nawet gości przyjmował podczas naszej w domu nieobecności, i podobnież dał się nawet niektórym pogłaskać! :D Czyli nie taki z niego dzikus, jak nam się wydawało.. :)
Po powrocie do domu kota spała wszędzie gdzie się dało, a dokładniej w ciągu kilkunastu godzin sprawdził i przetestował wszelkie swoje miejsca do spania, nie poświęcając żadnemu więcej, jak godzinkę snu. Teraz się trochę uspokoił i śpi w tych zakątkach, które znajdują się tam, gdzie my. Teraz, jak piszę, siedzi sobie w swoim legowisku tuż za moimi plecami, w pracowniczej szufladzie z kocykiem i ręczniczkiem, i słodko śpi. Zuch chłopak!

A co Wy robicie ze swoimi kotami podczas podróży? Czas wakacji się zbliża, plany urlopowe się niebawem ziszczą, co zrobisz ze swoim zwierzakiem? Podzielcie się proszę Waszymi doświadczeniami, bo musimy dla Naszego jakąś alternatywę wymyślić... :D

Pozdrawiamy ciepło z kociej przystani. 

15 komentarzy:

  1. Nasze dwa kocury nie jeżdżą z nami na wakacje, bo uważamy, że to za duży stres i dla nas i przede wszystkim dla nich, zostają więc na włościach. Mamy zaprzyjaźnioną opiekunkę - doświadczoną osobę, która zajmuje się zwierzętami jako zoopsycholog, a do nas przychodzi sprzątnąć, nakarmić i wymiętosić do oporu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaprzyjaźniona opiekunka przydałaby się i nam! nie musi być aż tak wykształcona, ale chętna do miźgania! może kiedyś się uda taką osobę znaleźć...

      Usuń
    2. u nas to był zbieg okoliczności - nie miałam pojęcia, że dziewczyna, która ogłasza się jako opiekunka jest tak wykształcona :) ale od razu podbiła nasze i kocie serca

      Usuń
  2. Piękny... napatrzeć się nie mogę... zawsze chciałam rudego. :p
    Mój zostaje w domu, bo w sumie zawsze ktoś tu jest. Czasem zdażyło się, że wyjechaliśmy z rodzicami do Babci na wieś na 2-3 dni i go braliśmy, ale on stamtąd jest, więc co jakiś czas odwiedza swój dom razem z nami ^^ Oprócz zglądania kątów i miauczenia w samochodzie jest super spokojnie. Ale też ma swoje 14 lat. :)
    Za to do małej mojego mężczyzny przychodzi moja siostra, kiedy wyjeżdzam z nim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! miłość do rudego, to jest coś co mnie z Połówkiem połączyło ;)
      do nas niestety nie ma kto zaglądać pod naszą nieobecność, stąd możemy sobie pozwolić na albo króciutkie wypady, albo podróż z kotem :(

      Usuń
  3. I u mnie moje sierściuchy na włościach zostają. Kiedy wyjeżdżaliśmy wszyscy z dzieciarami, przyjeżdżał nasz kolega, czasami nocował, generalnie rozpieszczał nam kociorstwo niemożebnie.....
    Teraz, kiedy dzieci porosły i raczej ze staruszkami nie jeżdżą, problem się rozwiązał..... bo koty robią za przyzwoitki:) Nasza kota poprzednia z uporem maniaka nie znosiła zamkniętych drzwi, i jak się dziewczyny zaczęły schodzić do mojej kawalerki miałam sprawę rozwiązaną: kota stała na straży przyzwoitości skacząc na klamkę i otwierając drzwi od pokoju chłopców:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahaha :D a to niezła przyzwoitka ;D no cóż, kiciuś potrafi zaskoczyć! :D choć pewnie ulubieńcem synów Twoich nie był ;D

      Usuń
  4. Fajniutki ten Twój kiciuś. Kiedyś byłam w posiadaniu kotki ale po ok 18 latach spędzonych u nas kotka niestety poległa .Na wakacje zostawała w domu ba w ogóle go nie opuszczała .Na otwartej przestrzeni dostawała szału jedynie wylegiwała się na balkonie i łapała tam chrabąszcze, pszczoły i wróble, które zanosiła sobie do miseczki, oczywiście zwierzaki były uwalniane zanim kotka zdołała je skonsumować.Moja kicia lubiała robótki na drutach. Leżała na udziergach i łapką podkradała kłębuszki wełny.Teraz jestem w posiadaniu kilku rybek. Chciałabym kotka ale mój mąż nie przepada za futerkowcami. Czekam na Twoje nowe robótki pozdrawiam z zachmurzonego Podkarpacia Ewa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To całkiem jak nasz kiciuś, też cierpi na agorafobię, nie znosi otwartej przestrzeni, nic go tak nie blokuje i przeraża jak zieleń trawy ;D ale nad balkonem nic nie ma prawa latać, bo natychmiast zostaje dopadnięte i "zdjęte" :D
      Robótki się dzieją, niebawem coś pokaże :D

      Usuń
  5. Nigdy nie podrozowalam z kotem, zawsze pod nieobcnosc podkarmiali je sasiedzi, ale mieszkalam w domku z ogrodkiem. Twoj kocurek jest po prostu rozkoszny. Pozdrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję w imieniu Odinka :D
      Rozważam też i taką opcję, sąsiada samarytanina, tylko gdzie ja takiego znajdę ;D

      Usuń
  6. Nasz Ignacek też zostaje na włościach i ma do dyspozycji dwie babcie i sąsiadkę. Rozpieszczany jest wtedy przez wszystkie niemożebnie a sąsiadka ilekroć do nas wpada jest natychmiast prowadzona do kuchni:))) Nie zmienia to faktu, że obraza majestatu jest i foch ogromny po naszym powrocie. Chociaż najpierw gorące przywitanie. A zostaje w domu z tych samych przyczyn co Odinek. Przesyłka nie zdążyła dojść? :( Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Edi, przesyłka dotarła niestety w poniedziałek, ale została zapakowana ponownie i leci do mnie już, mam nadzieję, że niebawem dotrze! :D

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Oj mamy, ale teraz to on już jest statecznym kawalerem bez fantazji... ale jak był dziecięciem... mogłabym pisać wtedy bloga tylko o nim, tyle nam dostarczał dziennie inspiracji :D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *