Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merino Ulubione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merino Ulubione. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

Czarina

Kto to widział na początku lata dziergać ciepły sweter!?

JA! właśnie czynię przygotowania do takiego projektu, włóczki przekładam, ostrzę sobie drutki i kreślę pomysły w głowie. 

A dla Was mam niespodziankę! 

Jeśli i Ty masz chęć mimo upałów wydziergać sobie ciepły sweter, opis na Czarinę już od dziś jest dostępny!


Po raz kolejny, przy współpracy z niezwykle utalentowanymi Testerkami (ja to mam szczęście!!!) powstała cudnie barwna i niezwykła kolekcja sweterków, powstałych w oparciu o ten sam opis! Są i krótkie, są i wydłużone wersje, te klasyczne, "pięknie ciapate", i nawet dwukolorowe! Zresztą sami popatrzcie:


Opis na ten sweter dostępny jest w dwóch wersjach językowych, angielskiej oraz polskiej, przy czym po raz pierwszy, pod wpływem Waszych komentarzy, zdecydowałam się pozostawić angielskie skróty dziewiarskie i wzbogacić je polską instrukcją. Po raz pierwszy zdecydowałam się w ten sposób  opracować opis i mam nadzieję, że taka jego forma przypadnie Wam do gustu. 

Ilość Waszych komentarzy pod postem na temat tłumaczenia na język polski przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Bardzo za każdy jeden głos dziękuję :) Podsumowanie Waszych komentarzy zasługuje na oddzielny post na ten temat, ale już dziś mogę zdradzić, że zdania w tym temacie są bardzo podzielone! więcej o tym już niebawem! 

Póki co, serdecznie zapraszam Was do mojego sklepiku na Ravelry, gdzie Czarina już na Was czeka! (do 30 czerwca opis ten dostępny jest w specjalnej, o 15% niższej cenie!) 

Miłego dnia!

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Czarina

Długo się zbierałam, żeby Wam ten sweterek pokazać.. za długo. Ostygły mi już emocje z nim związane, chęci i zapał do rozpisania, i choć noszę notorycznie, właściwie z niego nie wychodząc, to nareszcie nadszedł czas na jego prezentację. 

Sweterek powstał z cudnego Zagrodowego Merino Ulubionego, w kolorach antracytowo wrzosowych. Bardzo spodobała mi się ta mieszanka kolorystyczna, która posiada wystarczająco chłodu szarości i tego różanego, osmolonego dymkiem, ciepła wrzosu. Miał to być projekt wygodny, niezobowiązująco luźny, uniwersalny, i codzienny. Kobiecości w nim za wiele nie ma, choć jest dzianiną o bardzo okrągłych kształtach. 

Przyznaję, że podczas prac nad tym sweterkiem przepadłam na rzecz kilku technik, jest zatem nietypowe kształtowanie raglanu, które posłużyło mi potem do zbudowania całej dzianiny, jest prosty ścieg ściągaczowy i genialnie szeroki kołnierz. Nie ma za to guzików, choć może jeden dałby jeszcze jeden sposób noszenia i mniej byłoby w tym sweterku rozchełstu, a więcej klasy. Ale ostatecznie lubię się z nim bardzo i doceniam jego niebywałą wygodę. Sweter na co dzień, na spacer, na chłodniejsze wieczory na kanapie, w sam raz by się w niego wtulić i ogrzać, lub na szybko narzucić na ramiona tuż przed wyjściem. 

Sweter ten ma zasadniczo jeszcze jeden wielki plus. Noszalny jest zarówno na prawej stronie, jak i na lewej, dzięki luźno fruwającym kieszonkom, które w kilka sekund można przerzucić na drugą stronę. 

Same plusy, prawda? 

No to czas na prezentację Czariny: 







..żeby nie być gołosłownym, przerzucamy "na lewo"...


też nieźle, prawda?





A to kilka wcześniej zrobionych zdjęć, niemalże tuż po zejściu z drutków, jeszcze sfalowany na krawędziach i niezblokowany, ale pokazuję, bo ja jakaś taka bardziej ułożona ;) 




Tak sobie wyglądamy... i tylko sama nie wiem.. rozpisać wzór?

w głowie mam ostatnio formę lżejszą, bardziej odjechaną, choć zmiksowaną z klasykiem.. kolorem malowaną.. a tak to na ten moment wygląda: 


I bardzo szczerze mówiąc, lubię się bawić kolorami!!!!

Pozdrawiam ciepło życząc słonecznego, barwionego wiosną tygodnia!

niedziela, 11 stycznia 2015

czułe słówka...

Kobiecość w sobie zaduszam, tłamszę, dławię, przygniatam. Pomimo upływu czasu wciąż czuję się lekko zagubiona, gdy słyszę komplement na temat samej siebie, odwracam wtedy głowę, spuszczam zawstydzona oczy, uśmiecham się jak 5latka i szukam wymówki dla tego, co własnie usłyszałam. Bo zawsze coś się znajdzie, co do zasłyszanego komplementu doprowadziło. A to dobre światło, a to udawana poza, a to świeżo umyte włosy, nowa fryzura, a to nowy ciuch/kosmetyk/make up, wszystko byle nie ja sama... Mam nadzieję nauczyć się ciepłe słowa przyjmować z pewnym siebie uśmiechem, choć to będzie wyzwanie, bo wychowano mnie z naciskiem na skromność.  

Są jednak takie słowa, takie komplementy, takie treści, które wprawiają mnie w poczucie ogromnej dumy, po usłyszeniu których kolana stają się miękkie, głos drży, oczy świecą się blaskiem, a usta czerwienieją. To nawet nie są komplementy, a przynajmniej nie zawsze, to słowa, zwroty, wyrażenia i czasem nie to jak, a kiedy, gdzie i kto je wypowiada znaczy najwięcej. 

Wyobraźcie sobie spacer wieczorną, styczniową, porą, lekki mrozik, ślisko, zimno, wietrznie, idą dwa zmarzluchy, jeden duży, drugi mały i trzymając się za rączki gadają, planują, marzą, roztrząsają... i nagle ten większy mówi: "bo jak się z koszmarku akrylowego dzierga, to "...

Albo stoją sobie we dwoje w kuchni, tym razem, nad jedną i tą samą patelnią z kotletami, jedno trzyma gumowe szczypce, drugie miesza sałatkę. Stoją, gadają, dotykając się niby przez przypadek łokciami, czasem na siebie popatrzą, czasem się do siebie uśmiechną, czasem mały rudy czworonóg przechodząc obok tej dwójki otrze się swoim futerkiem o ich nogi w tym samym momencie.. i niemalże niczym przewodnik energię, która między tą dwójką gra i tańczy w powietrzu kocimi włoskami przekaże... i wtedy ten większy, tak sobie, bez powodu, wspomni o tej "nieszczęsnej pozytywnej oazie (czyli easie)"...

Inna sytuacja, półmrok w domu, ona smutna, coś nie wyszło, siedzi bida na kanapie pod tą latarnią, co to jej prosto na robótkę i w czubek głowy świeci, nos na kwintę ma spuszczony, usta w podkówkę, łzy w oczach ogromne.. wchodzi ten większy, padnięty, po ciężkim dniu w pracy, widzi, co zastał, nawet się nie pyta, co się stało, mówi tylko: "jedziemy po nowe włóczki?"...

Albo, nie tak dalej, jak wczoraj, kiedy to z zapałem próbowałam zakończyć najnowszy projekt, przeciągając 10 metrowego węża włóczkowego przez co drugie oczko (metoda włoska zamykania oczek), monstrualnie wykańczając przy tym plecy, przechadzał się większy idąc w moim kierunku głośno myśląc:" kochanie.. co dzisiaj robimy na obiaaaad? aaa, Ty pracujesz, to pracuj sobie, dziergaj, ja coś na szybko sam zrobię.."

Nie wiem jak to się stało, że komplementy w stylu: "pięknaś, cudnaś, mojaś i naj" nie działają na mnie tak, jak te wszystkie słowa o dziewiarstwie..  nie ma znaczenia gdzie, w jakich warunkach, a propos czego, ale jak padają, zawsze działają tak samo, mocniej, lepiej i bardziej wyraźnie, trafiając prosto do serca. 


Połówek focił
Połówek motywował
Połówek chwalił..
dziergałam ja!




Spokojnego wieczoru Kochani, miłości, ciepła i.. 
czułych słówek...
:)

środa, 7 stycznia 2015

Postanawiam nie postanawiać!

Styczeń to taki smieszny czas, zimno, szaro, buro, jeszcze daleko do wiosny, do lata to już w ogóle, a niby początek. Ale czego? Po świątecznej labie i łasuchowaniu z pierwszym dniem nowego roku postanawiamy: nie palić/nie jeść czekolady/chodzić po schodach zamiast windą śmigać/ jeść więcej zielonego/ograniczyć cukry/ w ogóle zdrowiej żyć/ żyć inaczej/mądrzej/ lepiej.

A ja się tak tylko po cichutku i w kąciku zastanawiam dlaczego tak straszliwie ukochaliśmy sobie ten styczeń do wprowadzania zmian? Miesiąc jak każdy inny, choć w moim przypadku "początek" i "chęć niemożebną do zmian" odczuwam bardziej na przełomie marca i kwietnia, a w maju to już w ogóle, ale nie, w styczniu będę sobie na głowę nowe punkty do listy nakładać, bo przecież nowe przyszło! A ja ledwo wstaję z łóżka, bo szaruga za oknem niezbyt zachęca, i gdyby nie to poranne "muszę siku" to chyba kozami by mnie spod tej cieplutkiej, pierzynowej kołdry nie wyciągnęli. Ale nie. W styczniu muszę myśleć już o nadchodzących wakacjach, żeby zmieścić się w te kuse spódniczki, karnet sobie kupię na basen/siłownię od 15 stycznia, potem na saunę.. o rowerze już pomyślę, o bieganiu, włosy bym zapuściła, żeby latem wiatr mi je rozwiewał. A potem sobie jeszcze obowiązków dołożę, więcej punktów do zrealizowania, nowy kalendarz nabędę i skrupulatnie będę wykreślać zrealizowane punkty. A co z tymi co to sobie w styczniu założyłam w maju będzie? a nie wiem.. znikną gdzieś po drodze, zresztą w maju mam pstro w głowie i orzeszki, to po co sobie będę starymi postanowieniami myśli zakrzątać.. 

Ale rok w rok ten sam błąd popełniam, siadam, myślę nad zmianami, odkurzam stare noworoczne postanowienia, znów je wdrażać zamierzam i znów niewątpliwie polegnę.. 

No więc postanowiłam nie postanawiać! i wiecie co? czekolada zazwyczaj w styczniu zabraniana nagle przestała mi smakować, jak ją jeść mogę, basen i siłownia mnie kuszą, mimo braku karnetu, bo zimno mi jakoś i krew rozgrzać ciut potrzebuję, kalendarza mi się zachciało, by notować to co chcę dziś i teraz, i co mam w planach, ale bez musu, bez postanowień o systematyczności, bez bata nad głową. Bo bat  "postanowieniem" zwany wyjątkowo mnie do działania zniechęca, albo nakręca, jak mi z całkiem oczywistego smakołyka owoc tabu nagle robi. a po co to komu i na co? Ja, jak "muszę" ,to się duszę! i jest prawie pewne, że tego nie zrobię, albo wiecznie będę robienie odkładać "na potem" tylko dlatego, że "muszę" przed nim stoi. 

Zatem postanawiam nie narzucać sobie tego, co oczywiste, nie zabraniać sobie tego co sprawia mi radość, nie ograniczać się regułami tam, gdzie potrzebuję wolności i powietrza, trzymać się w ryzach tam, gdzie powinnam i czerpać pełnią klaty/serca/rozumku/zmysłów z radością i żyć w pełni. 

Nie rób sobie przykrości w nowym roku. Postanów ze mną nie postanawiać i poczekaj na dzień, w którym postanowienie noworoczne przestanie być batem, a zacznie być Twoją wewnętrzną potrzebą. Zrób sobie przyjemność i nie katuj się tym, co czujesz, że musisz lub powinnaś, i poczekaj, aż zachcesz :) Wtedy samo się zrobi!

A oto noworoczny dzierg samo-robiący się. Bezrefleksyjne dzierganie prawego z lewym, dzierganie jak joga wciągające, jak mantra powtarzalne, zasadniczo nudne i nieciekawe, ale takie dziergi kocham najbardziej, bo są zazwyczaj najbardziej noszalne. "Caryca" się dzierga z pięknego Merino ulubionego z Zagrody we wrzosowo-srebrnym melanżu. Cudna włóczka, cudne farbowanie,  tak urodziwe, że zbędne były zdobienia wszelkie, bawię się jedynie konstrukcją.. Mam nadzieję, że i Wam wpadnie w oko! :)



Nazbierało mi się dobra do sfotografowania... Na tapecie w pierwszej kolejności znajdują się 3 projekty, duże projekty, z których szczególnie dumna jestem. Jeden, powstał w oparciu o wzór ulubionej projektantki, na którego publikację czekałam kilka miesięcy, szybko poszło dzierganie, ale wykańczanie już nie bardzo.. trochę jak z tymi postanowieniami, początki mam zawsze dobre, ale to ciąg dalszy pozostawia wiele do życzenia.. uparłam się, że go skończę w starym roku, i skończyłam. Brakuje mu tylko guzików i można nosić.. (o raju! skąd wziąć idealnie dobrane czerwone guziki?? gdzie ich szukać?? panika!!)
Pozostałe dwa projekty to moja dla Was niespodzianka.. oba lekkie, zwiewne i... romantyczne, chciałoby się rzec. Ale nie.. jeden owszem. romans ma wpleciony w swoje kształty i zdobienia, drugi już nie tak subtelny, choć linię ma podobną.. Oba moje ulubione, czekają na znalezienie takiej miejscówki na zdjęcia, po wizytacji w której nie skończę z zapaleniem płuc albo czegoś innego.. :) Poszukiwania trwają.. :)



A już całkiem na koniec, zmagania kiciusia z czym popadnie, czyli jak to nie wiele potrzeba, żeby kicia miała radochę ;)




Szkoda, że ja tak nie mam... 
A nie! przepraszam, MAM! 
lecę pobuszować w pudle ze sznurem ;)

Miłego dnia bez postanowień!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...