Styczeń to taki smieszny czas, zimno, szaro, buro, jeszcze daleko do wiosny, do lata to już w ogóle, a niby początek. Ale czego? Po świątecznej labie i łasuchowaniu z pierwszym dniem nowego roku postanawiamy: nie palić/nie jeść czekolady/chodzić po schodach zamiast windą śmigać/ jeść więcej zielonego/ograniczyć cukry/ w ogóle zdrowiej żyć/ żyć inaczej/mądrzej/ lepiej.
A ja się tak tylko po cichutku i w kąciku zastanawiam dlaczego tak straszliwie ukochaliśmy sobie ten styczeń do wprowadzania zmian? Miesiąc jak każdy inny, choć w moim przypadku "początek" i "chęć niemożebną do zmian" odczuwam bardziej na przełomie marca i kwietnia, a w maju to już w ogóle, ale nie, w styczniu będę sobie na głowę nowe punkty do listy nakładać, bo przecież nowe przyszło! A ja ledwo wstaję z łóżka, bo szaruga za oknem niezbyt zachęca, i gdyby nie to poranne "muszę siku" to chyba kozami by mnie spod tej cieplutkiej, pierzynowej kołdry nie wyciągnęli. Ale nie. W styczniu muszę myśleć już o nadchodzących wakacjach, żeby zmieścić się w te kuse spódniczki, karnet sobie kupię na basen/siłownię od 15 stycznia, potem na saunę.. o rowerze już pomyślę, o bieganiu, włosy bym zapuściła, żeby latem wiatr mi je rozwiewał. A potem sobie jeszcze obowiązków dołożę, więcej punktów do zrealizowania, nowy kalendarz nabędę i skrupulatnie będę wykreślać zrealizowane punkty. A co z tymi co to sobie w styczniu założyłam w maju będzie? a nie wiem.. znikną gdzieś po drodze, zresztą w maju mam pstro w głowie i orzeszki, to po co sobie będę starymi postanowieniami myśli zakrzątać..
Ale rok w rok ten sam błąd popełniam, siadam, myślę nad zmianami, odkurzam stare noworoczne postanowienia, znów je wdrażać zamierzam i znów niewątpliwie polegnę..
No więc postanowiłam nie postanawiać! i wiecie co? czekolada zazwyczaj w styczniu zabraniana nagle przestała mi smakować, jak ją jeść mogę, basen i siłownia mnie kuszą, mimo braku karnetu, bo zimno mi jakoś i krew rozgrzać ciut potrzebuję, kalendarza mi się zachciało, by notować to co chcę dziś i teraz, i co mam w planach, ale bez musu, bez postanowień o systematyczności, bez bata nad głową. Bo bat "postanowieniem" zwany wyjątkowo mnie do działania zniechęca, albo nakręca, jak mi z całkiem oczywistego smakołyka owoc tabu nagle robi. a po co to komu i na co? Ja, jak "muszę" ,to się duszę! i jest prawie pewne, że tego nie zrobię, albo wiecznie będę robienie odkładać "na potem" tylko dlatego, że "muszę" przed nim stoi.
Zatem postanawiam nie narzucać sobie tego, co oczywiste, nie zabraniać sobie tego co sprawia mi radość, nie ograniczać się regułami tam, gdzie potrzebuję wolności i powietrza, trzymać się w ryzach tam, gdzie powinnam i czerpać pełnią klaty/serca/rozumku/zmysłów z radością i żyć w pełni.
Nie rób sobie przykrości w nowym roku. Postanów ze mną nie postanawiać i poczekaj na dzień, w którym postanowienie noworoczne przestanie być batem, a zacznie być Twoją wewnętrzną potrzebą. Zrób sobie przyjemność i nie katuj się tym, co czujesz, że musisz lub powinnaś, i poczekaj, aż zachcesz :) Wtedy samo się zrobi!
A oto noworoczny dzierg samo-robiący się. Bezrefleksyjne dzierganie prawego z lewym, dzierganie jak joga wciągające, jak mantra powtarzalne, zasadniczo nudne i nieciekawe, ale takie dziergi kocham najbardziej, bo są zazwyczaj najbardziej noszalne. "Caryca" się dzierga z pięknego Merino ulubionego z Zagrody we wrzosowo-srebrnym melanżu. Cudna włóczka, cudne farbowanie, tak urodziwe, że zbędne były zdobienia wszelkie, bawię się jedynie konstrukcją.. Mam nadzieję, że i Wam wpadnie w oko! :)


Nazbierało mi się dobra do sfotografowania... Na tapecie w pierwszej kolejności znajdują się 3 projekty, duże projekty, z których szczególnie dumna jestem. Jeden, powstał w oparciu o wzór ulubionej projektantki, na którego publikację czekałam kilka miesięcy, szybko poszło dzierganie, ale wykańczanie już nie bardzo.. trochę jak z tymi postanowieniami, początki mam zawsze dobre, ale to ciąg dalszy pozostawia wiele do życzenia.. uparłam się, że go skończę w starym roku, i skończyłam. Brakuje mu tylko guzików i można nosić.. (o raju! skąd wziąć idealnie dobrane czerwone guziki?? gdzie ich szukać?? panika!!)
Pozostałe dwa projekty to moja dla Was niespodzianka.. oba lekkie, zwiewne i... romantyczne, chciałoby się rzec. Ale nie.. jeden owszem. romans ma wpleciony w swoje kształty i zdobienia, drugi już nie tak subtelny, choć linię ma podobną.. Oba moje ulubione, czekają na znalezienie takiej miejscówki na zdjęcia, po wizytacji w której nie skończę z zapaleniem płuc albo czegoś innego.. :) Poszukiwania trwają.. :)
A już całkiem na koniec, zmagania kiciusia z czym popadnie, czyli jak to nie wiele potrzeba, żeby kicia miała radochę ;)
Szkoda, że ja tak nie mam...
A nie! przepraszam, MAM!
lecę pobuszować w pudle ze sznurem ;)
Miłego dnia bez postanowień!