Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holst Garn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holst Garn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020

trzy kolory

Nie może być tak, by szewc bez butów chodził ;) 

W związku z tym, że przy okazji zmasowanej produkcji pod-choinkowych prezentów odkryłam gigantyczne zapasy włóczkowej drobnicy, w tym też i ulubionego noble od Holst Garn, w ilościach tak znikomych, że nie było mowy o jakimś sensownym projekcie (kuleczki nie przekraczały 5 g), sparowałam tę drobnicę z jasnym tłem (De Rerum Natura w Cyrano, też jakieś resztkowe ilości), i podwójnie trzymając noble, wpletłam nieco koloru w najzwyklejszą na świecie czapkę, tym samym rozpanoszącym się, nie tylko w mojej głowie, wynalazkiem. Pamiętam, że jeden z kolorów nie wymagał strzyżenia po zakończeniu motywu, to znaczy że jechałam na oparach ryzykując prucie wszystkiego, ale się udało! I w dodatku mogę się cieszyć trzema najlulubieńszymi kolorami z palety kolorów tej włóczki w jednej czapce! 

Motyw właściwie miał leżeć niesymetrycznie na mojej głowie, ale prawda jest taka, jak zresztą zdjęcia Wam zademonstrują, że dopóki nie wyląduje gdzieś na mojej potylicy, wygląda zawsze dobrze. Najmniej mi pasuje na środku czoła, ale to, umówmy się, podczas zakładania tej czapki, mi kompletnie nie grozi, żeby ją tak idealnie wymierzyć i wyśrodkować ;) 

Na okoliczność tych zdjęć, które powstały jakoś w drugiej połowie grudnia, zabrałam ze sobą siatę potencjalnych dodatków. Shanel (klik), chociaż bardzo ten szalik wielbię, najrzadziej z moich akcesorii ubieram. Mroźna pogoda kompletnie omija nasz region, ale te braki nadrabia zimą w postaci opadów deszczu. Obawiam się zawsze, że tej grubości wełna, niczym gąbka, wchłonie nadmiar wilgoci z powietrza i zwyczajnie mnie do ziemi swoją wagą ściągnie.. ;) W czasie tej dość słonecznej pogody sprawdził się w roli dodatku doskonale.

Musicie wiedzieć, że najchętniej gromadzę te swoje zakończone wyroby do punktu, w którym mamy przynajmniej trzy, jeśli nie więcej, rzeczy do sfotografowania. Nie lubię sesji zdjęciowych i całego w związku z tym szumu wokół tego zadania. Aby siebie i Połówka nie przytłoczyć nadmiarem sesji zdjęciowych, staram się to zadanie nam dozować, w ilościach, które oboje przetrawiamy bezboleśnie i mamy czas by odpocząć przed kolejną sesją. Inną sprawą jest, że synchronizacja wszystkich czynników w jednym czasowym punkcie, jak dobre nastroje i siły witalne naszej dwójki, mój względnie dobry hair day ;), weekendowy, umiarkowanie słoneczny, wolny dzień, nie tylko od pracy, ale też i od innych planów wyjazdowych / spotkaniowych / zakupowych, to naprawdę wyzwanie. Weekend niestety nie trwa tydzień, a pogoda bardzo często współpracować nie chce i psuje nam wszystkie fotograficzne plany. Silą rzeczy, nawet jakbym chciała częściej te zdjęcia robić, życie nam te plany weryfikuje i i tak ostatecznie i prawie zawsze kończy się to siatą zakończonych projektów zanim ten dzień nastąpi. 







Cieszę się bardzo, że tym razem udało mi się też i Połówka do zdjęć namówić, doczekał się bowiem bardzo podobnej do mojej, okrojonej z dekoracji, czapki, więc specjalnie nie bojkotował pomysłu. Zabawę mieliśmy przednią, bo co prawda ukryliśmy się nieco przed ludźmi, ale co rusz i trochę wpadało na nas albo jakieś rozbiegane i szczęśliwe psisko, albo co gorsza, psisko w asyście swojego pana. Zdziwienie na jego twarzy, co ta dwójka w tym kącie wyczynia, śmiejąc się do telefonu (komórką wyzwalam i kontroluję zdjęcia) jednocześnie nagrywając na aparacie ustawionym na trójpodzie, była bezcenna :) 



Może to się stanie naszą fotograficzną tradycją, która nam sesje zdjęciowe umili, że się trochę powygłupiamy we dwójkę pozując, zobaczymy. Nie mniej, widok naszej dwójki, z siatami (dwiema) pełnymi wełnianych dobroci, z trójpodem, aparatem i plecakiem na wszystkie przydasie, wzbudza często zainteresowanie, którego wolę jednak unikać.. Peszy mnie to strasznie i jest po zdjęciach. ;) 

Tego dnia, w tej samej cudnie na mnie skrojonej kurtce, udało mi się jeszcze jeden mały gadżet uwiecznić. Muszę się Wam przyznać, że odkąd dziewarstwo wróciło do mnie, co miało miejsce jakoś 8 lat temu, małe projekty nie dawały mi żadnej frajdy. Ale teraz, po tym maratonie drobnicy dziewiarskiej, rękawiczkami, skarpetkami i szybkimi czapkami stojącej, bardzo mi jest trudno wrócić do swetrów. Mały projekt daje ogromną satysfakcję, szybki rezultat, no i powtarzany wielkrotnie, w różnych wersjach kolorystycznych, nie wymaga żadnego prawie nad nim myślenia, a frajdę zapewnia. 

Odpoczęłam od większych projektów, myślenia o każdym szczególe, gigantycznych czasowych zobowiązaniach, i zatęskniłam za dużą formą.. Czas na jakiś sweter! 

Ale najpierw KOSZULA Z KOŁNIERZEM powstanie, wyzwanie odzieżowe, na które ostrzę sobie pazurki już od końca grudnia. Wszystko jest przygotowane, żeby zacząć, tylko ten cholerny i wiecznie wątpiący duch na ramieniu mi wadzi... uda się? czy się nie uda??? 


Ściskam Was bardzo serdecznie i życzę pięknego i kolorami zmalowanego weekendu! 

A.

środa, 18 grudnia 2019

Fun jumper dla Połówka

Pamiętacie ten sweterek, którym się pochwaliłam jakoś w połowie 2018 roku? Fun jumper (klik)

Żeby nie powiedzieć, że równolegle, bo nawet ja nie potrafię dziergać dwóch swetrów na raz, ale jakoś w bardzo niewielkim odstępie czasowym, zabrałam się za jego męską wersję. No bo jak tu przejść obojętnie obok połówkowego: "zrobisz mi też takiego?".

Ma chłopak słabość do pasków (jak i ja!), ma też i słabość do takiego kształtowania ramion w połączeniu z paskami (zupełnie jak ja!), jedyne co mu się w moim sweterku nie za bardzo podobało to dekolt, tu musiałam nieco inaczej do tematu podejść. Tak naprawdę to powiem Wam, że męskie swetrowe podkroje dostarczają mi niemałego wyzwania.. mam poczucie, że ten mógłby być mniejszy, ale jest jak jest.. niezliczoną ilość razy w nim rzeźbiłam, i ciągle coś zmieniałam, spłycałam, żeby za chwilę pogłębić, dodawałam po szerokości, żeby za chwilę odejmować... Jak wiadomo, w dzianinie dzierganej nie mam opcji ujęcia w szwach (zwłaszcza, że ten sweter żadnych szwów ne posiada!) więc mogłam jedynie zaczynać od nowa.. i poprawiać zaczynając znów od nowa. Mimo wszystko, efekt końcowy został zaakceptowany i jest bardzo eksploatowany, a z początkiem września zaczął swój drugi rok eksploatacji! 

Tak, to nie jest sweter, który zszedł mi niedawno z drutów.. o! nie.. chociaż dziubany był na drutach niewiele większych niż wykałaczki (szczerze, nie pamiętam, nie zapisałam, ale wydaje mi się, że powstawał przy użyciu drutów 3.25 mm - do 3.5 mm) i poszło na niego sporo włóczki, jest leciutki jak piórko, pomimo swojego zacnego rozmiaru, i doskonale sprawdza się w roli biurowego swetra. Połówek doczekał się już kilku swetrów ręcznie dzierganych, ale tylko ten chętnie zakłada na co dzień, pozostałe nadają się raczej na wielogodzinne spacery zimowe i mroźne zwiedzanie. 

Ten model powstał z moich już niewielkich zapasów noble od holst garn, do których dokupiłam jeden kolor kontrastowy (bordowy, który tutaj wygląda jak czerwony) i podstawowy (czarny). 

Żółty pasek w tym swetrze to ciemny, brudno zielony odcień, który w towarzystwie pozostałych kolorów zasadniczo się zmienił, rozjaśniał. Przyznaję, że sam fakt jak kolory, wspólnie ze sobą zestawione, zagrały w tym swetrze, przy okazji zupełnie zmieniając swoje odcienie, bardzo motywował mnie do kontynuowania tego "niemożliwie dłużącego się projektu.." 

Wzoru nie planuję, głównie dlatego, że chyba nikt poza mną nie szarpnie się na dzierganie męskiego swetra z takiej cienizny, jakkolwiek by nie była genialna w użytkowaniu (bo jest!). Ale niewykluczone, że kiedyś popełnię kolejny męski, kontrukcyjnie podobny projekt, bo to jest typ dzianiny, który oboje z Połówkiem lubimy. Chociaż nad główką rękawa (rękaw dziergany był od góry wraz z resztą swetra, bezszwowo) tego typu to ja się tyle czasu już pochylam, że mogłabym się z niej doktoryzować....... Tak wiem, nie jest to sprawa nowa, ale ponieważ dosłownie rozkminiam ją na bieżąco i kombinuję zawsze na nowo bez wsparcia w postaci podręczników, ale na moje oko i zdrowy rozsądek, to czuję jakbym sama na nią wpadła :) Chociaż wiem, że jest inaczej. Niemniej, lubię to rozwiązanie, i lubię BARDZO w nim rzeźbić! 

Oprócz pasków nic się w tym swetrze specjalnego nie dzieje.. no może poza tym, że mi się udało równiuteńko zsynchronizować paski i zakończyć zarówno sweter jak i rękawy w tym samym momencie kolorystycznym (chyba jednak rękawy dziergałam dłuższe niż body?! ale nie wiem tego na pewno.. bo nie pamiętam). Rzędów na wszelki wypadek nie liczę.. zwyczajnie mnie cieszy, że ten sweter widzę na ludziu! I to mi wystarczy! 

Ale dosyć gadania, poznajcie Fun jumper w męskim wydaniu!










Przyznaję, że noszę się z zamiarem powtórzenia tego kolorystycznego zestawu kiedyś jeszcze, ale tym razem dla siebie.. jak i jeśli dojdę do tego jakich kolorów użyłam?! (nie wiem, nie zapisałam, zgubiłam banderolki, zwariuję z tym moim natchnionym i spontanicznym dzierganiem tu i teraz bez myślenia o przyszłości!) 

Czapka, którą przy okazji możecie podglądnąć, to dziewiczo czysta wersja mojej czapy, o której Wam opowiem następnym razem. Nie ma w niej nic specjalnego oprócz najprostszej w życiu konstrukcji i ulubionej włóczki, dzierganej dżersejem... Lubię takie proste formy, i jak się okazuje nie tylko ja! 

Jak ja naprawdę lubię dziergać dla tego Faceta! (#veryknitworthy!)



Ściskam Was bardzo serdecznie i mam nadzieję, do rychłego napisania! 

A. 

wtorek, 11 września 2018

Fun Jumper

W głowie mi się kręci na myśl o tym jakie życie bywa zaskakujące i smakowite. 

Dwa tygodnie przed prezentowaną tutaj sesją zdjęciową, siedząc na tych samych kamieniach, malując paluchem po piachu mapę Europy, planowaliśmy co będziemy robić i dokąd w zwiazku z tym wyruszymy.. Tego samego dnia, tuż po powrocie z długiego spaceru nad Renem, plan się skrystalizował i zamienił w rzeczywistość.. W kolejnych tygodniach działo się sporo, między innymi ta sesja, wykonana porankiem dnia następnego po Wollfestival, organizowanym w tym roku w Dusseldorfie, oddalonym zaledwie kilka kilometrów od lokalizacji naszej sesji (klik). 

Te z Was, które odwiedziły tegoroczny Drutozlot, wiedzą, co to znaczy zdarte od gadania gardełko, nogi bolące od stania i krążenia wokół stoisk wypełnionych dobrem jedynym i słusznym, czyli włóczką. Wiecie też doskonale, że jak już emocje i towarzysząca adrenalina opadną, wszystko dosłownie zaczyna boleć. ;) Ale to jest dobry ból, radosny, bo pochodzi z wielkiego przeżycia, wielkiej emocji, to czysta radość bycia w dobrym miejscu o dobrym czasie, z jedynymi i niepowtarzalnymi, równie jak Ty sama, zwariowanymi na punkcie sznura i dzianiny, człowiekami. 

I chociaż bolało mnie tego poranka dosłownie WSZYSTKO, radość z tego, że mam swoich człowieków tak blisko, że nie jestem sama, że świat jest pełen kolorów na włóczkach zmalowanych, i że to wszystko się dzieje po coś i niemalże tuż za moim rogiem, kompletnie przyćmiła wszystko inne.. Lubię jak mnie tak wszystko boli, i lubię bardzo gdy życie mnie zaskakuje podobnymi smaczkami. I chcę podobnych spotkań więcej! I nawet mam kilka w najbliższej przyszłości w planach!

Sweter, który Wam chcę dziś pokazać, jest właśnie tym, co w dzianinie uwielbiam, zabawą! Zabawą kolorem i konstrukcją, czystą przyjemnością dziergania. Zwyczajny sweterek, od którego włożenia od razu buzia bardziej mi się cieszy. 

Znacząco krótszy, by świetnie pasował do sukienek czy spódnic, albo długich koszul z wąskimi spodniami. Zwyklak, można by powiedzieć, ale dopieszczony. ;) Taki radosny skowronek. i w dodatku z resztek powstały! Jak tu go nie lubić?

Zapraszam Was na jego prezentację: 

Fun Jumper













Nie wiem jak to się dzieje, że życie mnie tak ostatnio rozpieszcza, dając znacznie więcej niż tego mogłam oczekiwać, ale wdzięczna jestem za każdą minutę zaplątania w drogocennym sznurze, każdą sekundę spędzoną nad kawą w towarzystwie moich dziewiarskich przyjaciół, każdy śmiech czy chichot, który się z moich ust wyrwie w reakcji na to co uszy usłyszą.. Pięknie potrafi być. I niech to trwa jak najdłużej! 

W tym samym miejscu, tego samego dnia, zrobiliśmy zdjęcia jeszcze jednej dzianinie, która, mam nadzieję, już niebawem ujrzy światło dzienne :)  Testy już trwają! :) 

Daj się sznurkowi prowadzić i czerp z tego ile tylko możesz! :) :* 

Do następnego razu! 

A.

wtorek, 10 kwietnia 2018

już niebawem..

Wiecie doskonale o tym, że kocham tworzyć dzianiny.. Kocham, jak się całkiem ostatnio okazało, zamieniać je w opisy dla Was.. 

Druty same w sobie przynoszą mi masę radości, to oczywiste, ale ostatnio stały się też genialnym pretekstem do poznania nowych ludzi.. z każdej jednej takiej znajomości wynikają kolejne, a potem kolejne.. 

Zmiany są dobre. Nasza przeprowadzka zmieniła nasze życie diametralnie.. Zmieniło się moje nastawienie do otaczającego mnie świata, a przede wszystkim zmieniła się moja ze sznurkiem przyjaźń.. 

Bliżej mi jest ostatnio do minimalizmu w projektowaniu. Bawię się wciąż formą i fasonem, bawię się konstrukcją, ale świadomości tego, jak te moje dzianiny mają wyglądać w ostatecznym kształcie, jest we mnie więcej. 

W bardzo niedługim czasie pojawią się te trzy projekty. 
Każdy wyjątkowy.. 
Każdy drogi mojemu sercu.. 
Każdy ponadczasowy.. 





Zmiany sa dobre.. zmiany są potrzebne, i chociaż wydają się być niemożliwe do ogarnięcia na początku, z czasem można się z nimi oswoić.. 

A wtedy, gdy serce ochłonie, strach przeminie, codzienność nabierze znanego smaku, wtedy zaczyna się prawdziwa magia tworzenia.. 

Więcej już niebawem!

Serdeczne uściski! 

A.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Basic cardi

Witajcie po długiej przerwie! 

W te mijające wakacje albo jestem ciągle w drodze, albo w cudownym towarzystwie, albo wiecznie pociągająca. I tak dziś na przykład zamierzam powitać gości z katarem na potęgę. Stąd zdjęcia, które dzisiaj Wam zaprezentuję, zupełnie są do nas niepodobne, czyli "bez głowy", chociaż to nie do końca jest prawda, bo żeby takie zdjęcia zrobić trzeba się czasem o niebo bardziej nagłowić ;) 

Na moje ogromne szczęście, to nie ja musiałam się dzisiaj napracować ;) Dlatego też mam siłę jeszcze parę słów do Was skrobnąć, zanim się dam całkiem położyć i chorobie rozłożyć. 

Kardigan, bo o nim dzisiaj będzie mowa, powstał z włóczki, którą już dawno sobie ukochałam. To Noble od Holst Garn w kolorze Garnet, podobno już wycofanym, nad czym ubolewam ogromnie. Jest to jeden z tych odcieni, który chociaż nie do końca jest neutralny to z pewnością do palety naturalnych należy. Lubię go za to bardzo. Świadoma tego, że już go nigdzie nie dostanę, chciałam zrobić dla siebie projekt, który po prostu będzie noszony, a nie tylko w szafie zalegał. Ostatnio bardzo lubię się z kardiganami, i pomimo mojego dość niewielkiego wzrostu, bardzo lubię te o dłuższej i klasycznej linii. Pewnie sobie skracam dystans pomiędzy głową i stopą w takim dzierganym szlafroczku, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Męża już mam, więc noszę to, co mi radość sprawia ;) 

Wydłużony kardigan ma też i inne zalety, oprócz naturalnego dogrzewania tu i tam.. przede wszystkim mogłam temu swetrowi poświęcić dużo więcej czasu i tym kolorem w czasie dziergania sercu i oczom dać się nacieszyć. Całość jest projektem bezszwowym i od góry dzierganym. Dzianina jest w głównej mierze wykonana ściągaczem, drobnym i dość luźno dzierganym, który po praniu cudownie nabrał mięsistości, ale to zasługa włókna, kto dziergał z noble ten wie, że włóczka ta w praniu puchnie i, cytując za specjalistami od włókien naturalnych, rozkwita (z ang. blooming). 

Listwa guzikowa wykonana została techniką double knitting (podwójne dzierganie), a oprócz kilku detali, jak zgrabne dodawanie lub odejmowanie oczek w talii i biodrach czy w dolnej części frontów, żadnych wodotrysków i fajerwerków tutaj nie znajdziecie. Jedynie kolorem muśnięte drewniane guziczki, które mam wrażenie dodają tej dzianinie jeszcze więcej uroku. 

Kardigan waży zaledwie 240 gramów i jest naprawdę ciepły. Jeśli jesienią potrzebujesz lekkiego wełnianego otulenia, ale nie lubisz się przegrzewać, to włókno mogę serdecznie polecić. Niby  jest to mgiełka, chociaż przez ściągaczową fakturę bardziej mięsista i konkretna, ale naprawdę daje ciepło. 

Dosyć gadania - oto my, ja dziś w roli bezgłowego manekina ;) 







Element, z którego chyba najbardziej jestem dumna, dopasowanie w ramionach..


I guziczki, niby nic, a daje tyle radości!


Sweter ten podróżował ze mną już od jakiegoś miesiąca. Był ze mną na jednym dziewiarskim grupowym spotkaniu, kilkudniowej kawie z Przyjacielem Dziergającym, którego miałam okazję u siebie gościć (Marysiu pozdrawiam ciepło i jeszcze raz dziękuję!), pojechał ze mną na Wollfestival do Kolonii, i na jeszcze kilka ciekawych wycieczek. Po każdej wyprawie więcej było prucia niż radości, ale niewątpliwie będzie miał dla mnie o wiele większe znaczenie. Bo to nie tyle sweter zwyczajny, co sweter dziergany w niezwyczajnych okolicznościach i cudownym towarzystwie! 

Mam nadzieję, że przywiozłaś ze swoich wakacji podobną dziewiarską "widokówkę" :) 

Pozdrawiam ciepło i życzę Ci słonecznej niedzieli i pięknego ostatniego tygodnia wakacji!

Do następnego razu!

niedziela, 9 października 2016

Wonder-woman TOP

Gdzieś pomiędzy jedną dziewiarską porażką a drugą, usiadłam, i stwierdziłam, że nie ma co się szarpać ze sznurkiem. Właściwie, będąc pewna tuż po fali niepowodzeń, że to się przecież udać nie może, nabrałam oczka, mając w pamięci kilka świetnych projektów jednej z moich idolek. 

A właśnie, bo dziś będzie o inspiracjach także! 

Gosik (klik) i jej fantastyczne dzianiny od zawsze trafiają w mój czuły estetycznie punkt. Po pierwsze Gosia fantastycznie potrafi zestawić ze sobą kolory! Po drugie, detale i poziom dopracowania dzianin, które Gosia tworzy, zachwyca mnie niezmiernie już od lat. Po trzecie, Gosiowe zdjęcia stały się kiedyś punktem wyjściowym do naszych fotografii (potrafiłam Połówka za uszy do komputera przyciągnąć po nieudanej sesji i paluchem Gosi fotografie pokazując, tłukłam, że "tak miało być!" ;) ) Prawda jest jednak taka, że Gosi prace uwielbiam, jej styl, jej dzianiny, jej wybór włóczek, od koloru po skład, wszystko absolutnie. Gosię samą oczywiście też!!! (pozdrawiam Cię Gosiu serdecznie!!!) I do Gosi właśnie, w popłochu, po wielu nieudanych próbach ogarnięcia case study (klik i klik), zaglądnęłam wiosną po garść inspiracji. Trzy projekty przemówiły do mnie najbardziej: Latte Macchiato (klik), James (klik) oraz Against all mods max (klik). Wszystkie te trzy projekty łączy jedno - paseczki! 

Ponieważ ja sama jakoś z paseczkami mam różnie, raz jestem na tak, innym razem na nie, postanowiłam wtedy zaryzykować formę dość nietypową.. O nie, nie, nie było to takie proste jakby się mogło wydawać.. pierwsze próby zakończyły się linią biustu kończącą się na wysokości pępka! Ale nie zraziło mnie to, coś musiałam dziergać, ale nie zależało mi aż tak bardzo na czasie. W takich warunkach najfajniej jest eksperymentować i wyjść trochę poza przyjęte standardy. 

Wiem, że jest to projekt nie dla każdego (takie już do mnie słuchy doszły), ale nic nie poradzę, że kręcą mnie formy odjechane. Lubię wyjść z przysłowiowego pudełka, przekroczyć granicę, ugryźć sznur od innej strony. Lubię się nim bawić. Zadziwić, siebie samą i może też Was. 

Wonder-woman TOP jest dzianiną powstałą z myślą o lecie, o szaleństwie, komforcie, dziewczęcości.. Jest w nim sporo koloru zaklętego w prostej formie. To właściwie koszulka, podkoszulek, którego najwyraźniejszym akcentem jest paskowy wzór, podkreślający to, co w nas najpiękniejsze! :) 

Całość powstała z dzianiny od Holst Garn, Coast, którą kiedyś zakupiłam.. uwaga! z myślą o chuście! Tak właśnie, chusta miała być, a wyszło jak wyszło... ;) 

Dość gadania, zapraszam Was na prezentację WONDER-WOMAN TOP




















Oczywiście, nie byłoby nic, gdyby nie Połówek, dzielnie biegający za mną po hałdach piachu z obiektywem w ręce, za co Mu ogromnie dziękuję :* 

Nie byłoby też nic, gdyby nie ta garść przyjaciół dziewiarskich, która w chwilach zwątpienia potrafiła mnie natchnąć do dziergania. 

Nie byłoby też nic, gdyby nie Wy, bo to chęć zaskakiwania Was jest dla mnie ogromną motywacją, zarówno do dziergania jak i do sesji zdjęciowych. To okrutna praca jest, pozowanie, chociaż ostatnia nasza sesja była zdecydowanie bardziej przyjemna niż zazwyczaj, mimo wszystko, to Wy sprawiacie, że oboje w zespół z Połówkiem, zamiast siedzieć pod palmą z drinkiem w łapce, zebraliśmy się w sobie by pokazać Wam tą koszulkę! Za co Wam serdecznie dziękuję! Bo gdyby nie Wy, nie byłoby tych zdjęć i tych wspomnień! 

Mam nadzieję, że chociaż zimno i chłód już coraz bliżej, poczułaś chociaż przez chwilę ciepło tego słońca i słoność tego morza.. bo one już za mniej niż rok wrócą! :) 

Póki co, słonecznej i spokojnej niedzieli Ci życzę! 
i niech słońce będzie z Tobą!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...