Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de rerum natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą de rerum natura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020

trzy kolory

Nie może być tak, by szewc bez butów chodził ;) 

W związku z tym, że przy okazji zmasowanej produkcji pod-choinkowych prezentów odkryłam gigantyczne zapasy włóczkowej drobnicy, w tym też i ulubionego noble od Holst Garn, w ilościach tak znikomych, że nie było mowy o jakimś sensownym projekcie (kuleczki nie przekraczały 5 g), sparowałam tę drobnicę z jasnym tłem (De Rerum Natura w Cyrano, też jakieś resztkowe ilości), i podwójnie trzymając noble, wpletłam nieco koloru w najzwyklejszą na świecie czapkę, tym samym rozpanoszącym się, nie tylko w mojej głowie, wynalazkiem. Pamiętam, że jeden z kolorów nie wymagał strzyżenia po zakończeniu motywu, to znaczy że jechałam na oparach ryzykując prucie wszystkiego, ale się udało! I w dodatku mogę się cieszyć trzema najlulubieńszymi kolorami z palety kolorów tej włóczki w jednej czapce! 

Motyw właściwie miał leżeć niesymetrycznie na mojej głowie, ale prawda jest taka, jak zresztą zdjęcia Wam zademonstrują, że dopóki nie wyląduje gdzieś na mojej potylicy, wygląda zawsze dobrze. Najmniej mi pasuje na środku czoła, ale to, umówmy się, podczas zakładania tej czapki, mi kompletnie nie grozi, żeby ją tak idealnie wymierzyć i wyśrodkować ;) 

Na okoliczność tych zdjęć, które powstały jakoś w drugiej połowie grudnia, zabrałam ze sobą siatę potencjalnych dodatków. Shanel (klik), chociaż bardzo ten szalik wielbię, najrzadziej z moich akcesorii ubieram. Mroźna pogoda kompletnie omija nasz region, ale te braki nadrabia zimą w postaci opadów deszczu. Obawiam się zawsze, że tej grubości wełna, niczym gąbka, wchłonie nadmiar wilgoci z powietrza i zwyczajnie mnie do ziemi swoją wagą ściągnie.. ;) W czasie tej dość słonecznej pogody sprawdził się w roli dodatku doskonale.

Musicie wiedzieć, że najchętniej gromadzę te swoje zakończone wyroby do punktu, w którym mamy przynajmniej trzy, jeśli nie więcej, rzeczy do sfotografowania. Nie lubię sesji zdjęciowych i całego w związku z tym szumu wokół tego zadania. Aby siebie i Połówka nie przytłoczyć nadmiarem sesji zdjęciowych, staram się to zadanie nam dozować, w ilościach, które oboje przetrawiamy bezboleśnie i mamy czas by odpocząć przed kolejną sesją. Inną sprawą jest, że synchronizacja wszystkich czynników w jednym czasowym punkcie, jak dobre nastroje i siły witalne naszej dwójki, mój względnie dobry hair day ;), weekendowy, umiarkowanie słoneczny, wolny dzień, nie tylko od pracy, ale też i od innych planów wyjazdowych / spotkaniowych / zakupowych, to naprawdę wyzwanie. Weekend niestety nie trwa tydzień, a pogoda bardzo często współpracować nie chce i psuje nam wszystkie fotograficzne plany. Silą rzeczy, nawet jakbym chciała częściej te zdjęcia robić, życie nam te plany weryfikuje i i tak ostatecznie i prawie zawsze kończy się to siatą zakończonych projektów zanim ten dzień nastąpi. 







Cieszę się bardzo, że tym razem udało mi się też i Połówka do zdjęć namówić, doczekał się bowiem bardzo podobnej do mojej, okrojonej z dekoracji, czapki, więc specjalnie nie bojkotował pomysłu. Zabawę mieliśmy przednią, bo co prawda ukryliśmy się nieco przed ludźmi, ale co rusz i trochę wpadało na nas albo jakieś rozbiegane i szczęśliwe psisko, albo co gorsza, psisko w asyście swojego pana. Zdziwienie na jego twarzy, co ta dwójka w tym kącie wyczynia, śmiejąc się do telefonu (komórką wyzwalam i kontroluję zdjęcia) jednocześnie nagrywając na aparacie ustawionym na trójpodzie, była bezcenna :) 



Może to się stanie naszą fotograficzną tradycją, która nam sesje zdjęciowe umili, że się trochę powygłupiamy we dwójkę pozując, zobaczymy. Nie mniej, widok naszej dwójki, z siatami (dwiema) pełnymi wełnianych dobroci, z trójpodem, aparatem i plecakiem na wszystkie przydasie, wzbudza często zainteresowanie, którego wolę jednak unikać.. Peszy mnie to strasznie i jest po zdjęciach. ;) 

Tego dnia, w tej samej cudnie na mnie skrojonej kurtce, udało mi się jeszcze jeden mały gadżet uwiecznić. Muszę się Wam przyznać, że odkąd dziewarstwo wróciło do mnie, co miało miejsce jakoś 8 lat temu, małe projekty nie dawały mi żadnej frajdy. Ale teraz, po tym maratonie drobnicy dziewiarskiej, rękawiczkami, skarpetkami i szybkimi czapkami stojącej, bardzo mi jest trudno wrócić do swetrów. Mały projekt daje ogromną satysfakcję, szybki rezultat, no i powtarzany wielkrotnie, w różnych wersjach kolorystycznych, nie wymaga żadnego prawie nad nim myślenia, a frajdę zapewnia. 

Odpoczęłam od większych projektów, myślenia o każdym szczególe, gigantycznych czasowych zobowiązaniach, i zatęskniłam za dużą formą.. Czas na jakiś sweter! 

Ale najpierw KOSZULA Z KOŁNIERZEM powstanie, wyzwanie odzieżowe, na które ostrzę sobie pazurki już od końca grudnia. Wszystko jest przygotowane, żeby zacząć, tylko ten cholerny i wiecznie wątpiący duch na ramieniu mi wadzi... uda się? czy się nie uda??? 


Ściskam Was bardzo serdecznie i życzę pięknego i kolorami zmalowanego weekendu! 

A.

środa, 18 grudnia 2019

Fun jumper dla Połówka

Pamiętacie ten sweterek, którym się pochwaliłam jakoś w połowie 2018 roku? Fun jumper (klik)

Żeby nie powiedzieć, że równolegle, bo nawet ja nie potrafię dziergać dwóch swetrów na raz, ale jakoś w bardzo niewielkim odstępie czasowym, zabrałam się za jego męską wersję. No bo jak tu przejść obojętnie obok połówkowego: "zrobisz mi też takiego?".

Ma chłopak słabość do pasków (jak i ja!), ma też i słabość do takiego kształtowania ramion w połączeniu z paskami (zupełnie jak ja!), jedyne co mu się w moim sweterku nie za bardzo podobało to dekolt, tu musiałam nieco inaczej do tematu podejść. Tak naprawdę to powiem Wam, że męskie swetrowe podkroje dostarczają mi niemałego wyzwania.. mam poczucie, że ten mógłby być mniejszy, ale jest jak jest.. niezliczoną ilość razy w nim rzeźbiłam, i ciągle coś zmieniałam, spłycałam, żeby za chwilę pogłębić, dodawałam po szerokości, żeby za chwilę odejmować... Jak wiadomo, w dzianinie dzierganej nie mam opcji ujęcia w szwach (zwłaszcza, że ten sweter żadnych szwów ne posiada!) więc mogłam jedynie zaczynać od nowa.. i poprawiać zaczynając znów od nowa. Mimo wszystko, efekt końcowy został zaakceptowany i jest bardzo eksploatowany, a z początkiem września zaczął swój drugi rok eksploatacji! 

Tak, to nie jest sweter, który zszedł mi niedawno z drutów.. o! nie.. chociaż dziubany był na drutach niewiele większych niż wykałaczki (szczerze, nie pamiętam, nie zapisałam, ale wydaje mi się, że powstawał przy użyciu drutów 3.25 mm - do 3.5 mm) i poszło na niego sporo włóczki, jest leciutki jak piórko, pomimo swojego zacnego rozmiaru, i doskonale sprawdza się w roli biurowego swetra. Połówek doczekał się już kilku swetrów ręcznie dzierganych, ale tylko ten chętnie zakłada na co dzień, pozostałe nadają się raczej na wielogodzinne spacery zimowe i mroźne zwiedzanie. 

Ten model powstał z moich już niewielkich zapasów noble od holst garn, do których dokupiłam jeden kolor kontrastowy (bordowy, który tutaj wygląda jak czerwony) i podstawowy (czarny). 

Żółty pasek w tym swetrze to ciemny, brudno zielony odcień, który w towarzystwie pozostałych kolorów zasadniczo się zmienił, rozjaśniał. Przyznaję, że sam fakt jak kolory, wspólnie ze sobą zestawione, zagrały w tym swetrze, przy okazji zupełnie zmieniając swoje odcienie, bardzo motywował mnie do kontynuowania tego "niemożliwie dłużącego się projektu.." 

Wzoru nie planuję, głównie dlatego, że chyba nikt poza mną nie szarpnie się na dzierganie męskiego swetra z takiej cienizny, jakkolwiek by nie była genialna w użytkowaniu (bo jest!). Ale niewykluczone, że kiedyś popełnię kolejny męski, kontrukcyjnie podobny projekt, bo to jest typ dzianiny, który oboje z Połówkiem lubimy. Chociaż nad główką rękawa (rękaw dziergany był od góry wraz z resztą swetra, bezszwowo) tego typu to ja się tyle czasu już pochylam, że mogłabym się z niej doktoryzować....... Tak wiem, nie jest to sprawa nowa, ale ponieważ dosłownie rozkminiam ją na bieżąco i kombinuję zawsze na nowo bez wsparcia w postaci podręczników, ale na moje oko i zdrowy rozsądek, to czuję jakbym sama na nią wpadła :) Chociaż wiem, że jest inaczej. Niemniej, lubię to rozwiązanie, i lubię BARDZO w nim rzeźbić! 

Oprócz pasków nic się w tym swetrze specjalnego nie dzieje.. no może poza tym, że mi się udało równiuteńko zsynchronizować paski i zakończyć zarówno sweter jak i rękawy w tym samym momencie kolorystycznym (chyba jednak rękawy dziergałam dłuższe niż body?! ale nie wiem tego na pewno.. bo nie pamiętam). Rzędów na wszelki wypadek nie liczę.. zwyczajnie mnie cieszy, że ten sweter widzę na ludziu! I to mi wystarczy! 

Ale dosyć gadania, poznajcie Fun jumper w męskim wydaniu!










Przyznaję, że noszę się z zamiarem powtórzenia tego kolorystycznego zestawu kiedyś jeszcze, ale tym razem dla siebie.. jak i jeśli dojdę do tego jakich kolorów użyłam?! (nie wiem, nie zapisałam, zgubiłam banderolki, zwariuję z tym moim natchnionym i spontanicznym dzierganiem tu i teraz bez myślenia o przyszłości!) 

Czapka, którą przy okazji możecie podglądnąć, to dziewiczo czysta wersja mojej czapy, o której Wam opowiem następnym razem. Nie ma w niej nic specjalnego oprócz najprostszej w życiu konstrukcji i ulubionej włóczki, dzierganej dżersejem... Lubię takie proste formy, i jak się okazuje nie tylko ja! 

Jak ja naprawdę lubię dziergać dla tego Faceta! (#veryknitworthy!)



Ściskam Was bardzo serdecznie i mam nadzieję, do rychłego napisania! 

A. 

czwartek, 21 listopada 2019

Amalosia

Zachęcona Waszym ciepłym przyjęciem mojego ostatniego opublikowanego projektu (klik i klik) sięgnęłam po swojego ulubieńca wśród włóczek i dałam się ponieść fantazji.. Inspiracja przyszła dość nieoczekiwanie, kiedy przeglądając jodełkowy wzór występujący w naturze natknęłam się na urocze znalezisko. Moim oczom ukazała się śliczna miniatura smoka, drobniutka jaszczurka z zachwycającym, kolorami zmalowanym, trójwymiarowym zygzakiem na jej drobniutkim grzbiecie. Jak się pewnie domyślacie, jaszczurka ta nosi imię AMALOSIA. 

Wzór na amalosiowym grzbiecie to coś więcej niż zwyczajny zygzak. Każda fotografia tego stworzonka, na którą się natknęłam, dawała złudzenie wzoru trójwymiarowego, i to tylko dzięki zróżnicowanemu nasyceniu jej naturalnego ubarwienia. 

Wyobrażam sobie, że zygzak na jaszczurkowym grzbiecie ma za zadanie ją chronić, ułatwić jej maskowanie się w jej naturalnym środowisku przed czujnym okiem czyhającego nań oka drapieżnika. 

Na samą myśl o zimie i zamieci śnieżnej, które niewątliwie już niebawem się pojawią, dreszcz po moim grzbiecie wędruje.. Nie, nie jestem zimno-lubna i chyba między innymi dlatego tak bardzo ukochałam sobie włókna, które przede wszystkim mają zapewnić mi ciepło. Bez wątpliwości żadnych siegnęłam po włóczkę Ulysse od De Rerum Natura w bladoróżowym, ciepłym odcieniu o nazwie Quartz. 

Cel był jeden.. zygzak z kolcami z niebiańsko mięciutkiej i cieplutkiej wełny, w którym się zatopię gdy nadejdzie zimno... 

I oto jest - moja AMALOSIA:

















Amalosia składa się z dwój sekcji, stopniowo wzrastającej wzdłuż górnej krawędzi sekcji z warkoczami, układającymi się we wzór jodełkowy, które w centralnej części zakończone są bąbelkiem, wykonanym I-cordem, oraz sekcji wykonanej garterem. Logiczny wzór warkoczy, jak testerki w czasie testu zauważyły i zaraportowały, bardzo szybko zapada w pamięć i staje się intuicyjny i przyjemny w dzierganiu. Tak, wiem, sporo jest tego krzyżowania oczek, dlatego też zadbałam o chwilę dziewiarskiego odpoczynku i sporą część trójkąta wykonałam garterem... 

Bąbelki wykonane są w jednym rzędzie, nie trzeba robótki obracać a jedynie kilkakrotnie wykonać przekładanie oczek z druta na drut... Trochę to jest żmudne, ale za to jaki daje końcowy efekt! 

Mam nadzieję, że Wam się spodobamy! 

Wzór na Amalosię od dziś jest dostępny w moim sklepie na ravelry (tylko w języku angielskim!) - KLIK, zawiera zarówno schematy jak i opis słowny dla każdego schematu. A do niedzieli (do 24. 11. 2019) dostępny jest w promocyjnej, lekko obniżonej cenie (-10%) - promocyjna cena aktywowana jest przy użyciu kodu: 

chevronlove

Ogromne podziękowania należą się moim WSPANIAŁYM testerkom, których przepiękne Amalosie mam nadzieję już wkrótce dołączą do galerii projektów! OGROMNE DZIĘKI, Dziewczyny :* :* :* 

Mam nadzieję, że AMALOSIA dostarczy Ci wiele radości podczas dziergania i mocno ogrzeje, gdy się w tę wełnianą kołderkę otulisz! 

Trzymajcie się ciepło i do napisania niebawem! 

A.

środa, 30 października 2019

KOKO cowl i kurtka, która kurtką nie została!

 O rajusiu! Ile to już czasu minęło odkąd pokazałam Wam coś dzierganego dla Połówka?! Chyba wieki! Prawda jest taka, że ten model tak ma, że jak swetry dziergane, to jeden lub dwa w rotacji ciągłej wystarczają (ma już 5!), czapkę staram się w zimowym sezonie chociaż jedną przemycić... zacny obwód Połówkowej głowy pozwala nieco ręce zająć, więc nie narzekam, jak jakąś zgubi, ale jak na złość, pilnuje każdej.. w związku z tym, że staram się włóczki trwałe na nakrycia głowy wybierać, to "znoszenie" ich nam nie grozi.. i nie mam, naprawdę, nie mam co temu chłopakowi wydziergać! 

Jak tylko zobaczyłam projekt Olgi Buraya - Kefelian zwany KOKO (klik), który jest ogromnym szalem dzierganym z 3 kolorów o cudownie intrygującej strukturze, zamarzyłam o takim dla siebie..W czasie publikacji tego projektu ręce i głowę miałam jednak zacnie innymi sprawami zajęte, a i włóczki też nie miałam pod ręką w ilościach wystarczających, a jakoś kolejnych domawiać nie chciałam, w związku z tym odłożyłam ten projekt na nieco później. 

Niczym Anioł z niebios spadł na mnie w tym mięsiącu opublikowany projekt - brat powyższego, KOKO cowl (klik), który jest projektem ekspresowym, niczym nieco większa próbka, i genialnym materiałem do poćwiczenia tego splotu. Nie zdąży się znudzić i człowieka zmęczyć, a gotowy projekt, niemalże sam dziergający się, zjeżdza niespodziewanie z drutów. Złożyło się jakoś tak, że w pudle przepastnym włóczek ulubionych, miałam 3 motki, spośród których dwa były nieco już napoczęte, a jeden kompletny, i bardzo nie chciałam ich tam dłużej trzymać. I chociaż bardziej neonowego zestawu nie mogłam sobie wymyślić, tak mi się ta trójca, obok siebie leżąca, spodobała, że w momencie zaczęłam dziergać. Spragniona kolorów musiałam być, ale zważywszy na to, że sporo czasu łazimy po ciemnych lasach, takie neony pozwalają nam się wzajemnie z oczu nie stracić ;) 

Omotaniec powstał w ciągu kilku godzin, wydziergany został z Ulysse od De Rerum Natura, czyli mogę  być spokojna, bo szybko się nie zniszczy, a przy tym przyjemnie otuli, nie pogryzie i pranie w pralce zniesie. Projekt Olgi dostępny jest w dwóch rozmiarach, ja wykonałam swój w mniejszym (kolory i zużycie dość skrupulatnie spisałam tu: klik), ale zamiast sugerowanego sznurka i-cordowego dodałam w górnej listwie gumkę z cybancikiem, które przy okazji jakiegoś, dawno już nieaktualnego, planu szyciowego przywiozłam ze sobą do domu. Kolor gumki nieco jest od czapy, ale zaskakująco dobrze się maskuje w połączeniu z kurtką Połówka, co jest absolutnym i niezamierzonym przypadkiem! Zwłaszcza, że, przypominam, cowl miał być MÓJ! Ale jak go skończyłam, a zbiegło się to jakoś w czasie z powrotem Połówka po pracy do domu, porwał go, założył z okrzykiem "ale zaje.." i tyle by było z tego mojego omotańca.. 

Ale zobaczcie jak mu w nim dobrze!


Lubię bardzo jak mi się tak przypadki ze sobą ślicznie zgrają :D 

W temacie szycia na chwilę jeszcze pozostając, bluza, którą Połówek na sobie ma, MOJA jest! W sensie, tymi RĘCAMI odszyta! dumna jestem z niej niesłychanie, bo był to jeden z tych projektów, co to się "nie miał prawa udać!". Jeśli dobrze pamiętam, ten materiał Połówek wybierał z myślą o spodniach, ale jak to często u mnie bywa, plan się zmienił jak tylko Połówek wybrał sobie (sam z siebie) kilka szyciowych projektów, które chciałby mieć. Między innymi tę kurtkę: (klik). Zanim się podjęłam wykonania kurtki z jakiegoś wypasionego materiału, postanowiłam wykrój nieco przerobić i sprawdzić jak to tam z rozmiarami i Połówkiem będzie. I tak powstała ta bluza! Z przodu zlikwidowałam zarówno kieszenie jak i suwak, ale pozostawiłam boczne szwy, które, moim zdaniem, dodają tej bluzie nieco uroku. 

  
Rękawy z pietyzmem wykonałam według projektu i jestem nimi zachwycona! Od siebie dodałam  widoczny na zewnątrz, dekoracyjny zygzak, który pełni podwójną funkcję, bo dodatkowo od środka zabezpiecza krawędzie ciętej dzianiny. Zygzak jest potrójny, więc świetnie pracuje wraz z dzianiną i w żaden sposób nie ogranicza jej elastyczności. 




Bardzo nam się obojgu ten efekt, subtelnie podkreślonych kontrastującą nitką szwów, podoba! A ja jestem tym bardziej dumna, bo w czasie szycia udało mi się dzianiny nie pomarszczyć i trzymać widoczne szwy w liniach prostych!  A to jest sukces ogromny! (przynajmniej dla mnie!) :)

Wracając na chwilę do projektu od czapy.. 


:D


Trzymajcie się ciepło i kreatywnie :) :*

Pozdrawiamy :*

Team Połówek ;)

czwartek, 28 marca 2019

piórkowy kocyk

Odkąd chwyciłam za druty chodził mi po głowie pomysł wykonania domowego pledu. 

Problem polega na tym, że chociaż bardzo lubię pracować nad czasowo wymagającymi projektami, nigdy wcześniej nie miałam odwagi zmierzyć się z kocem. 

Po pierwsze, bo przecież dzierganie koca to bardzo żmudne zadanie... tyle jest ciekawych dzianin do wykonania, więc jak tu wcisnąć w kolejkę niekończące się rzędy przyszłego pledu? na dodatek, jako wierna monogamistka drutowa, nie lubię dziergać kilku rzeczy jednocześnie. Kompletnie zabija to we mnie motywację by skończyć te leżące odłogiem i łypiące na mnie z daleka nieszczęsliwymi, bo porzuconymi oczkami, WIPy. Właściwie takich robótek rozgrzebanych nie posiadam, jak już dziergać, to jedną rzecz do samego końca lub.. pruć!

Po drugie, przy tej niebotycznie wielkiej ilości wzorów na pledy musiałabym poświęcić prawie tyle samo czasu na wyszukanie tego, który mi się podoba.. nieeee... To już lepiej dziergać! 

Po trzecie.. ale wełniany pled? jak go tu później prać? Blokować za każdym razem? Ciężki pewnie też będzie.. no i oczywiście, jak już mam piękną wełnę w ilości swetrowej, to nie lepiej jest jednak sweter machnąć? 


Nadszedł jednak dzień, w którym uświadomiłam sobie, że potrzebuję uwolnić kilka półek na włóczki, bo za chwilę zwiozę następne, i gdzie ja je wszystkie poupycham? Nowej szafy naprawdę nie potrzebuję, a wizja posiadania miękuchnego, wykonanego włóczkożernym splotem, pledzika, pod którym się zaplątam wieczorami na kanapie, niezwykle była kusząca.. Chociaż objawienia dostałam tuż po, nazwijmy rzeczy po imieniu, fali upałów w lutym (jakieś 20 stopni na plusie i ludzie biegający w podkoszulkach sprawiły, że już wyjęłam sandały!). Z doświadczenia wiem, że jak wena uderzy, to nie należy z nią dyskutować, bo gotowa jest się obrazić i zwiać do innej dziewiarki... taka kapryśna z niej bestia.

Wygrzebałam z czeluści włóczkowego magazynu ulubieńca wśród włóczek, w kolorach, które od przeszło roku próbowałam zaaranżować w swetrach, i nagle do mnie dotarło, że moje wnętrza i ja sama bardzo się chętnie w tych odcieniach zaplątam, chociaż nie koniecznie w formie swetra.. 


A ponieważ stresy związane z wyprawą do Edynburga kompletnie przejęły nade mną kontrolę, bezmyślne dzierganie wydało się być wyjatkowo atrakcyjne! 

Chwyciłam więc za druty.. Połówek wiedząc jakie mam plany robótkowe, kpił nieco, że sobie pledzik na czerwcowe upały wydziergam... Niezrażona jego brakiem wiary w moje tempo, narzuciłam i poleciałam.. Dosłownie! Oczywiście, myślałam, że zajmie mi to nieco więcej czasu, zanim się z tą robótką gigantem uporam, nawet nieco zdesperowana zabrałam swój projekcik na spotkanie dziewiarskie, co koleżanki dziewiarki przyjęły z niemałym rozbawieniem (byłam już na etapie dzianiny mocno kolana przykrywającej!), ale jak się okazuje briocha dziergana luźną próbką przyrasta dość szybko. 

Myślę, że pledzik wydziergał się, w sumie, w nieco ponad tydzień.. ale powiedzmy sobie szczerze, więcej w ciagu każdego dnia było dziergania niż czegokolwiek innego! 

Oto moje pledziątko! 
135 cm x 180 cm ważące jedynie 550 g :D







Blokowanie tego projektu to było nielada wyzwanie. Podjęłam próby blokowania go na karniszu (to był akt desperacji!), nie polecam jednak! Ostatecznie wykorzystałam nasz turystyczny materac dmuchany i wokół niego omotałam pled, rozciagnęłam ile mogłam, przy pomocy drutów do blokowania dzianiny uformowałam boczne krawędzie i związałam, niczym gorset. Jak widzicie, nie żałowałam energii i dość mocno go rozciągnęłam po brioszkowej szerokości. Kolorystycznie może nieco na tym stracił, ale bardziej zależało mi na lekkości i przewiewności dzianiny niż zachowaniu kolorem podkreślonych, kwadratowych (chociaż po blokowaniu bardziej prostokątnych...) bloków.  

Lubimy się bardzo.. i z radością go na siebie narzucam.. 

I niech te upały jeszcze się nieco wstrzymają, żebym mogła się nim nacieszyć :D 

A Ty wykonałaś już pled / koc / narzutę na drutach? 

Pozdrawiam Was serdecznie!

I do następnego razu :* 

piątek, 8 lutego 2019

Nellix

Bardzo trudno jest mi się pozbierać tej.. właściwie nawet nie wiem jak tę porę roku nazwać, bo ani to zima, ani wiosna, ani listopad.. Ale zbieram się w sobie pomalutku....

A dzisiaj chciałabym Wam przedstawić jednego z moich ulubieńców zimowego sezonu. Przetestowany jeszcze w listopadzie, dziś dołączył do grona wzorów opublikowanych. 

Bardzo się lubimy i często można nas razem zobaczyć :) 


Wzór jest dostępny tylko w języku angielskim!

Oto my, Nellix i ja!







Wybaczcie, że tak krótko, ale słowa jakoś ostatnio więzną mi w gardle.. Trudno jest pisać, gdy wena rzuca kłody pod nogi, oj, bardzo trudno! 

Ale mam nadzieję, że wraz ze zbliżajacym się do nas orkanem smutki moje zostaną rozwianę i znów w mojej głowie zagości ekscytacja i radość tworzenia..  oby oby!
Pozdrawiam Was serdecznie!

Do następnego razu! :* 

czwartek, 20 grudnia 2018

Flicorianowy BIG BROTHER

Dziś jest jeden chyba z najbardziej burych i smutnych dni w tym kalendarzowym roku, Połówek bowiem zapakował się jakimś dzikim świtem i wróci pewnie jeszcze ciemniejszą nocą. To jeden z tych dni, kiedy wena do dziergania się gdzieś ulotniła i zwyczajnie nie chce wrócić. To jeden z tych dni, kiedy nie cieszy nawet pierogów lepienie. Właściwie nic nie cieszy. 

Ale tak naprawdę właśnie w czasie jednego z takich byle jakich dni najlepiej mi się pracuje! Żadnych dystraktorów, żadnych czasu - pożeraczy, uwagi - odwracaczy.. W związku z tym zajęłam się NARESZCIE spisaniem tego projektu, który już niebawem pójdzie w łapki moich kochanych TESTEREK. Zasadniczo powinien się tam znaleźć już miesiąc temu, ale powiedzmy sobie szczerze, że nawet mój, z natury genialny umysł (tak, skromna też bywam ;) ) nie współgra z wiecznym stanem podgorączkowym i katarem. Miesiąc minął a ja wciąż jestem niepewna czy czasem aby znów zaraz mnie coś nie położy.. i nie mam tu na myśli Połówka ;) 

Zdrowie, fajnie jak jesteś, ale jak Cię nie ma, to dramat.. wróć i zostań na dłużej!

Zrobiłam sobie w związku z tym, wiecznie trwającym stanem przeziębienia, przerwę na ozdrowienie i właśnie dziś, kiedy pieczarki w zespół z kapustą oczekują uwagi, suszone grzyby wciąż suszone i bez nadziei, że ich stan ulegnie zmianie, wytężam swój umysł z pomocą excela i liczę te oczki. 

Na Big Brothera Flicorianowego, o tego!




 
 





Jak sam flicorian, może być też i w fikołkowej wersji noszony, z czego namiętnie korzystam.



Włóczka jest od De Rerum Natura (a to nowość dla mnie, prawda? ;) ), Gilliatt, w jedynym i słusznym kolorze fusain, odcieniu czerni nakrapianej białymi punktami. Wykańczam już jej zapasy i chyba w końcu podziergam z czegoś innego! jak wena wróci ;) jeśli.. bo wróci???

Pomysł na czarną wersję tego swetra powstał pod wpływem pewnej między - projektanckiej wymiany poglądów z Katrin Schneider, kiedy to podczas tegorocznego Wollfestivalu w Dusseldorfie miałyśmy okazję się spotkać. Katrin bowiem zadumała się nad czerwonym Flicorianem by nagle stwierdzić - "a gdyby tak go w czerni zrobić?"..  a gdyby? mnie nie trzeba dwa razy namawiać.. ;)

Cieplutki, z o niebo grubszej włóczki niż jego czerwony poprzednik, wzbogacony o mięsisty kołnierz i nieco bardziej klasyczne rzeźbienie w dole swetra, stał się szybko moim ulubieńcem. 

Test tego kardiganu rozpocznie się już na początku Nowego Roku, a wzór pewnie pojawi się juz w lutym. Chociaż wolałabym, żeby był już.. już zaraz.. Ale cierpliwie doczekam się i tego. :) 

Mam też nadzieję, że tchniecie we mnie nieco dobrej energii, bo plany mam na nowy rok zacne, ale wymagają nieco odwagi, której u mnie jest raczej wieczny niedobór. Podobno jak się powie coś publicznie, to się trudno z tego wycofać - więc mówię - potrzebuję Waszego dobrego słowa i wsparcia! coby wena zagubiona wróciła i odwagi, by sięgać po te swoje marzenia .. 

A z zupełnie już innej beczki.. albo choineczki ;)

Spokoju Kochani w ten świąteczny czas, niech się dzieje dobrze, smacznie, ale przede wszystkim w zdrowiu, z bliskimi i w serdecznej atmosferze. A jeśli to nie do końca jest możliwe, to pamiętaj, że Ty jesteś dla siebie najważniejsza(y), więc zadbaj o siebie w ten świąteczny czas i bądź dla siebie dobra(y)! :* to najlepsza inwestycja!

I do usłyszenia już w Nowym 2019 Roku! 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...