Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gilliatt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gilliatt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 grudnia 2018

Flicorianowy BIG BROTHER

Dziś jest jeden chyba z najbardziej burych i smutnych dni w tym kalendarzowym roku, Połówek bowiem zapakował się jakimś dzikim świtem i wróci pewnie jeszcze ciemniejszą nocą. To jeden z tych dni, kiedy wena do dziergania się gdzieś ulotniła i zwyczajnie nie chce wrócić. To jeden z tych dni, kiedy nie cieszy nawet pierogów lepienie. Właściwie nic nie cieszy. 

Ale tak naprawdę właśnie w czasie jednego z takich byle jakich dni najlepiej mi się pracuje! Żadnych dystraktorów, żadnych czasu - pożeraczy, uwagi - odwracaczy.. W związku z tym zajęłam się NARESZCIE spisaniem tego projektu, który już niebawem pójdzie w łapki moich kochanych TESTEREK. Zasadniczo powinien się tam znaleźć już miesiąc temu, ale powiedzmy sobie szczerze, że nawet mój, z natury genialny umysł (tak, skromna też bywam ;) ) nie współgra z wiecznym stanem podgorączkowym i katarem. Miesiąc minął a ja wciąż jestem niepewna czy czasem aby znów zaraz mnie coś nie położy.. i nie mam tu na myśli Połówka ;) 

Zdrowie, fajnie jak jesteś, ale jak Cię nie ma, to dramat.. wróć i zostań na dłużej!

Zrobiłam sobie w związku z tym, wiecznie trwającym stanem przeziębienia, przerwę na ozdrowienie i właśnie dziś, kiedy pieczarki w zespół z kapustą oczekują uwagi, suszone grzyby wciąż suszone i bez nadziei, że ich stan ulegnie zmianie, wytężam swój umysł z pomocą excela i liczę te oczki. 

Na Big Brothera Flicorianowego, o tego!




 
 





Jak sam flicorian, może być też i w fikołkowej wersji noszony, z czego namiętnie korzystam.



Włóczka jest od De Rerum Natura (a to nowość dla mnie, prawda? ;) ), Gilliatt, w jedynym i słusznym kolorze fusain, odcieniu czerni nakrapianej białymi punktami. Wykańczam już jej zapasy i chyba w końcu podziergam z czegoś innego! jak wena wróci ;) jeśli.. bo wróci???

Pomysł na czarną wersję tego swetra powstał pod wpływem pewnej między - projektanckiej wymiany poglądów z Katrin Schneider, kiedy to podczas tegorocznego Wollfestivalu w Dusseldorfie miałyśmy okazję się spotkać. Katrin bowiem zadumała się nad czerwonym Flicorianem by nagle stwierdzić - "a gdyby tak go w czerni zrobić?"..  a gdyby? mnie nie trzeba dwa razy namawiać.. ;)

Cieplutki, z o niebo grubszej włóczki niż jego czerwony poprzednik, wzbogacony o mięsisty kołnierz i nieco bardziej klasyczne rzeźbienie w dole swetra, stał się szybko moim ulubieńcem. 

Test tego kardiganu rozpocznie się już na początku Nowego Roku, a wzór pewnie pojawi się juz w lutym. Chociaż wolałabym, żeby był już.. już zaraz.. Ale cierpliwie doczekam się i tego. :) 

Mam też nadzieję, że tchniecie we mnie nieco dobrej energii, bo plany mam na nowy rok zacne, ale wymagają nieco odwagi, której u mnie jest raczej wieczny niedobór. Podobno jak się powie coś publicznie, to się trudno z tego wycofać - więc mówię - potrzebuję Waszego dobrego słowa i wsparcia! coby wena zagubiona wróciła i odwagi, by sięgać po te swoje marzenia .. 

A z zupełnie już innej beczki.. albo choineczki ;)

Spokoju Kochani w ten świąteczny czas, niech się dzieje dobrze, smacznie, ale przede wszystkim w zdrowiu, z bliskimi i w serdecznej atmosferze. A jeśli to nie do końca jest możliwe, to pamiętaj, że Ty jesteś dla siebie najważniejsza(y), więc zadbaj o siebie w ten świąteczny czas i bądź dla siebie dobra(y)! :* to najlepsza inwestycja!

I do usłyszenia już w Nowym 2019 Roku! 


sobota, 25 listopada 2017

Ramble

Brioszka.. któż jej nie wielbi.. misternie zapleciona, puchata, smakowita.. i najlepsza z kruszonką! 

A nie.. przepraszam, nie o tej brioszce chciałam dzisiaj Wam ze dwa słowa i pół opowiedzieć ;) Chociaż ta brioszka, o której dziś mam zamiar poopowiadać, jest równie puchata i popleciona, i z pewnością smakowita ;) 

Ścieg patentowy, splot marzenie, niby włóczkożerny (minus), ale swoją mięsistością i grafiką, jeśli wykonany dwoma kolorami, wynagradza trudy i znoje podczas dziergania po wielokroć. Nie ma innego równie magicznego splotu, no nie ma! i nic dziwnego, że zwyczajnie świętuje swoje pięć minut! 

Jako dziewiarka lubiąca wyzwania, sięgnęłam po projekt pozornie prosty, ale jakże efektowny. Niby tylko brioszka, niby w dwóch kolorach, a tak pięknie zmalowana zakrętami.. Mało tego, sam szal, chociaż to zwyczajny kopnięty trójkąt, już mnie swoim kształtem zachwycił. Nosi się to fantastycznie, zawinięty byle jak, albo lekko narzucony, zdobi, grzeje, i zwyczajnie robi za mnie całą robotę. Uwielbiam takie zawijasy, które nie wymagają ode mnie żadnej dodatkowej pracy podczas zakładania, a zdobią niemożliwie za każdym razem. 

Ramble według projektu Andrei Mowry (klik), bo o nim dziś mowa, to moim zdaniem szal dla wszystkich Was, które już chociaż trochę liznęły brioszkę. Wzór w całości prowadzi nas za rączkę, nie pozostawiając wątpliwości, ale uwagi zdecydowanie wymaga. Jedna pomyłka i prucie jest niezwykle bolesne - prułaś kiedyś brioszkę? nie?? lepiej nie próbuj.. to naprawdę boli ;) 

Do swojego szala wybrałam włóczkę z zapasów na zimę, Gilliatt od De Rerum Natura. W odróżnieniu od oryginału, mój szal w części garterowej powstał w innych proporcjach, bo 3 do jednego, zamiast sugerowanego jeden na jeden. Poza tym zmian brak. 

Wiecie.. doskonałych projektów się nie ulepsza;) 

Serdecznie zapraszam Was na nasze zdjęcia. 

Jak zwykle, Połówek pstrykał, a ja ciągle nie wiem jak on to robi, że sama się sobie na tych zdjęciach podobam.. ;) Trudno mi zazwyczaj na siebie na zdjęciach patrzeć, ale te Jego rękami i Jego okiem uchwycone zwyczajnie lubię.. i lubię to jak On mnie widzi.. 

Z przyjemnością zapraszam Was na dzisiejszy spacer, przez błoto i grząski grunt, nad staw magiczny, bo jesiennymi liśćmi skąpany.. magiczne wodne oczko.. 












I tak, wiem doskonale, że brązy to nie są moje kolory! Musze sobie wydziergać jeszcze jeden taki, a ten zamierzam sprezentować komuś, komu te odcienie jednak bardziej posłużą.. ja już wiem jaki następny zrobię ;)

A Ty? wybrałaś już kolory na swój? a może masz jednego w swojej szafie??

Pozdrawiamy Was z Połówkiem serdecznie i życzymy Wam słonecznego weekendu.. :*


poniedziałek, 13 listopada 2017

blaski i cienie testowania...

Trudno jest podążać za czyimś słowem pisanym, jeszcze trudniej za swoim własnym.. ;) Nie zrażam się jednak i próbuję tak całkiem siebie samej nie lekceważyć.. Nie jest to jednak łatwe zadanie, a jak dołożyć do tego rozkojarzenie oraz myśli przedziwnych skumulowanie, to już w ogóle mamy przepis na katastrofę.. i tak właśnie projekt pestka zamienił się w niekończącą się porażkę.. Myślałam, że dziś pokażę Wam gotowy projekt, ale ledwie wyszłam poza trójkąt bermudzki (mam nadzieję..) i nie wiem ile razy już po sobie prułam, nie wiem też dlaczego, zapominam się, źle dziergam, źle do 10 oczek liczę, a dzielenie na równe połowy stało się zadaniem niemożliwym do wykonania.. Sama sobie jednak jestem winna, skoro zamiast myśleć głową... no tak, pozwólcie że nie dokończę i tym razem ;)


Zabierając się za opracowanie swetra, zwanego Whisky On The Rocks (klik), natrafiłam na masę trudności. Nie dlatego, że jest to jakoś szczególnie trudny projekt, ale głównie dlatego, ze już dawno zapomniałam co ja tam sobie właściwie wymyśliłam (po przeszło roku każdy by się pewnie zastanawiał.. ;) tak się pocieszam), a ponieważ notatek nigdy nie robię podczas dziergania, a jeśli już to bardzo skąpe, musiałam brak ściągi jakoś obejść. Najprostsze zadanie - samą siebie skopiować. ;) 


Ale żeby nie było nudno dołożyłam sobie do standardowego kopiowania konstrukcję wyzwanie i mieszam dwoma kolorami. Trudność w samym procesie dziergania nie dotyczy konstrukcji samej, bo ta jest stosunkowo łatwa i powtarzalna, ale liczenia, a dokładniej dzielenia na pół. Potem pozostaje już żmudne dzierganie prostym wzorem.. Popełniłam zatem półtorej rękawa prawie, zanim odkryłam, że mój środek trochę się w lewo przesunął.. I chociaż wiem, że awangarda asymetrią stoi, nijak nie mogłam sobie wyobrazić, że wzór mi się na lewej piersi, faworyzując tę właśnie nad drugą, zamiast pomiędzy obiema, sprawiedliwie i w samym środeczku, ulokował.. Podeszłam do sprawy metodycznie, najpierw szukając rozwiązania w niedoskonałości, potem w retuszu, ostatecznie zdecydowałam się unicestwić i zacząć od nowa.. 


I chyba na chwilę obecną jestem w domu.. chociaż trudno powiedzieć, bo już sobie przestałam w tej materii ufać ;)


Z rudym współpraca idzie świetnie.. niczym gwiazdor wpycha się przed obiektyw i swoją szanowną rudość prezentuje.. ale niech Was słodycz jego spojrzenia nie zwiedzie.. Małpiszon takie miny strzela tylko po to, by moją czujność osłabić, i jak tylko go z oka spuszczę, chwyta co popadnie, demontując mi studyjne dekoracje i porywa je uciekając w pełnym napięciu, niemalże szurając brzuchem po podłodze, tam, gdzie wydaje mu się, że go nie dopadnę.. czyli na swoją leżankę ;) 


Dobrze, że jest, i że jego rudość podnosi jakość naszego życia z każdym jego wybrykiem, miałkiem, fochem, i kradzieżą ;) 

Testowanie wzorów samo w sobie, do łatwych zadań, jak widać, nie należy. Nie tylko z tego powodu, że jest to zadanie obarczone ryzykiem, ale głownie dlatego, że wplata się w naszą codzienność i jak każde długoterminowe zadanie do wykonania, może się nie udać zgodnie z planem. Dlaczego o tym piszę dzisiaj? Ponieważ właśnie rozpoczęłam nabór do testu Whisky.. i mam kilka w związku z tym faktem uwag. 

Kiedy zaczynałam swoją przygodę jako autor opisów dziewiarskich, błądziłam i działałam często po omacku, nie wiedząc tak naprawdę, jakie są moje oczekiwania w stosunku do testujących. W miarę upływu czasu i przeróżnych przygód po drodze, skrystalizowały mi się całkiem konkretne wymagania, dzięki którym test zazwyczaj przebiega bez większych przeszkód. 

Wydaje mi się, że sporo z Was nie zdając sobie sprawy z tego, że takie wymagania istnieją, podejmują się zadania, często przerastającego Wasze możliwości. Nie mnie jest oceniać, czy podołasz, to Ty i nikt inny powinnaś potrafić to ocenić, rzetelnie i z rozmysłem, dzięki czemu unikniemy sytuacji obopólnego rozczarowania później. 

Ale czego te wymagania dotyczą? 

Znajomość języka angielskiego. 

Testy przeprowadzam zawsze w języku angielskim (lepszej lub gorszej jego formie, ponieważ ja również błędy na tym etapie popełniam) w związku z tym wymagam tego, by dla testujących ten język nie stanowił problemu. Nie może to być sytuacja, w której założysz "że jakoś to będzie" i kilka razy dziennie wyślesz mi zapytanie o treść wzoru, bo go dokładnie nie zrozumiesz, lub co gorsza, poradzisz sobie i wykombinujesz samodzielnie rozwiązanie. Ta sytuacja nijak się ma z testowaniem i zwyczajnie nie powinna mieć miejsca. Gdyby każda z Was zasypywała mnie pytaniami o konkretne frazy - a bywa, że grupa testujących to ponad 20 osób, nie mogłabym odejść od komputera. 

Czas na realizację testu. 

Jest zwyczajnie święty! Doświadczenie moje pokazuje, że im dłuższy czas na jego wykonanie tym trudniej przewidzieć jego rezultaty. Sporo z Was dzierga na "ostatni dzwonek", jeszcze kilka nie wyrabia się w terminie, ponieważ życie, jak to życie, bywa zaskakujące. Często zmuszona jestem zatem stać nad testującymi niczym z batem i popędzać. Nie lubię tego robić. Dlatego jeśli raz trafię na testerkę, która rozumie znaczenie słowa "deadline", nigdy jej nie pozostawię. Dla wielu z Was testowanie to "takie samo dzierganie jak zawsze", ale takim nie jest. Termin jego realizacji jest ważny, a wyrobienie się w czasie jest ogromnie istotne, bo daje mi możliwość dotrzymania moich terminów. Jeśli Ty zawalisz, głowy Ci nie urwę, ale w konsekwencji zawalę też i ja.. a tego bardzo nie lubię, dlatego w takich sytuacjach kartkuję na żółto i bardzo się zastanowię zanim po raz kolejny zaproszę Cię do testu. 

Jeśli w ogóle go nie dokończysz, chociaż bierzesz udział w teście bardzo ochoczo, i na dokładkę słuch po Tobie zaginie już w 5 minut po rozpoczęciu testu, nie ma mowy o naszej dalszej przyszłej współpracy. W pole daję się wpędzić tylko raz..

Doświadczenie w testowaniu. 

Fantastycznie jeśli jakieś masz, ale nie jest to warunek konieczny i niezbędny. Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, by móc obejrzeć, jakie prace do tej pory wykonałaś, w tym względzie decydujące jest dla mnie to, co widnieje na Twoim koncie na Ravelry. Jeśli masz tam "0" lub "2" projekty i na przykład są to szale lub skarpetki, nie mogę z czystym sumieniem skorzystać z Twojej pomocy w przypadku testu swetra. Nie oszukujmy się, ma to dla mnie znaczenie czy publikujesz swoje prace na tym portalu. Prowadzę tam testy i chcę wiedzieć, że zarówno komunikacja jak i późniejsza publikacja nie będzie stanowiła dla Ciebie kłopotu. Mile widziane jest, jeśli jesteś aktywnym użytkownikiem ravelry - to naprawdę ważne z wielu różnych powodów. 

Jeśli Twoja główna aktywność w sieci jest skierowana na bloga i tylko tam prezentujesz swoje prace, daj się poznać - wyślij wiadomość, pokaż co potrafisz, wtedy chętnie rozważę Twój udział w teście. 

Kolejność zgłoszeń.

Ilość miejsc w przypadku każdego testu jest ograniczona, ale jego nabór nigdy nie opiera się na kolejności Waszych zgłoszeń. Zajmuję się tym już od jakiegoś czasu, i mam w swoim gronie testerek kilka takich, z którymi mogę konie kraść.. Może Ci się wydawać to niesprawiedliwe, rozumiem, ale test jest oparty na zaufaniu. Jeśli mam wybierać pomiędzy kimś, kto wielokrotnie mi pomógł podczas wcześniejszych testów, lub kimś, kogo nie znam, zawsze wybiorę znane i lubiane najpierw. I nie ma to nic wspólnego z prywatnymi relacjami i przyjaźniami, to zwyczajna i prosta kalkulacja oparta na doświadczeniu i ograniczeniu ryzyka. 

Zdjęcia.

To czy i w jaki sposób prezentujesz swoje projekty ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Może nawet większe niż udokumentowane doświadczenie w testowaniu. Dzięki temu wiem, że ten aspekt prezentacji Twojej dzianiny jest dla Ciebie istotny. I nie zrozum mnie źle, nie oceniam tutaj Twojego kunsztu fotograficznego, ani sprzętu jakim się posługujesz, zwyczajnie chcę wiedzieć, że chętnie pokażesz pracę, z której jesteś dumna. 

Modyfikacje. 

Pisałam to już wiele razy, ale raz jeszcze się powtórzę - udział w teście zobowiązuje Cię do podążania prawie ślepo za instrukcją. Kropka. 

Jednakże, ponieważ świadoma jestem tego, że tyle ile nas, kobiet, tyle kształtów i preferencji, czasem dopuszczam modyfikacje, ale tylko za moją zgodą. Nie uznaję samowolnego dziergania podczas testu bez wcześniejszej konsultacji ze mną. Zwyczajnie chcę mieć kontrolę nad tym, do jakich rezultatów mój opis prowadzi, i jeśli prowadzi Was na manowce, tylko w ten sposób mogę to potwierdzić i poprawić, jeśli widzę ostateczne rezultaty. 



Testowanie, jak wspomniałam, to jest sprawa trudna, ale może być niezwykle przyjemną i ciekawą przygodą. Wygląda na to, że więcej od Was wymagam niż sama daję.. Możliwe. Prawda jest też i taka, że wszystkie te powyższe zasady stosuję względem każdego innego projektanta, dla którego testuję, lub stosowane były względem mnie, jeśli to ja testowałam. Mam wrażenie, że nie wszystkie są dla innych tak oczywiste, jak są dla mnie. Dlatego o tym do Was piszę. 

Bardzo lubię sam proces testowania, i uwielbiam współpracować z nowymi testerkami, jednakże jeśli nie podchodzisz do testowania równie poważnie jak ja podchodzę, oszczędź mi proszę czasu i nerwów i zwyczajnie, odpuść sobie. 

Pewnie wbijam tym postem kij w mrowisko.. Szkoda jeśli tak jest, bo uważam, że temat testowania obarczony jest jakąś ogromną tajemnicą, której najlepiej nie dotykać, bo się na siebie wszystkie poobrażamy.. A tylko przez jasne postawienie sprawy i klarowne reguły, możemy takiej sytuacji, jak wcześniej wspomniałam, uniknąć. Słyszę czasem, że w czasie testów dochodzi do nadużyć, testerki przepadają na zawsze, zmieniają konstrukcję dzianiny samowolnie, nie trzymają się terminów lub nie kończą testu nigdy.. Też na pewno o tym słyszałaś.. To naprawdę nie powinno mieć miejsca, bo wielu z Was, świetnym i cudownie wspierającym, rzetelnym i godnym zaufania, wspaniałym testerkom, takie działanie psuje opinię. To bardzo smutne jest.. 

Mam nadzieję, że chociaż temat jest trudny, potrafisz wejść w moje buty i zrozumieć mój punkt widzenia ;) 

Wracam do swojej pracy, a Tobie życzę wspaniałego tygodnia, i niech sznur Cię prowadzi! :* 

Pozdrawiam!

środa, 4 października 2017

Maxinel

162 i pół centymetra.. tyle dzieli czubek mojej głowy od twardej ziemi. Nigdy to jednak nie przeszkadzało mi w tym, by tę moją szanowną głowę nosić wysoko w chmurach.. ;) Zadzieram nosa do góry jak mi potrzeba się deczko wydłużyć tu i tam ;) obcasami gardzę na co dzień.. I chociaż wiem, że dobry obcas potrafi o ładnych parę centymetrów całe ciało wydłużyć optycznie, od zawsze preferuję od estetyki wygodę i swobodę.. Prawda jest jednak taka, że i z tą sylwetką, jaką mam, choć proporcjonalna, jak często słyszę, to jednak niezbyt podobno współgrająca z szerokimi i długimi dzianinami, dobrze się czuję w pledo - swetrach. Lubię się takim omotać, w niego wtulić, zawinąć wokół siebie niczym chmurkę lub pierzynkę by tak uzbrojona z chłodem i porywistym wiatrem październikowej aury się zmierzyć. 

Czasem rodzi się w mojej głowie przekonanie, że było mi pisane żyć w fartuchu, uniformie, kitlu, którego długie połacie swobodnie majtałyby mi się o moje nogi. Płaszcze, moje czy cudze, kocham od zawsze, jeden taki wełniany czarny płaszcz na zawsze już w moim sercu pozostanie, bo dzięki niemu spojrzałam na Połówka bardziej przychylnym wzrokiem ;) Długie dzianiny od zawsze kojarzą mi się z dostojnością, siłą, pewnością siebie, ale i też ciepłem i przytulnością. Jeśli jeszcze jest dodatkowo atrakcyjnie skonstruowana - jestem ugotowana! 

Ten kardigan, który dzisiaj chcę Wam pokazać, jest kwintesencją tego, co w długiej dzianinie uwielbiam. Jest przede wszystkim lekki jak piórko! No, może trochę przesadzam, bo to jednak pół kilograma wełny w najczystszej postaci, jednakże w noszeniu ta waga jest kompletnie nieodczuwalna. Niewątpliwie jest to zasługa wykorzystanego włókna, które samo w sobie ma dość dużo powietrza, pozostając przy tym niezwykle zwartym i chroniącym od zimna włóknem. Lubię się z tą włóczką i naprawdę bardzo gorąco Wam ją polecam. To Gilliatt od De Rerum Natura (klik). To już mój 4 projekt powstały z tej włóczki (jak do tej pory powstały dwa męskie swetry oraz mój Monochrome pullover), piąty i szósty są w drodze. Podkreślam, nie jest to post - reklama, nikt mi za tę dzisiaj prezentowaną opinię nie zapłacił, a ja dzielę się z Wami tym, co mnie samą w przypadku tej włóczki zaskoczyło, abstrahując od tego co gołym okiem widoczne, czyli że jest po prostu efektowna  - jest jeszcze niezwykle wydajna i trwała. 

Wiedząc o tym, zdecydowałam się więc na projekt szaleństwo, poszerzany do dołu długaśny kardigan, który - to chyba najciekawsze - dziergany jest w całości od dołu do góry! Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam, ale powstał w ekspresowym, nawet jak dla mnie, tempie, bo w zaledwie tydzień! Na dokładkę wkomponowałam w jego i tak dość oryginalny kształt, ukochane warkocze, bardzo podobne do tych wykorzystanych w Satinel (klik). Stąd dość oczywista w tym przypadku nazwa.. 

Dość gadania.. zapraszam Was na prezentację!

Oto Maxinel na granicy dnia i nocy!




 


 


I podobnie jak jego starsza siostra, czyli Satinel, jest jak najbardziej dwustronny!


Plan na prezentację tego swetra był zupełnie inny. Pod wpływem chwili zdecydowaliśmy się na zdjęcia dość późną porą dnia.. Właściwie złapaliśmy ten ulotny moment, kiedy to dzień na tych zaledwie kilka chwil przenika się z nocą, tuż przed tym momentem, gdy po raz kolejny, nie wiem już który, znów się rozstaną.. Piękny to był moment.. i chociaż zdjęcia te nie są idealnie ostre jak brzytwa, a kolor szary nie zawsze oddaje prawdziwą szarość tej włóczki, bardzo chciałam i Wam te zdjęcia pokazać.. 

Sesja niewątpliwie zostanie powtórzona.. Chociażby dla celów związanych z edycją wzoru (tak, zamierzam go spisać!), ale dzisiaj jeszcze na chwilę dam się porwać tej chwili, która nas wczoraj, niczym ciepły pled, otuliła.. 

Dużo Słońca dla Ciebie w dniu dzisiejszym! :*

wtorek, 10 stycznia 2017

Monochrome Pullover według projektu Katrin Schneider

Zdarza mi się, okazjonalnie zaledwie, wziąć udział w teście. Dlaczego okazjonalnie? Ponieważ uważam, że jest to ogromnie ciężka praca, nierzadko obarczona sporym ryzykiem.. ;) Jeśli mam już testować dzianinę, muszę być nią oczarowana.. Tak było i tym razem. 

Kiedy tylko wypatrzyłam w gąszczu projektów ten właśnie sweter wiedziałam, że będę go mieć, teraz czy później, nie miało to dla mnie znaczenia. Jakaż byłam szczęśliwa kiedy się okazało, że jednak mogę go mieć ciut wcześniej! Włóczki czekały na wzór, ja niecierpliwie przebierałam łapkami - życie się działo, się pokomplikowało, i wtedy właśnie rozpoczął się test. Prawe, kochane prawe porwało mnie na tyle, by pokomplikowanie życiowe ogarnąć, niczym mantrę to prawe przekładałam konsekwentnie z lewego na prawy drut, a życie się, jak te zygzaki, zmieniało z minuty na minutę.. Zygzakuje się wciąż.. chociaż sweter zakończyłam już dawno temu, ale ten projekt ma dla mnie ogromne znaczenie, chociażby z uwagi na to właśnie, że dzięki niemu przetrwałam burze gradowe, euforyczne upały i zmienność morskiej wichury. A to wszystko w przeciągu kilku zaledwie tygodni. 

Zieleń.. daje nadzieję podobno.. tak sobie powtarzałam zawieszona nad tym prawym.. okrasiłam ją życiodajnym kontrastem i oto jesteśmy, ja i mój Monochrome Pullover!











Katrin Schneider (klik), która jest autorką tego projektu, nie tylko jest genialnym dziewiarskim umysłem, ale też i niezwykle serdeczną i ciepłą osobą! Zdecydowanie polecam Wam jej projekty, to świetne, elegancko rozwiązane, intrygujące konstrukcje z bardzo ciekawymi detalami. W galerii jej projektów jest już kilka moich ulubieńców! A podejrzewam, że ta lista w najbliższym czasie bardzo się wydłuży...... :) 

Monochrome Pullover (klik) to projekt nie tylko uroczy, ale też i bardzo sprytnie rozwiązany, ponieważ powstaje od środka! Dzierganie rozpoczyna się od tymczasowego nabierania oczek, potem powstaje karczek, który dziergany jest od dołu ku górze, a następnie reszta dzianiny, korpus i rękawy, dziergane są w jedynym słusznym kierunku - czyli ku dołowi. To rozwiązanie nie tylko jest sprytne, ale daje też gwarancje na idealne dopasowanie długości czy modyfikowanie dyktowane własnymi preferencjami. 

Na dokładkę, jest to projekt, który daje niezliczone możliwości łączenia kolorów i tworzenia idealnego zestawienia dla siebie.. Nie uwierzycie ile wersji kolorystycznych powstało podczas tego testu! Każda jest inna, każda jest wyjątkowa, dowodząc tylko tego, jak zabawa 2 kolorami może zmienić charakter tego swetra.. Zresztą, co ja Wam będę opisywać - biegnijcie do Galerii Projektów Testowych (klik i klik). Sama jestem oczarowana przynajmniej dwoma jeszcze.. i chyba muszę sobie takie zrobić!

Włóczka, którą wykorzystałam w tym projekcie, to Gilliatt od De Rerum Natura (klik), w kolorach foret i genet. Trudno mi było wybrać, naprawdę, bo mnogość możliwości jakie przede mną stały, mnie odrobinę sparaliżowała.. Prawda jest jednak taka, że czerpałam z tej przygody ogromnie dużo radości i zostało mi kilka jeszcze moteczków tej włóczki "na próbę".. ;) Włóczka jest, jak jej siostra Cyrano, równie doskonała. Dziergało mi się z niej wybornie i mam nadzieję, że podobnie jak jej siostra, okaże się włóknem trwałym, bo wielbiona jest już od pierwszego dotyku! 

Trochę się uzależniłam od tej włóczki.. z pewnością jeszcze u mnie zagości.. 


Berecik, który mi na sesji towarzyszył, powstał z potrzeby chwili i jest kolejnym rękodzielniczym arcydziełem! To Rambler według projektu Iriny Dmitrieva (klik), genialny, niezwykły, bajeczny.. To już mój drugi berecik dziergany według tego projektu i coś mi się wydaje, że nie ostatni ;)


Mam nadzieję, że tym postem, podsumowującym moje rękodzielnicze działania ostatnich dni ubiegłego roku, zostawię Was na kilka miesięcy z uśmiechem na twarzy! Więcej dzianin do pokazania nie mam. Więcej dzianin na chwilę obecną nie planuję.. Energię zamierzam włożyć w coś innego i mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze w związku z tym trzymanie kciuków. Przydadzą się.. :) 

Buziaki - i niech ta zima się już skończy i ciepłe słońce Was rozgrzeje.. Wtedy i ja, wraz z wiosną, wrócę.. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...