Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tosh merino light. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tosh merino light. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 listopada 2014

Najlepsze na smutki..


.. są małe robótki!
Od wtorku, po kilkudniowym, miłym (o dziwo!), nieplanowanym i koniecznym w trybie natychmiastowym pobycie w szpitalnym SPA, wróciłam biedniejsza o parę sztuk perełek lub diamentów (jak kto woli), bogatsza za to w kilka sztuk otworów (całe 4!), wymordowana, niemyśląca i ledwo żywa.. Nie wiem, może ja tak tylko mam, że operacja, choć tylko laparskopowo wykonana obciążyła mój organizm na tyle, że minie jeszcze parę dni, jeśli nie tygodni, zanim powiem, że wróciłam do siebie. 
Ale to już było.. teraz czas rekonwalescencji przede mną i przyjemności, czyli dzierganie..
Trwało chwilę zanim chwyciłam w łapki drutki po zabiegu na szpitalnym łożu, wciąż trwa zanim się na robótkę zdecyduję, trwa też zanim wydziergam, bo drutki jakoś niemiarowo pracują, a intuicja czasem zawodzi.. Wszelkie duże projekty zaczęte jeszcze przed ubiegłym weekendem nie zadowalają nowej mnie absolutnie.. Musiałam się szybko i efektownie pocieszyć i nareszcie coś zakończyć. 

Z całkiem niedobranego kolorystycznie zestawu wełen z TML od Madelinetosh, resztek które zostały mi po wykonaniu dwóch projektów (klik i klik) postanowiłam wydziergać czapkę.. Znów z ulubionymi nuppkami! Prosty trik zastosowany we wzorze pozwolił na uzyskanie całkiem ciekawej kolorowej struktury.. mnie się podoba! 






Podoba mi się na tyle, że postanowiłam w podobny sposób wykorzystać więcej śladowych ilości wełen, które mi pozostały z innych projektów.. i miksuję, małe, barwne kolorowe czapeczki :D


A ponieważ lekarz nakazał króciutkie spacery w ramach rekonwalescencji, najlepiej po płaskim terenie, wybraliśmy się dziś w jedno z naszych ulubionych miejsc na króciutką przebieżkę po znanych, jesiennie ubarwionych alejkach.. 
Chyba zacznę lubić listopad..
u Was też tak pięknie?

Ściskam Serdecznie i cieplutko pozdrawiam!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Zalotnie i kobieco, czyli Coquettish

Pamiętacie jak pisałam kiedyś, że nie lubię pasków? 
Bo nie lubię ;D i po raz kolejny wyłazi ze mnie kobieca zmienność... bo się z paskami polubiłam :D Ale nie w takiej znanej i oklepanej formie, a w zwiewnej, lekko roztańczonej i ciut zalotnej :D 
Są dziury, są fale... czyli sweterek, który idealnie nadaje się na chłodne, letnie wieczory wakacyjną porą, lub słoneczny początek jesieni. 
Dodatkowych kilka detali, jak zaszeweczka na rękawku, czy koronkowy kontrastujący ściągacz.. 
kobieco i zalotnie, czyli tak jak lubię. 
a właśnie... zalotnie - poznajcie zatem Coquettish:


Edit: wzór już jest dostępny, zapraszam tutaj: 





Wzór na ten sweterek został rozpisany i aktualnie poszukuję testerek chętnych do jego przetestowania. Osoby zainteresowane zapraszam serdecznie na wątek testowy, który założyłam na ravelry: klik
Test tego sweterka będzie odbywał się w języku angielskim, i będzie trwał do 15 sierpnia. 


A to już mundialowa Indiecita :D 
Dzierga się tak szybko, że nie ogarniam... :D w weekend planuję zabrać się za rękawy.. a może nawet wcześniej? 

Miłego tygodnia Kochani! :D


niedziela, 13 lipca 2014

"On the move" Hani Maciejewskiej

"On the move" to piękny szal autorstwa Hani Maciejewskiej. Nazwa tego projektu idealnie oddaje warunki, w jakich ten szal powstawał, bo dziergał się wszędzie i zawsze podczas mojej po PL podróży, podczas drogi do PL, potem podczas podróży do Warszawy na spotkanie w magic loopie, gdzie nawet został obejrzany przez Hanię, dziergał się zawsze wtedy, gdy mieliśmy w planie dłuższą podróż samochodem. Był w ciągłym ruchu, tak jak i my :D Ale dawał też mnóstwo frajdy i był genialną odskocznią od stresów wynikających z tych ciągłych podróży. 


To mój pierwszy kontakt ze wzorem autorstwa Hani, ale na pewno nie ostatni. Po pierwsze, idealnie i szczegółowo rozpisany wzór, to gwarancja idealnie wyglądającej dzianiny. Tak też i było w przypadku tej chusty... choć teraz stwierdzam, że mogłam go zrobić na większych drutkach, bo ja to jednak dziergam dość ciasno, ale i tak bardzo mi się podoba. Właściwie, dzięki temu, że jest ciut mniejszy idealnie się nadaje jako narzutka na ramiona, taka do sukienki, potrzebuję znaleźć tylko godną dla niego agrafkę/broszkę i będzie cudnie :D



W szalu tym wykorzystałam ostatni już motek z arystokratycznej familii, mieszkającej w moim pudle. Interesujący kolor. Kolor kameleon :D Raz zgniło zielony, innym razem złoty.. przepiękny. Uwielbiam!


Na sesję zdjęciową zabraliśmy jeszcze kilka innych rzeczy, między innymi Vitamin D powstałą z cieniutkiego Fine Lace od Rowana, produkt w całości wydziergany na maszynie. Pokazywałam Wam ją kiedyś w sesji wieszakowej (klik), to teraz pokazuję na sobie. Za ugniotki na dzianinie z góry przepraszam, jeszcze nie doszła do siebie po ciągłych po PL w walizce podróżach ;D




Lubię się z tym sweterkiem, bo to alpaka, która mimo upałów kompletnie nie podgryza, a jednak ciut ogrzewa, idealna wręcz na letnie udziergi o wadze piórkowej :D

I na koniec. 
Od niedawna widzę świat dokładniej ;D
Oto Asja, której jeszcze nie znaliście ;D 
Asja i jej nowe "drugie oczy" :D


Jak się okazuje, warto czasem wyjść z ukrycia i się ujawnicć.. zalękniona faktem, że to już ten wiek, że okulary do czytania nosić muszę (poszłam do okulisty, bo nie dowidziałam z większych odległości, a tu się okazało, że z bliska to ja dopiero nie dowidzę ;D) pochwaliłam się nowym nabytkiem na FB. No trochę tak się dziwnie czuję, mimo tych 25 lat na karku (już od paru ładnych lat ciągle ta sama liczba świeczek na torcie;) ) że do czytania muszę nosić okulary. A tu się okazało, że nie ja jedyna wśród dziewiarek, mam jakąś wadę wzroku. Właściwie, to się okazało, że całkiem nas sporo, czy to oznacza, że problemy ze wzrokiem to nasza "choroba zawodowa"? 

Kończę na dziś, wrócę niebawem,  bo zdjęć mam jeszcze sporo do pokazania. 
Miłej niedzieli życzę :D



niedziela, 29 czerwca 2014

Małżeństwo idealne!


Dawno, dawno temu, pojechała sobie młoda (ależ sobie dzisiaj słodzę..., a co tam! jak szaleć, to szaleć!), inteligentna i nieprzeciętnie atrakcyjna (buahaha ;D ) dziewiarka na pewne spotkanie. Osobistości na tym spotkaniu było kilka, jedna szczególna i wyjątkowa (klik), ale były też i te milczące, na półkach spoczywające, wiszące na wieszakach, wyeksponowane tak, by oko każdej nowo napotkanej osoby drażnić i kusić... a kusiły wielce i bardzo skutecznie! .. wymarzone, wychuchane i wyczekane Księżniczki z rodu arystokratycznego Madelinetosh, sztuk kilka, wróciły ze mną i Połówkiem do domu. 

Jedna, zepsuta i rozpieszczona Księżniczka nietuzinkowej urody napsuła mi krwi, podnosząc ciśnienie razy kilka. Ale ostatecznie udało mi się ujarzmić błękitność jej wrodzoną i wdzięcznie Wam ją przedstawić w wersji skończonej, lekkiej i zwiewnej: Dance 

Przyszła jednak kolej na kolejne siostry i braci arystokracji. Dziś będzie o nich:
historia słodkiej i ... słów mi brak, ta mnie oślepia neon różu jej książęcej mości w kolorze idealnie oddającym jej figlarną naturę: Coquette, oraz jej stalowo metalicznego, niczym zbroja rycerza broniącego wdzięków pięknej Coquette - Charcoal'a. Poznali się całkiem niespodziewanie, mijając się codziennie i patrząc na swoje oblicza z oddali. Ona jednak nigdy nie poświęciła mu dość swej uwagi, by dostrzec głębie w jego pozornej i smutnej szarości, szukając lepszego dla siebie kontrastu wśród równie neonowo barwnych motków. 
Tego dnia, kiedy stanęłam na ich drodze, po raz pierwszy mogli sobie spojrzeć w oczy. Charcoal marzył o tej chwili nieustannie od pierwszego dnia, gdy ujrzał piękną Coquette pośród innych pięknych wełen, brakło mu jednak odwagi by się do swoich marzeń przyznać. Zamknął się w sobie, odurzony bliskością promieniejącej słodyczą Coquette, by w ciszy cieszyć się jej towarzystwem. 

I tak okrutna (to ja! to ja!) Pani zamknęła ich na kilka miesięcy w wiezieniu.. (no dobra, w pudełeczku na skarby moje i wełny najwyższej jakości, no ale wiadomo, arystokracji nie dogodzisz.. ;) ) Tłoczno tam było i sporo było innych członków rodów z "Emem" na przedzie, żaden jednak nie dorównywał Coquette swą urodą czy Charcoal'owi blaskiem. 

Wiedziona naturalnym instynktem Dziewiarka (to ja! ) postanowiła połączyć ze sobą dwa kompletnie z pozoru nie pasujące do siebie motki. Charcoal był wniebowzięty, choć wciąż zawstydzony urodą i bliskością swej nowo poślubionej towarzyszki, ona z kolei nie potrafiła zapomnieć o swoich marzeniach o równym sobie partnerze...

Przekładała te sznurki dziewiarka licząc w głębi serca na to, że te dwie ptaszyny znajdą wspólny ze sobą język... Trwało to od połowy kwietnia.. pojechały nawet zamknięte w torbie w długą podróż, nie mając nikogo poza sobą do towarzystwa, by po powrocie, mimo wcześniejszych wzajemnych zarzutów nareszcie połączyć się w idealnie skomponowaną całość! 

I są.. dwa cuda sznurkowe w bardzo lekkiej i zwariowanej, (ciut) seksownej i figlarnej letniej wersji sweterka..






Za dużo pokazać nie chcę i nie mogę, bo sznurki jeszcze wyłażą i snują się gdzieniegdzie.. Miejmy nadzieję za dni kilka pokażę Wam ten sweterek w całości, będący lekiem na całe zło i stres, który mnie z opóźnieniem po powrocie z PL dopadł... odpoczywałam przy tej dzianinie lepiej niż w niejednym Spa.. i taka moja bluzeczka wyszła. Jak lubię. Może i Wam się spodoba.. :D

Ps. Sweterek poszukuje imienia, znając Waszą wspaniałą fantazję i pomysły czekam na Waszą pomoc! macie jakieś skojarzenia? propozycje? mile widziane angielskie wersje! :D
z góry dziękuję :D




piątek, 18 kwietnia 2014

Dance...

Księżniczka niejedno ma imię.. Księżniczka wybredna jest...
...ale ostatecznie nie taki diabeł straszny jak go wymalowałam...
...udało nam się choć na chwilkę zakopać topór i chyba nawet odnaleźć atrakcyjną dla niej formę...
Oto Ona, Madelinetosh, Tosh Merino Light, kolor - Flashdance, w zwiewnej i lekkiej formie z pazurem:

Dance..








czwartek, 17 kwietnia 2014

III Sympozjum AW: Dziewiarka potrafi...

... bo to kobieta zdolna, kreatywna, przedsiębiorcza i na dodatek wyjątkowo pomysłowa. W słowniku takiej nie istnieją słowa: "niemożliwe", "nie da się", "nie dam rady", ponieważ już dawno kreatywność popchnęła ją w kierunku najzwyklejszych: "a co się ma nie dać?", "muszę tylko pomyśleć", oraz "jak by to zrobić, żeby to się tak dało". A co najciekawsze, wszystkie genialne wręcz pomysły Dziewiarki biorą się z potrzeby tworzenia i bardzo często wykraczają poza ramy kunsztu dziewiarskiego. 

Ostatnio natrafiłam na wspaniały post, w którym genialne pomysły Dziewiarek zostały zebrane w jednym miejscu i gorąco Wam go polecam. Mowa tu o blogu: z drutami i szydełkiem przez świat... a dokładniej o tym poście: klik. 

Skoro z miednicy, a właściwie z dwóch, albo przy użyciu jednej puszki i paru klamerek, bądź wykorzystując drewniane elementy starego fotela można skonstruować motowidło, myślę, że spokojnie mogę pozwolić sobie na wyrażenie poglądu, że w świecie Dziewiarek nie ma rzeczy niemożliwych! Skacząc po różnych blogach dziewiarskich dowiecie się przecież, że za motowidło już od dawna służą nam oparcia krzeseł, nogi kawowego stołu czy krzesła, czy ręce Towarzysza Życia (zwanego potocznie TeŻetem) czy pociechy, do blokowania służyć mogą zwyczajne szpilki (nie miałam styczności z tymi do blokowania, ktoś z Was używa? co o nich myślicie?), w roli maty blokującej elegancko sprawdzi się ręcznik i dywan, itp., itd. Oczywiście są i takie gadżety, których w żaden sposób nie da się zastąpić, bo na przykład drucików nigdy przenigdy nie zastąpią nam szaszłykowe wykałaczki.... a może ktoś z Was już próbował??
Suma sumarum, godne podkreślenia jest to, jak umysł człowieka (w tym przypadku Dziewiarki lub jej męża, nierzadko będącego głównym pomysłodawcą i konstruktorem tych magicznych urządzeń :) ) potrafi dostosować obroty do potrzeb zaistniałej chwili! 

A co Wam się udało odnaleźć w blogosferze lub wynaleźć na własną rękę? Pochwalcie się! :)

Waga kuchenna to urządzenie niezbędne, jak się kocha piec i kucharzyć... Ja do tej pory radziłam sobie wybornie bez takowej. Ale niedawno stałam się posiadaczką wagi...hmmm... dziewiarskiej :) To zwyczajna waga kuchenna, która właściwie służy mi tylko do pomiaru zużycia wełny :) I jakżeż się zdziwiłam...


Księżniczka z poprzedniego postu, wyjątkowo zacnej urody, pełna wdzięku i blasku wysokiego stanu dama, okazała się być wybredną i kłopotliwą dyskutantką w kwestii doboru wzoru i struktury zaplanowanego dla niej projektu. Negocjacje były burzliwe, o czym doskonale wiecie, ale na szczęście obeszło się tym razem bez drastycznych metod perswazji (mam na myśli wszystkie te, które miały prowadzić do rozczłonkowywania damy z użyciem ostrza). Koniec końców, doczekała się całkiem, mam nadzieję, przyjemnej dla oka formy, którą niebawem Wam w całości pokażę. 
Jak powszechnie wiadomo, wszystkie księżniczki cieszą się smukłą kibicią (a niech ich szlag..!) i wyjątkowo wątłym ciałkiem. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas pomiarów ilości włóczki (tutaj wkroczyła waga kuchenna) okazało się, że Księżniczka moja ma wagę słonia! Zapłaciłam przecież za całe 100g wełny w motku, a tu waga krzyczy 114g! "Promocja jakaś" pomyślałam i z niedowierzaniem dzierżąc elektroniczne liczydło w rękach, zaczęłam przeliczać te dodatkowe gramy na metry. Prosta kalkulacja doprowadziła do wielkiego zadziwienia... zamiast spodziewanych 384m wraz z motkiem otrzymałam ponad 437m czyli jakieś 53 metry więcej! Niedowierzając w to co widzę pobiegłam w te pędy do bosko wyposażonej w same Księżniczki szafy (Kochany Połówku... dno tam widzę pomału! zapasy trzeba zrobić! :)) i posprawdzałam wszystkie (jeszcze mam kilka) księżniczki z tego samego rodu arystokratycznego, i oniemiałam. Wszystkie ważą jak słoń! Każdy jeden motek waży od 114g do 116g! :) w ten oto sposób, szybką kalkulacją policzyłam, że przy zakupie 6 Księżniczek właściwie dostajemy jedną taką Damę w prezencie...

Teraz tylko kombinuję jakby tu przemycić wagę kuchenną do sklepu z arystokracją by z wieszaków zdejmować tylko te naprawdę rozpasłe i utuczone Damy... myślicie, że to będzie nietypowe zachowanie? 


Księżniczka, jak na prawdziwą damę przystało została przyszpilona i niemalże jak w gorsecie uformowana. Ponieważ zależało mi na uzyskaniu jak najbardziej prostej krawędzi przez wszystkie pętelki przełożyłam nitkę nylonową, potem szpilkami tą nić rozciągnęłam do oczekiwanej przeze mnie formy. Naciągnięcie nici nylonowej (nić nylonowa dlatego, że nie da się jej w żaden sposób zerwać) spowodowało, że zamiast typowego dla szpilek kanciastego blokowania uzyskałam prawie idealną prostą linię. Zobaczymy jak to będzie ostatecznie wyglądać po odpięciu szpilek.


I na koniec, Atelier, którego wykończenie zajęło mi wczoraj całe 5 minut, dołączył do leżakowania blokującego i się suszy. A dokładniej - opala :)

Ściskam Was w tym przedświątecznym okresie i gorąco zachęcam do ważenia Waszych nowych Księżniczek i Dam, bo może i Was czeka miła niespodzianka... :) A skoro i tak wagi kuchenne pójdą w ruch przy okazji szykowania się do świątecznego łasuchowania, toż to idealna okazja by je wszystkie pomierzyć i posprawdzać :)





niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozkapryszona księżniczka...

Drogie Wy Moje (jeśli mogę tak o Was napisać)... ilość niezwykle ciepłych i budujących wpisów/komentarzy spod poprzedniego postu, w którym Nelumbo miał swoją oficjalną premierę powaliła mnie na kolana i serdecznie Wam za każde jedno życzliwe słowo dziękuję! Miejmy nadzieję, że sweterek mi się od tych zachwytów nie zmechaci za prędko, bo że się zmechaci, to już przesądzone... 

Ja od komplementów niczym roślinka kwietniową mżawką zroszona urosłam, Połówek też urósł, choć to akurat niezbyt wskazane jest, bo już i tak ledwo się w futrynach  mieści, i wygląda nawet na to, że jako nadworny i całkiem prywatny fotograf poczuł się nie tylko doceniony, ale i wyjątkowo zmotywowany by focić nas, mnie i moje udziergowe pociechy w przyszłości!

Jak to w życiu zazwyczaj bywa, po grubych latach przychodzą te chude, po sytych - głodowe, a po nadzwyczajnie dziergowych - kompletnie porażką zarastające... I taki obecnie mam status drutowy. Kompletna porażka to idealne określenie na ten stan.

A to wszystko z winy jednej małej kuleczki, która przywieziona została do naszego domku z podróży do Holandii (klik), kiedy to miałam przyjemność poznać osobiście genialną projektantkę Joji, oraz kompletnie zatracić się w poszukiwaniu jednego (nie, to niemożliwe jest!) idealnego moteczka innej firmy z "Emem" na przedzie, do której wzdychałam już od lat paru. Obłowiona łupami przywiozłam ze sobą przecudnej urody i klasy kolorowe precelki, które natychmiast pochowałam do pudełeczka i zamknęłam na 4 spusty. Nie żebym się bała, że mi je ktoś zabierze, ale samo patrzenie na nie jest tak zajęciem hipnotyzującym, że z obawy o kolorów płowienie wolałam ich na wzrok własny, przeszywający niczym wybielacz, nie narażać. Nadszedł ten dzień, w którym postanowiłam zmienić ich luźną nadaną przez producenta formę w bardziej  moim gustom odpowiadającą. W tym celu zebraliśmy dwuosobowy zespół obsługi nawijarki, ja wcieliłam się w rolę motowidła, Połówek kręcił, i z przyjemnością oddaliśmy się przepuszczaniu przez palce (uwielbiam ten moment!!!) najbardziej zadziwiającej wełny, jaką do tej pory nabyłam. Nawijanie we dwójkę, choć przyjemne, bardzo szybko  postępuje... za szybko. W trakcie nawijania Połówek urzeczony (jemu też się czasem zdarza zadziwić i refleksyjnie zadumać nad sznurem) zapytał:

P: A to co za piękność...???
Ja: no jak to, ta z Holandii...
P: aaaaaa... Prawdziwa Księżniczka wśród wełenek :)))

I wszystko by było fajnie, gdyby nie fakt, że poza urodą, klasą i wysokim stanem Księżniczka ta, jak na prawdziwie wysoko urodzoną damę przystało, podczas robótki zaczęła kaprysić....
W ściegach wybrzydza i grymasi, ten nie dobry, bo jej nie pasuje... Tamten za ażurowy, ten za ścisły, drutki też nie takie jak trzeba (a co ja jej na to poradzę, że nie zrobili jeszcze diamentowych?!), a paluszki mnie swędzą, bo widzę ją już, tę damę upadłą, w pięknej wersji szalootulacza... i ona nic sobie z tego nie robi, a ja kompletnie już sił do niej nie mam.... 
Nie dość, że matrona wybrzydza dziewiarsko, to jeszcze do zdjęć pozuje jako tako. Tło za jasne, to się robi ciemna jak smoła ze złości, a jak ciemne, to w ogóle idzie sobie i znika... Na szczęście Rudego towarzystwo wyjątkowo wprowadziło Księżniczkę w dobry nastrój i coś tam udało się złapać... niby Księżniczka z rodowodem, ale łasa na zaczepki motłochu i kocią łapą trącanie ;) Kto przewidzi gust prawdziwej arystokratki.. eh... kapryśna i nieobliczalna bestia..





Ród arystokratyczny: MADELINETOSH
Tytuł szlachecki: TOSH MERINO LIGHT
Nazwisko rodowe: FLASHDANCE

Tchnijcie, proszę, w moje ręce odrobinę cierpliwości, bo jak tak dalej pójdzie to tę pożal się bosze damulkę rozczłonkuję i... pomponik sobie z niej zrobię! dużo pomponików! 

Pozdrawiam z nerwowo rozstrojonego arystokratycznymi zachciankami pewnej Damy zakątka...
Asja




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...