czwartek, 25 stycznia 2018

Timanfaya

Timanfaya to sweter przygoda.. Wszystko zaczęło się od zwyczajnego pragnienia posiadania swetra z okrągłym karczkiem, w którym grafika nie będzie "dziewczyńska". Od samego początku wiedziałam, że chcę sweter bez listków, kwiatuszków, zawijasków. Ma być symetrycznie, geometrycznie, najlepiej na trzy kolory. Ma to być sweter wygodny, luźny, doskonały do ubioru warstwowego i do noszenia na koszulę, ale również samodzielnie. Już jakiś czas temu zauważyłam, że niczym morska plaża w czasie przypływu-odpływu, mniej mnie jest podczas sezonu letniego, i bywa, że więcej zimą, dlatego od razu założyłam, że duży luz jest mi na zapas potrzebny. Ale nie jest to dzianina typowo oversizowa. Timanfaya ma dokładnie tyle luzy by czuć się w niej komfortowo niezależnie od okoliczności.. 

Jest to też sweter eksperyment.. Jako dumna właścicielka biustu (która z nas nie jest?) borykam się w swetrach z okrągłymi karczkami z technicznymi aspektami dzianiny dzielonej dokładnie na pół. Mnie taki podział, gdy rękawy umiejscowione są dokładnie w połowie dzianiny, wyjątkowo nie służy, ale o tym w szczególe może innym razem.. W tym projekcie całkiem celowo zastosowany został nierówny podział przodu i tyłu, który potem zgubiony imituje wcięcie w talii. Tak mi się spodobał rezultat, że poszłam nawet dalej w tych eksperymentach i naprawdę powiem Wam, że to robi różnicę! 

Detale.. Morze ściegu gładkiego oddzielone zostało od ściągaczy małą zakładką.. Okrągły karczek kształtowany jest rzędami skróconymi a długie rękawy to moi ulubieńcy każdego swetra. 

Konstrukcja też jest dość nietypowa. Sweter dziergany jest bowiem od środka. Karczek powstaje od dołu do góry, reszta swetra w przeciwnym kierunku. 

Sesja zdjęciowa powstała w magicznym lesie oddalonym od mojego nowego miejsca zamieszkania o kilka minut jazdy samochodem.. Zdjęcia zrobiliśmy późną jesienią w mglisty i szarobury dzień.. Ale powiem Wam, że po tych latach spędzonych w towarzystwie drzewostanu iglastego doceniłam piękno prawdziwej liśćmi ubarwionej jesieni.. Pięknie było i pięknie będzie znów za chwilę gdy zawita wiosna.. 

Wracając do tematu zasadniczego, zapraszam Was na krótką fotograficzną prezentację :) 

Oto moja Timanfaya: 










Test tego projektu to była prawdziwa próba charakteru dla moich Testerek! Ponieważ popełniłam konstrukcyjny i kardynalny błąd, niektóre z nich próbując pomóc mi rozwiązać problem techniczny, dziergały karczek wielokrotnie, nawet druty przy tym łamiąc.. Wdzięczna jestem Im, Wam, niesłychanie za to jak podczas testów okazujecie projektantowi serce i cierpliwość, służycie radą i wsparciem! Niezwykłe to było doświadczenie, i tak naprawdę ten projekt jest właściwie dziełem wielu. Gdyby nie Wy, Timanfaya nie byłaby tak idealna, jak jest teraz! Dziękuję Wam za to bardzo :* 

Dumna jestem z projektów testowych tak bardzo, że aż mi się oczka skrzą jak je wszystkie razem oglądam. Mam nadzieję, że galeria projektów już wkrótce się powiększy i razem ze mną będziecie mogli zobaczyć wszystkie cudowne wersje kolorystyczne, jakie w czasie testu zmalowały dla mnie Testerki! 


Wzór objęty jest aktualnie działającą promocją, w której przy zakupie 4 lub większej ilości moich wzorów podczas jednego zakupu, cena jest automatycznie o 20% obniżona (pamiętaj by wrzucić wszystkie wzory - 4 lub więcej, do koszyka zanim rozpoczniesz procedurę dokonywania płatności!) 

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego dziergania! :* 

czwartek, 30 listopada 2017

Łap-etki

Łap-etki to taki śmieszny twór, skarpetki ręczne z kapturkiem ;) Śmieszne, wiem, ale przyznam się szczerze, że plan był kompletnie inny. Tuż po zakończeniu mitenek w oranżach (klik)  postanowiłam zmierzyć się z klasyczną rękawiczką z palcami. I wiecie co? POLEGŁAM! bazując na mitenkach dodziergałam do paluszków i potem nawet udało mi się wydziergać całe 3 z pięciu w pierwszej rękawiczce, by obiektywnie stwierdzić, że tego się nie będzie dało nosić! Niby wszystko było w porządku, ale dziury jakieś mi powyłaziły, paluchy były nie wystarczająco długie, lub wręcz przeciwnie, zmieściłyby mi się w nich jeszcze tipsy mutanty.. Odpuściłam.. Zwyczajnie poległam i odpuściłam. Zostawiłam jedynie kciuka, i tak okrojoną z paluszków rękawiczkę, potraktowałam w identyczny sposób jak oranżowe mitenki. Jedynie zadbałam o to, by ich górna krawędź była jednokolorowa.. W trakcie dziergania już mi się w głowie plan utkał, że ja to jednak lubię mieć wolność w paluszkach, ale ciepła też im nie odmówię. Dlatego też właściwie bez większego żalu wydziergałam zamiast czterech, jeden, ale za to wielki paluch, pozostawiając opcję "świeżego powietrza" paluszkom ;) Dziergając, nie uległam Połówkowi, który widząc co powstaje, sugerował doszywanie oczków, uszków i innych wynalazków, żeby te kapturki naręczne odpicować i stuningować, nadając im niepowtarzalny charakter.. ;) Fascynuje mnie to, że pomimo upływu czasu i postępującego siwizną oprószenia, wciąż Połówkowi w głowie dodatki na miarę 5-latka. Zrobię mu kiedyś takie! A co.. i nawet będę zmuszać żeby nosił! Do biura.. na spotkanie.. trudno, jeśli witając szefa na parkingu zimową porą, będzie musiał wyciągnąć łapkę z zielonego Kermita :D 

Ostatecznie stwierdziłam, że ja to już na uszy i oka, nawet zezowate, jestem jednak za poważna ;) Ale wąsy.... chyba właśnie mi się w głowie zrodził plan wąsaty! i kosmaty.. :) 

Rzeczywiście, chociaż się nie spodziewałam, że tego momentu dożyję, doceniam wyższość mitenek nad klasyczną rękawiczką. Bo te są po prostu o niebo łatwiejsze! I już wiem dlaczego świat zdominowany został przez łapki ubrane w połowie.. No własnie dlatego!

Dobra, dosyć gadania - zapraszam Was na foty dokumentujące! 






Na sesję zabrałam "Uścisk Przyjaciela"... To szal przeogromnie dla mnie ważny! Pamiątka z pewnego wspaniałego, trwającego niczym oka mgnienie, chciałoby się rzec upojnego, ale tak naprawdę cudownie przedzierganego weekendu! Wiecie kto jest jego autorem? Kto z Was zgadnie? to nie ja.. ale mam nadzieję potraficie rozpoznać Twórcę! :) 
te chwosty i te kolory...!!!! 



Właściwie już w 3 minucie sesji fotograficznej Połówek mnie "zmusił" do poświęcenia.. Zapomniał, że takie foty to się robi już na samym końcu.. Ostatecznie, prawie bez łez się nie obyło.. a śnieżnobiały kciuk już na zawsze będzie nosił ślady mchowego uścisku.. Ale to nie szkodzi.. będzie co wspominać, patrząc na tę wieczną ziemistą plamę ;) 



Obawiam się, że tym postem wyczerpałam serię prac zakończonych, ponieważ właśnie wkroczyłam w planowanie wiosennej garderoby. Wzory się spisują, i mam nadzieję wkrótce będą się testować, by styczniową porą zasypać Was możliwościami :) A ja już zacznę dziergać z myślą o słonecznych otuleniach. Jeśli coś nowego się w tym czasie wykluję, przybiegnę zameldować i Wam.

W grudniu zamierzam się odrobinę wyciszyć i blogowanie odstawić na boczny tor. Będzie mnie z pewnością więcej zarówno na mojej grupie, jak i na instagramie. Nie zarzucam blogowania, nie, zwyczajnie potrzebuję poświęcić czas na coś innego, na życie i pracę. Ale mam nadzieję, że mi wybaczycie tę moją krótką przerwę, bo mam nadzieję, że jak to ostatni czas pokazał, wrócę do Was z większą energią i pomysłami już wkrótce. A i Wy za mną trochę potęsknicie i będę Wam lepiej smakować ;) 

Dziergajcie! bo zima idzie i święta za pasem! i niech się sznurek nigdy nie kończy! :)

Do następnego razu! :*


poniedziałek, 27 listopada 2017

mitenki i Tied Knots

Po wykonaniu skarpetek z mojej pasiastej farbowanki (klik) została mi całkiem sporych rozmiarów kuleczka. Po nastu skarpetkach wykonanych w ostatnich tygodniach, nie miałam już siły na kolejną parę. Przypomniało mi się jednak, że w swojej wcale nie tak przepastnej szufladzie z akcesoriami z dzianiny brakuje mi zwyczajnych mitenek. Mam co prawda kilka czapek, szali i chust, ale rękawiczek jakoś nie, nie mówiąc już o mitenkach. Paskujące się włóczki doskonale sprawdzą się i w takim projekcie. Moje powstały ściegiem gładkim, dzięki któremu paski stanowią w nich jedyną dekorację.. Zakończone z dwóch stron rundkami lewych oczek. Proste i bez udziwnień. Zwyczajne. Ale nie tak do końca.. bo całkowicie moje :) sasasa! 

Na sesję zdjęciową zabrałam ze sobą czapkę, którą wykonałam już dwukrotnie (trzecia w trakcie!), jedną, tę poniższą, dla siebie, drugą dla Połówka, trzecia też będzie dla mnie.. Dlaczego aż tyle? Bo zwyczajnie ją uwielbiam! Ściągaczowe czapki doskonale trzymają się na mojej głowie, a ten konkretny projekt fantastycznie się dzierga. Wzór szybko wpada w pamięć i jest doskonałym dodatkiem do wieczornego oglądania telewizji. Subtelne warkocze i świetnie skonstruowana korona.. Dzierga się ją równie przyjemnie, co nosi. Właściwie, wydaje mi się być doskonałym materiałem do ćwiczeń podstawowych warkoczy! Nawet, jeśli nie zwłaszcza, dla początkujących! 

To projekt Justyny Lorkowskiej, Tied Knots (klik), dostępny dla wszystkich za darmo, świetny kawałek dzianiny! Moja czapka wydziergana została z Malabrigo Rios w kolorze Marte. Trudny to kolor do aranżacji, bardzo trudny, ale uwielbiam jego mroczną soczystość. 

Oto one i ja! :) 










Przyznaję się, że to moje pierwsze mitenki. Nie do końca rozumiałam skąd tak ogromna popularność skarpetek na łapki, ale już wiem! 

Przekonałam się o tym na własnej skórze! 

Ale o tym, co odkryłam, opowiem Wam już następnym razem! 

Pozdrawiam ciepło, życząc Wam wełną otulonego tygodnia! :* 

sobota, 25 listopada 2017

Ramble

Brioszka.. któż jej nie wielbi.. misternie zapleciona, puchata, smakowita.. i najlepsza z kruszonką! 

A nie.. przepraszam, nie o tej brioszce chciałam dzisiaj Wam ze dwa słowa i pół opowiedzieć ;) Chociaż ta brioszka, o której dziś mam zamiar poopowiadać, jest równie puchata i popleciona, i z pewnością smakowita ;) 

Ścieg patentowy, splot marzenie, niby włóczkożerny (minus), ale swoją mięsistością i grafiką, jeśli wykonany dwoma kolorami, wynagradza trudy i znoje podczas dziergania po wielokroć. Nie ma innego równie magicznego splotu, no nie ma! i nic dziwnego, że zwyczajnie świętuje swoje pięć minut! 

Jako dziewiarka lubiąca wyzwania, sięgnęłam po projekt pozornie prosty, ale jakże efektowny. Niby tylko brioszka, niby w dwóch kolorach, a tak pięknie zmalowana zakrętami.. Mało tego, sam szal, chociaż to zwyczajny kopnięty trójkąt, już mnie swoim kształtem zachwycił. Nosi się to fantastycznie, zawinięty byle jak, albo lekko narzucony, zdobi, grzeje, i zwyczajnie robi za mnie całą robotę. Uwielbiam takie zawijasy, które nie wymagają ode mnie żadnej dodatkowej pracy podczas zakładania, a zdobią niemożliwie za każdym razem. 

Ramble według projektu Andrei Mowry (klik), bo o nim dziś mowa, to moim zdaniem szal dla wszystkich Was, które już chociaż trochę liznęły brioszkę. Wzór w całości prowadzi nas za rączkę, nie pozostawiając wątpliwości, ale uwagi zdecydowanie wymaga. Jedna pomyłka i prucie jest niezwykle bolesne - prułaś kiedyś brioszkę? nie?? lepiej nie próbuj.. to naprawdę boli ;) 

Do swojego szala wybrałam włóczkę z zapasów na zimę, Gilliatt od De Rerum Natura. W odróżnieniu od oryginału, mój szal w części garterowej powstał w innych proporcjach, bo 3 do jednego, zamiast sugerowanego jeden na jeden. Poza tym zmian brak. 

Wiecie.. doskonałych projektów się nie ulepsza;) 

Serdecznie zapraszam Was na nasze zdjęcia. 

Jak zwykle, Połówek pstrykał, a ja ciągle nie wiem jak on to robi, że sama się sobie na tych zdjęciach podobam.. ;) Trudno mi zazwyczaj na siebie na zdjęciach patrzeć, ale te Jego rękami i Jego okiem uchwycone zwyczajnie lubię.. i lubię to jak On mnie widzi.. 

Z przyjemnością zapraszam Was na dzisiejszy spacer, przez błoto i grząski grunt, nad staw magiczny, bo jesiennymi liśćmi skąpany.. magiczne wodne oczko.. 












I tak, wiem doskonale, że brązy to nie są moje kolory! Musze sobie wydziergać jeszcze jeden taki, a ten zamierzam sprezentować komuś, komu te odcienie jednak bardziej posłużą.. ja już wiem jaki następny zrobię ;)

A Ty? wybrałaś już kolory na swój? a może masz jednego w swojej szafie??

Pozdrawiamy Was z Połówkiem serdecznie i życzymy Wam słonecznego weekendu.. :*


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...