Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2020

patchwork po raz drugi..

To się musiało wydarzyć prędzej czy później... 

Ale od początku. 

Mam taką przyjaciółkę (ostatnio zresztą o niej wspominałam), która odkąd pamiętam coś szyła. Kiedy moje zainteresowania całkowicie skupiły się wokół sznura, ona wpadła jak śliwka w kompot w szycie patchworków. Nie wiele to zmieniło w naszych konwersacjach, chociaż pewnie Ona musiała się nieźle namęczyć, słuchając moich przydługich wywodów o sznurach, o których nie miała żadnego pojęcia przecież, ani pewnie nie potrzebowała więcej się dowiedzieć. Ja się starałam odwdzięczyć, słuchając o tych jej uszytkach, chociaż raczej koleżankę popędzałam, gdy wchodziła w szczegółowe opisy procesu tworzenia danego projektu lub gadżetów, których użyła.. Wstydzę się tego jak jasna ciasna, bo teraz to by mi się ta wtedy-wcale-niepotrzebna wiedza bardzo przydała. 

No ale.. człowiek się uczy całe życie! 

Ta sama przyjaciółka całkiem niedawno pokazała mi swoją piękną pościel. Wiecie, nam obu równolegle odwaliło - wybaczcie, ale nie mam lepszego określenia na ten stan obsesji na jaką zapadłyśmy..) na punkcie tkanin, więc zamiast o mężach i problemach dyskutować, zaszyłyśmy się (:D) w sypialni mojej przyjaciółki by.. targać do góry kapę z łóżka i pościel nową oglądać :D. Bez dwóch zdań, pościel genialna, tkanina marzenie, wzornictwo świeże.. Marka wszędzie dostępna, on-line można też nabyć, więc dlaczegóż by nie? Już w trakcie rozmowy coś mi zaświtało, że TA MARKA nie odszywa na takie wymiary pościeli, jaką ja posiadam, ale za zbója nie mogłam sobie przypomnieć czy to poducha była problematyczna, czy kołdra. 

Z przyczyn głównie koto-funkcjonalnych, pościel nasza nigdy nie mogła być w odcieniach ciemniejszych niż sierść RUDEGO. Może jeszcze pamiętacie Odiśka, a może nie, no w każdym razie oczywistym był wybór od jasnej szarości po.. jasną szarość :D czerwienie, borda, szmaragdy, czy czernie były absolutnie wykluczone. 

Jak szaleć to szaleć.. 

Wróciliśmy po wizytacjach świątecznych w dobrych nastrojach i jakoś z początkiem nowego roku wybraliśmy wymarzoną, dorosłą pościel w kolorze bliskim czarnej.. norze ;) 

W związku z tym, że pewna szwedzka marka nie prowadzi sprzedaży poszewek w rozmiarze mojej pościeli w Niemczech, każda wycieczka do Holandii lub Polski to okazja, żeby te braki nadrobić. Tak właśnie zrobiłam jakieś 3 lata temu, po czym odkryłam, że na tę moje poduchy 80 cm x 80 cm poszewka 70 cm x 60 m nie ma siły wejść.. komplet schowałam wtedy na dno szafy, może liczyłam na to, że urośnie? 

W ubiegłym roku podczas letnich porządków, pościel wyjęłam zaskoczona, wyprałam i przyjęłam radośnie fakt, że jednak pasuje! (UROSŁA, mówię Wam!)

Jak już przyszło co do czego i oboje zachwyciliśmy się czarną.. norą ;), okazało się, że jest! rozmiar 80 cm x 80 cm. Kupiliśmy by w kilka dni później cieszyć się norą na żywo! 

Padłam trupem, gdy okazało się, że ja to jednak NAPRAWDĘ mam poduszki 60 cm x 70 cm... a nie rzeczone 80 cm x 80 cm, a tak w ogóle to moja nowa poduszka jest od czapy, bo jest to profilowana wiskozowa pianka, która ma mnie uchronić od bólu w karku (na razie się sprawdza!) w wymiarach bardzo śmiesznych: 30 cm x 8 cm x 60 cm. 

Jakoś tak w przerwie świątecznej obejrzeliśmy pewien dokument o zwrotach towarów do sklepów i tym co się z nimi później dzieje.. to jest zdecydowanie temat na inny post, ale powiem Wam, że tak mi ten temat w serce i głowę zapadł, że ledwo paczkę otworzyłam już wiedziałam, że zwrotu nie będzie. Pytanie tylko jak tu ogarnąć cztery, a jak się właściwie okazało, pięć mniejszych poduszek, zamiast dwóch wielkich? 

Z pomocą przyszła maciupka paczusia skrawków.. od Riley Blake z serii Desert Bloom (klik), którą przytachałam z mojej ostatniej wizyty w My Bee House (klik). O tym zakątku to jak się odszyję to Wam jeszcze poopowiadam, bo oprócz paczusi przywiozłam stamtąd jeszcze kilka bajecznych, w sam raz na zbliżające się LATO (bo w końcu przyjdzie, prawda?!), tkanin. :D

Moja Babcia często mi powtarzała: "Dziecko, Ty to potrafisz cuda zdziałać i mięso (podczas przygotwania obiadu) rozmnożyć!" i: "wypinaj tę pierś! wypinaj!".. :D

Składając wszystko razem do kupy, i tę pierś wypiętą, i fiubździu w głowie, i myśli na urlopie, zakupy w ciemno i pod wpływem chwili, te zapomniane-a-trzeba-było-słuchać dyskusje o patchworkach, cudowne rozmnażanie towaru w rękach, brak zwrotów, i upór własny, żeby nie nazwać tego wszystkiego głupotą, chwyciłam się z motyką na słońce i zrobiłam sobie wiatrakową poduchę :) 

Oto ona! 









Z niecą większą przyjemnością wchodzę do tej mojej czarnej nory teraz, gdy widzę tę płomiennie rozpalone, kopnięte i zwariowane wiatraki.. Wiadomo, że pełno jest w tej poduszce niedoróbek i błędów, ale muszę Wam powiedzieć, że chyba jeszcze nigdy nie dopracowałam poszewki na poduszkę na taką skalę.. Wiem na pewno, że nie podejmę się następnego patchworkowego projektu zanim się w gadżety nie uzbroję, jak chociażby lamownik czy stopka z górnym transportem, bo chociaż ta poducha nie ma wypełnienia, podczas "pikowania" (można pikować bez wypełnienia?) wiatrakowe skrzydła ślicznie mi się z drugą częścią kanapki rozjeżdżały. 

Nie powiem, że mnie to składanie ze skrawków jakoś niemożliwie wciągnęło, chylę czoła przed wszystkimi, którzy to kochają, bo to jest straszliwie męcząca zabawa, prezycja goni prezycję, a jak się człowiek na milimetry machnie, to siada wszystko.. Nie przeklinałam tak już dawno, jak w czasie szycia tych wiatraków.. Marzy mi się jeszcze jeden projekt, większy i z rozmachem, graficzny i praktyczny, ale to może kiedyś jak sobie zapomnę ile mnie pracy ta całkiem zwyczajna poducha kosztowała! :) 


To nie jest co prawda mój pierwszy projekt tego nowego 2020 roku, ale z pewnością pierwszy taki wymagający i pouczający. Z ciekawością wyglądam kolejnych wyzwań, czy to szyciowych, czy dzierganych, którymi będę się z Wami w tym nowym roku dzielić!

Mam nadzieję, że Twój początek roku nieco mniej dramatycznie się zaczął, ale równie kreatywnie!

Do usłyszenia niebawem - naturalnie, już tylko o drutach! :*

A.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Kelly Anorak


Nie do wiary, ale uszyłam sobie kurtkę! 

Ale od początku.. 

W drugiej połowie kwietnia rzuciłam się z motyką na słońce i postanowiłam zmierzyć się z wykrojem na kurtkę Kelly Anorak (klik). Dokładnie dzień poźniej postanowiłam sobie sprawę utrudnić, przynajmniej w moim, naiwnym jeszcze, żółtodzioba szyciowego mniemaniu, że jak już mam tę kurtkę szyć, to z podszeweczką.. a co! Dokupiłam radośnie dodatek do kurtki o podszewce i pomyślałam - wkróce!

Zbiegło się to w czasie z jednym z dwóch obwoźnych, tkaninowych jarmarków, na które chętnie zaglądam, gdzie szczęśliwie udało mi sie upolować dwa cięte kawałki jeansu w kolorze mauve (każdy ok 180 cm długi) w bardzo korzystnej cenie.. Przecież jak już mam szyć kurtkę i ryzykować, to zacznijmy od wyboru tkaniny, który mnie po kieszeni nie kopnie,  bo umówmy się, że na tym etapie sprawa nie była dla mnie aż tak jasna, czy ja w ogóle dam radę tę kurtkę odszyć... 

Tego samego dnia udało mi się zakupić też pasujące zatrzaski (na napownicę pożałowałam, ale to dlatego, że jej koszt mnie zwyczajnie zmierził... znacząco bowiem zwiększał już i tak niemałą inwestycję na rzecz tej kurtki), o suwaku w ogóle nie pomyślałam.. za to kupiłam tkaninę bawełnianą na podszewkę, która w ciągu kilku następnych dni zupełnie mi się odwidziała... 

Pamiętam też, że instrukcja szycia tej kurtki, będąca częścią wzoru, zwyczajnie mnie przytłoczyła ilością zawartych w sobie informacji.. Leżała sobie tuż obok lektur do poduszki i zwyczajnie zaczęła się kurzyć.  

Z początkiem czerwca tempo naszego życia nam jakoś tak drastycznie wzrosło, że zapomniałam i o tej kurtce, i o brakującej tkaninie na podszewkę, flizelinach, suwakach i napownicy. 

Do czasu, gdy swoją piękną kurtką pochwaliła się Marzena (klik). Dech mi zaparło i natychmiast pomyślałam, że skoro jej się udało z sukcesem tę kurtkę odszyć to i ja powinnam dać radę.... 

Kompletnie tego nie planowałam, ale z końcem listopada udało mi się wyrwać na kolejny jarmark tkaninowy, i to w dodatku w asyście Przyjaciółki ze szkolnej ławy, która wpadła na krótkie odwiedziny.. Ach! co to był za dzień! Musicie wiedzieć, że K. szyje prawie odkąd zaczęłyśmy tę szkolną ławkę współdzielić! Mało tego, jej życie mocno jest z tkaninami związane, więc spróbujcie sobie wyobrazić, co tam się z nami obiema działo! Alejki pełne towaru! stoły zawalone tkaninami, nad stołami zwisające girlandy kolejnych tkanin.. Na każdym kroku kusiciele.. piękne wzornictwo, luksusowe mieszanki, ciepłe boucle i wełny, patchworkowe bajecznie kolorami zmalowane bawełny, masa akcesoriów, tkanin tapicerskich... no wszystko! i to w jednym miejscu. 

Naiwnie pomyślałyśmy, że oblecimy sobie wszystkie stoiska i ich stoły i popatrzymy co tam mają, a dopiero potem zaczniemy zakupy.. Godzina minęła, a my jeszcze nie skończyłyśmy OGLĄDAĆ w pierwszym rzucie!

Oszczędzę Wam szczegółów, ale.. Mężowie nasi kilkakrotnie telefonicznie usłyszeli, że "jeszcze
tylko jakieś 10 minut! i kończymy..", ale żaden z nich się chyba tym nie przejął, bo listów gończych za nami nie wysłali, kawy sobie nie załowali, ciastek chyba też nie, i dobrze, bo spokojniutko mogłybyśmy do zamknięcia marketu (czyli jakieś 8 godzin?) łazić i oglądać.. :) Zdrowy rozsądek i lotniskowy check in nas od kompletnego bankructwa uratowały.. 

Ale.. Zakupy tkaninowe w zespół mają swoje uroki! Kochana K. cierpliwie znosiła moje wąpliwości w doborze kolorystyki na projekt tapicerski, za co bardzo jej dziękuję! Wzornictwo rozpoznaje w lot i trzepie nazwami producenta / projektanta tkaniny jak z rękawa - bardzo to pouczające i niezwykle ciekawe.. Na dodatek K. wypatrzyła jeden gadżet, o który podobno trudno w polskich sklepach, i wzieła sobie i mnie twierdząc, że mi sie na pewno przyda! Mam zatem w akcesoriach szyciowych najdroższą papierową miarkę, jaką mogłam sobie wyobrazić - i muszę Wam powiedzieć, że warta jest każdych pieniędzy! 

 Na tymże targowisku dokonałam już ostatniej inwestycji w rzeczoną kurtkę i nabyłam flizelinę. Bardzo to kosztowny gadżecik.. bardzo! Ale.. kazali, to nabyłam... na zapas!

Wracałyśmy do domu z pełnymi siatami, przekonaniem, że za mało kupiłyśmy (wiadomo!) i na pewno czegoś nam brakuje, że za krótko, że niedosyt, i że czemu K. nie mieszka za miedzą,  miałybyśmy używanie.. w sezonie prawie co 2 tygodnie w mojej okolicy! 

Już następnego dnia wrzuciłam pod igłę dresówkę i uszyłam sobie "asjusy",  "asjubasy" lub "asjumy" jak prześmiewczo nazywamy szyte przeze mnie dresy ;) Na fali sukcesu jadąc, następnego dnia (to był wtorek) zaczęłam zabawę z kurtką. W zapasach szmatkowych znalazłam bajecznie pasujący kawałek tkaniny (ścinek upolowany znów w bardzo korzystnej cenie) idealny na podszewkę (raczej syntetyk z lekkim poślizgiem). Nie bardzo potrafiłam sobie wyobrazić jaki to ja rozmiar mam wybrać szyjąc z dżinsu, więc myśląc, że podszewka prawdę mi powie, zabrałam się najpierw za nią. To nic, że mi się w newralgicznych miejscach nie zeszła, czyli dalej byłam w przysłowiowej czarnej.. Szyłam w zaparte dalej, nieco kurtkę w dole na wszelki wypadek poszerzając, ujmując nieco w zapasach szwalniczych. 

Jak przyszło do złożenia kurtki i wszycia suwaka, siedziałam do nocy, żeby się upewnić, że ja się jednak w tę kurtkę zapnę! Nawiasem, bo to też ważne jest, suwak uratowany został przed wyrzuceniem wraz ze starą kurtką Połówka, która się zaczęła sypać. Był znacząco za długi, ale udało nam się go skrócić i stopery śliczne w nim LUTOWNICĄ wyrzeźbić (tu się należą brawa dla Połówka!). W piątek już wiedziałam, że się wcisnę! w sobotę leczyłam migrenę.. pozycja przypodłogowej żaby na kręgosłup mi nie pomaga, a ja każdą szpilkę wbijam siedząc na podłodze, nie potrafię inaczej! wyczerpane oczy też potrzebowały chwili wytchnienia.. Do wieczora się leczyłam, wyczerpana szyciowym 5 dniowym maratonem (dzięki o losie za mrożone warzywa z patelni, jajka sadzone, makarony ze szpinakiem i inne potrawy, które się robi w 5 minut, bo padlibyśmy przez to moje szycie z głodu..), ale im ciemniej tym głowa jakby mniej ćmiąca i ręcę bardziej swędzące.. 

Wyciągnęłam harmonijkową podstawkę na pokrywki ze znanej i lubianej firmy z logo żółto-niebieskim ;), wyrysowałam na listwach równe odstępy, przysposobiłam Połówka w młot na chwilę robiąc z niego Thorka ;) i zaczęliśmy walić młotem w tę prawie skończoną - szytą na miarę i bez wytchnienia przez 5 dób, kurtkę i ją dziurawić! 


no i taka wyszła! 










Suwak z odzysku!


KAPTUREK!!!!


Jest i stoperek w suwaku Połówkową ręką zlutowany!


Są i kieszonki 3D..


Prosto, niczym tropem węża, ulokowane zatrzaski...





I wiecie co jest w tej kurtce najpiękniejsze? do wszystkiego mi pasuje!


Warstwy i moje najulubieńsze kolory!!!!



To doświadczenie po raz kolejny dowodzi jednego, można uszyć piękne i skomplikowane elementy odzieży, a kurtka na pewno do takich właśnie należy, będąc niedoświadczoną w szyciu, podobnie jak ja jestem! Potrzebny jest tylko dobry wzór. Ten mogę Wam gorąco polecić, bo oprócz bardzo detalicznej instrukcji szycia, każdy etap dodatkowo dostępny jest w postaci tutoriali fotograficznych przygotowanych przez twórcę / twórców tego wzoru. Naprawdę nie ma momentu, w którym pozostawiono by Cię samiuteńką.. Zdecydowanie jest to wzór dla szyjących od niedawna, tak jak ja. Pod warunkiem, że szyjesz w języku angielskim...... co dla mnie jest dużo łatwiejsze niż szycie według polskich instrukcji zawartych w magazynach szyciowych z wykrojami.

Od siebie dodam Wam jeszcze, że kurtka ta ma sporo pięknych detali i rozwiązań, które nawet doświadczonych w szyciu ucieszą, jak kieszonka przypominająca origami.. metoda burrito łączenia karczków (CUDOWNA SPRAWA), bardzo ciekawe stębnowanie rękawów (w czasie szycia przypominające tulipana!). 

Wyzwanie to ubranie - ależ jak najbardziej! I to ubranie było wyzwaniem ogromnym! ale bardzo, bardzo pouczającym! Mam w planie uszyć jeszcze przynajmniej dwa anoraki, trochę do nich dodając, nieco odejmując... ale teraz to ja sobie mogę rzeźbić w tym wykroju, bo już wiem jak go potem złożyć... może się wyrobię przed końcem zimy :D oby..


Oprócz kurtki udało nam się kilka jeszcze projektów obfotografować tej pięknej niedzieli (oczywiście dzierganych!) i mam nadzieję niebawem i je Wam pokazać! 

A póki co, życzę Wam pięknego początku tygodnia i do przeczytania niebawem! 


A. 

niedziela, 19 sierpnia 2018

sukienka

 Trudno powiedzieć dlaczego tę właśnie sukienkę odszyłam.. Wszystko zaczęło się bowiem od jednej takiej tuniki, opublikowanej w czerwcowej burdzie. Tunika była prosta niczym kaftan, (notabene tak została nazwana!!!), aż prostokątna w swej prostocie i zasadniczo miała być świetnym projektem do szycia dla początkujących. I pewnie taka by była, gdybym wytrwała w jej realizacji, ale tego nigdy się nie dowiem.. problem polega na tym, że już na etapie przenoszenia wykroju na papier w rozmiarze, który wybrałam, okazało się, że prosta - nie oznacza właściwa.. Przede wszystkim - nie mialam wystarczającej ilości materiału, żeby wybrany model wykrocić co do centymetra. A potem to już wszystko mi się ze sobą nie złożyło, jak chociażby zwężany dół przy szerokich ramionach (kompletnie nie kompatybilny z moimi dolnymi krągłościami, zapewne z zamiłowania do ciastków, bo natura tu niczemu nie zawiniła ;) ) jakieś marszczenia w górnej części pleców i przodzie, i wszystko pięknie okraszone bardzo niewielkim dekoltem w serek. 

Skoro już jednak powiedziałam A, trzeba było polecieć dalej z alfabetem. Tunika (klik) posłużyła mi jedynie jako bardzo ogólny zarys dla sukienki. Przód i tył znacząco skróciłam, żeby móc później doszyć do nich dolną spódnicę, okrągły dekolt wykroiłam od ręki, zarówno z przodu jak i z tyłu, a  nadmiary zamiast marszczyć, zamieniłam w zakładki, tylną ukrywając pod guzikami. 

I powiem Wam, że pękam z dumy, że ta sukienka w ogóle została odszyta! Trwało to, co prawda, kilka długich dni zanim mogłam powiedzieć: "skończyłam!", ponieważ rozgryzienie każdego z poszczególnych, trudnych dla mnie, elementów zwyczajnie zajmowało mi bardzo dużo czasu. Na dokładkę, zmiany kolejne były niemożliwe, bo po prostu nie miałam już więcej tego samego materiału.

Koniec końców, rezultat jest lepszy niż planowana kreacja, i chociać kompletnie nie jestem dziewczyną sukienkową, bardzo chętnię ją na siebie wkładam! 

Zresztą, jak sami niebawem zobaczycie, doskonale komponuje się z niektórymi moimi i nowymi dzianinami.. :) O czym już niebawem opowiem nieco wiecej!

A teraz zapraszam Was serdecznie na sukienki prezentację! 

Zdjęcia jak zwykle wykonał Połówek, który niczym prawdziwy instagramowy mąż, leżał na kamieniach, gdy trzeba było perspektywy żaby, słusznie przy swoim 192 cm wzroście cierpiąc przy tym katusze.. ;) Mam nadzieję, że rezultaty Jego poświęcenia zostaną przez Was docenione ;) 


















Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę przepięknego nadchodzącego tygodnia!



PS. 
wzór na Spring Bounty został niedawno opublikowany i jest dostępny jeszcze dzisiaj do północy w niższej (o -15%) cenie! (wzór jest dostępny tylko w jednej wersji językowej, w języku angielskim)




Wspaniałego dziergania Wam życzę! :*
do następnego razu!

A.

niedziela, 5 sierpnia 2018

letnie sz(ż)ycie

Jak obiecałam, tak czynię.. 
Top w połączeniu z letnimi szortami, które to uszytki zeszły z taśmy produkcyjnej w ciągu ubiegłego tygodnia, bluzka, tak dokładnie, to odszyta została wczoraj.. 

Tkanina z której powstała bluzka, to prawdopodobnie miks bawełniano wiskozowy, ale tylko zgaduję.. Szorty powstały z mieszanki lnu z wiskozą, strasznie kurczliwej w kontakcie z wodą.. jeszcze przed praniem, a już po uszyciu szortów, odejmowałam tu i tam bo generalnie wyszły nieco na mnie za szerokie. Wypranie tego materiału już po zakończeniu szycia sprawiło mi niemałą niespodziankę - ledwo się w nie zapięłam.. na szczęście upały i dieta arbuzowa w połączeniu z naturalną tendencją lnu do rozbijania się, sprawiły, że są idealne.. ale muszę się pilnować ze smakołykami, bo inaczej zamieszkają w szafie (młodszej i szczuplejszej siostry niestety nie posiadam....). Lekcja została odrobiona - grzecznie piorę wszystkie nowe tkaniny zanim zacznę nawet myślec o szyciu ;) 

Przeszłam samą siebie w przypadku tej bluzki, Po pierwsze, powstała ona w oparciu o wykrój, który opracowałam na podstawie kupionej bluzki, ale zaledwie nieznacznie go zmodyfikowałam, uzyskując zupełnie inną, nową jakość.. 


Po pierwsze, zamiast jednej podwójnej zakładki na plecach - wykonałam marszczenie, zajmujące jakąś 1/3 szerokości pleców. Żeby było to w ogóle możliwe, tył bluzki jest o właście 10 cm (albo i więcej) szerszy niż w białej bluzce. Obie części, front i tył, znacząco zostały, w porównaniu do białej bluzki, skrócone. 


Przód bluzki skrojony został w jednym kawałku, z rozcięciem V znacznie płytszym, ale wykonanym pod większym kątem. Zarówno górna cześć przodu przodu bluzki jak i pleców posiadają bawełnianą (lub jej mieszankę) podszewkę, która pięknie stabilizuje tańczącą na wietrze, lekką  tkaninę, ale jak widać nie do końca, bo jednak poły na przodzie nieco mi się rozłażą.. Cieszę się bardzo, że na podszewkę wykorzystałam subtelnie kontrastującą tkaninę, dzięki czemu roztańczone przody podobają mi się jeszcze bardziej. 

Stebnowanie w bluzce wykonane zostało tylko w kilku miejscach.. w jej dolnym podwinięciu..


.. oraz wzdłuż marszczenia, i tylnej części rękawów. To jedyny sposób by okiełznać wykorzystaną w rękawach taśmę stabilizującą, która przy każdym najmniejszym ruchu wyłaziła mi bokami.. 


A teraz najważniejsze.. nie wiem jak ja to zrobiłam.. Nie wiem czy potrafiłabym tę bluzkę odtworzyć. Jakimś dziwnym trafem potrafię przewidzieć, co mam wykonać i w jakiej kolejności, ale kompletnie nie wiem skąd.. To moja drugą w życiu bluzka, z której naprawdę jestem dumna, ponieważ nie sądziłam, że to się w ogóle uda! Jedno to jest przerabiać dzianinę, którą mogę modyfikować z zamkniętymi oczami, czymś zupełnie innym, dla mnie, kompletnej ciemnoty szyciowej, jest  zabawa z wykrojem oraz procesem szycia. Tu nie ma zmiłuj się, tu trzeba już wszystko z góry wiedzieć i założyć, jak chociażby kształt podkroju w dekolcie. Oczywiście, szycie bluzki letniej z ogromnym zapasem, daje duży zapas błędu, ciekawa jestem czy w przypadku żakietów sytuacja będzie równie przyjemna w rezultatach.. Ale o tym mam nadzieję przekonać się już wkrótce!


Dumna jestem z siebie niesłychanie! I wybaczcie proszę, że więcej ostatnio na łamach tego bloga szycia, niż dziergania i życia, ale nie wiem jakbym przetrwała te ostatnie tygodnie, gdyby nie maszyna i nasze wspólne szycie.. może nie ma futerka, ale mruczy przyjaźnie, chociaż nie miauczy, ogonków ma kilka, chociaż nie merdają, i o jeść nie woła, w nocy na przytulaski nie przychodzi, ale wraz z jej obecnością w moim życiu pojawiła się dawno zagubiona ekscytacja i radość tworzenia!

Trochę Was z nią, tą radością, pozostawię.. kocham szycie.. i mój nowy domek.. z którego kompletnie nie chce nam się na "wakacje" wyjeżdżać.. wystarczy z niego wyjść by nacieszyć oko takimi obrazkami...

.. piegi, które wylazły z gorąca, bo słońce jest dla mnie w tym roku za ostre..



.. i zachody słońca, które łapią za serce...



Spokojnej i pełnej wypoczynku niedzieli Wam życzę!

Do następnego, dzianinowego, mam nadzieję, razu! :*

A.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...