środa, 9 kwietnia 2014

Kuchenne r-ewolucje...

Oto jestem... i ten mój byt mierzy się własnie z wyzwaniem dającym nieograniczone możliwości odniesienia sukcesu jak i poniesienia porażki. Ręce mi się trzęsą jak Wam o tym piszę :) Zniszczę, czy nie zniszczę? uda się ,czy nie? aaaaa.. kto by się tam martwił skoro otwierają się dla mnie nowe wrota kreacji i tworzenia...
Z pewnością, niebywale kluczową składową całego procesu jest odwaga, i na pewno trochę szczęścia. Nigdy nie byłam dobra w kalkulacjach, choć jako uczennica liceum uwielbiałam lekcje chemii (no, nauczycieli już trochę mniej, ale zajęcia zawsze!) i wszelkie zadania dotyczące proporcji. Liznęłam wtedy przyjemności "mieszania" i poczułam ile zmiany może dać mikro szczegół w dozowaniu poszczególnych składników. Ale wtedy to była czysta teoria bez poparcia w praktyce i ledwie na poziomie zestawu dla dzieci "mały chemik". Teraz zaczyna się prawdziwa dla mnie przygoda, praktycznie mierzalna tą jednostką, którą sobie już od jakiegoś czasu umiłowałam, czyli sznurem. 


Motki do farbowania, które zakupiłam już czas jakiś temu, leżą sobie pozamykane w szafce z obawy przed niszczycielskim wpływem kurzu i mojego Rudego Towarzysza Życia. Nie wiedzieć czemu, zamówiłam takie cudowności, których nie mogę od tak sobie zaprzepaścić eksperymentalnym  farbowaniem lub zmuszona porażką w farbowaniu, na czarno-czarno pomalować! o nie! coś innego musiałam wyszukać. I znalazłam. Dawno temu zakupioną cieniznę, 100 % merino (jakieś 1400m w 100g) na konie, oczywiście zakupioną z myślą o pracy na maszynie dziewiarskiej. Wygląda na to, że tej konkretnie cienizny nie będzie mi w żaden sposób szkoda, bo mam jej jeszcze  jakieś... no, dużo w każdym razie :)

Żeby jednak nie było tak strasznie nudno, zamiast przewinąć w precelka, co w przypadku takiej cieniuteńkiej nici trwałoby pewnie wieki i nie wiem jaką eksplozją wulgaryzmów było okraszone, wykonałam coś a'la szal, ściegiem gładkim, oczywiście maszyną dziewiarską. Udzierg jest leciuśki - jedyne 61g, luźno dziergany, żeby mi te farbki w każdy zakamarek się wgryzły i przegryzły, a najlepiej elegancko w upragnione odcienie się zmieszały (no co, pomarzyć można, prawda? ;). 


Przydaje się, Wam powiem, w domu Mąż hobbycholik ;), posiadacz niebywałych urządzeń i gadżetów niezbędnych do modeli malowania i klejenia, oj przydaje. Wpadłam tam w jego szafeczkę na rekonesans... No, heroinista miałby u nas używanie, są igiełki, strzykawki, pipetki, tylko podgrzewacza jeszcze nie znalazłam, mnóstwo flaszeczek z farbkami (naliczyłam dziś dwadzieścia sztuk, z czego aż (!!!!) 6 w różnych odcieniach czerwieni - buu... ja mam tylko jedną :( ), jeszcze więcej pędzelków, taśmy, jakieś mazie i oczywiście - jednorazowe rękawiczki! :) Noo... to tak to ja mogę eksperymentować...;) Trzeba by tylko jakoś listę gadżetów niezbędnych dla mnie (na przykład chemiczne łyżeczki, takie co same odmierzają, menzurki, flaszeczki małe plastikowe z dziubkiem, żebym nie musiała do salaterek czy słoików (o zgrozo) tych moich wyczekanych farbek wlewać...) trzeba by było tylko taką listę jakoś zrobić i  sprytnie podpiąć Połówkowi do jego własnej niezbędnych przydasiów. Kto tam zauważy, że to nie dla niego :) 

My tu sobie pitu-pitu, a mi się tam wełenka moczy i czeka... no to lecę mieszać, pędzlować, brudzić się trudzić i zęby przy tym suszyć :) jak się do końca tygodnia nie odezwę, znaczyć to może tylko jedno, że źle wyszło i ze wstydu płonę ;)

A na pożegnanie, mały podgląd na Nelumbo w pozycji horyzontalnej (czyli na leżaku blokującym) i jego wiernego strażnika! Rudy pozwoliłby całą chatę wynieść obcym, ale moich udziergów dzielnie strzeże! szkoda tylko, że nawet mnie się do swetra zbliżyć nie pozwala i ogonem próbuje odstraszyć... kto by pomyślał, że kociska takie różowo-lubne ;)


Trzymajcie za mnie kciuki... może uda mi się pomidorówki dziś nie zzielenić ;)
Duży buziak! :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Nelumbo, czyli Lotus.


Wczorajszy wieczór był po prostu genialny... udało mi się zakończyć projekt swetra nad którym ostatnio intensywnie pracowałam w tym samym czasie ciesząc oko obrazami zawartymi w pierwszym odcinku nowego sezonu "Gry o tron" :D. I pomimo tego, że niektóre sceny  zaćmiły mi chwilowo umysł, w efekcie czego musiałam pruć i potem naprawiać jak już doszłam do siebie po emocjonalnym rollerkosterze, jakim zazwyczaj mnie ten serial obdarowuje, to i tak radość z tego, że udało mi się te dwie cudowne rzeczy robić jednocześnie - nie miała granic!:)

Nelumbo pokażę Wam dokładnie i w szczególe jak doczeka się sesji na modelu. Dziś pozwolę Was sobie ciupeczkę podrażnić i uchylić rąbka tajemnicy, co z malabrigowego koła pokazywanego Wam wcześniej (klik) ostatecznie powstało. Nie, to nie sukienka, nie spódnica i nie komin. Z pięknego koła powstał niezwykły sweter...
Czarno białe zdjęcia mam nadzieję pozwolą Wam uruchomić wyobraźnię...




Powstał sweter idealny, dopasowany w biuście, odcięty w talii i znów, jak to powoli staje się moim znakiem rozpoznawczym, bogaty w drobne, wykończeniowe detale. 
Wspaniale wymalowane na wełnie barwy od błękitów i turkusów, przez róże, wrzosy, aż po brązy, beże i szarości idealnie eksponują zastosowany w tym swetrze wzór. 
Nelumbo jest oficjalnie najdelikatniejszym i najbardziej luksusowym swetrem, jaki kiedykolwiek do tej pory wykonałam. Wełna w nim wykorzystana to Malabrigo Finito, kolor LOTUS, wyjątkowo delikatna i przyjemna w dotyku wełna, miękka, puchata... i oczywiście, niestety okropnie wrażliwa. Jest to jedna z tych dzianin, które mechacą się od samego nań patrzenia, a jak Wam wiadomo, gapiłam się na te motki od Połówka podróży (klik) za sznurem, czyli prawie pół roku. Warto było mimo wszystko poczekać na to aż zacznę rozumieć mowę tych moteczków, bo przemówiły do mnie w sposób dla mnie niespodziewany i bardzo subtelny.
Mam nadzieję, że Wam się spodoba. 

Po głowie ostatnio spaceruje spustoszenie siejąc idea nietypowa jak dla mnie. Mały chemik się we mnie zrodził i potrzeba komponowania barw. Wełny do farbowania już dawno dotarły, farbki też... tylko lęk się w głowie nagle zrodził, że ja te przecudne, miękkie i luksusowe wełny w naturalnym kolorze tymi eksperymentami zepsuję... no i masz babo placek, nie miałaś problemu, toś se nakupiła kremowych sznurków, kolorowych proszków i teraz biadolisz... ech...
To co, odważyć się? Czy nie odważyć? Co myślicie?

Pozdrawiam z Asjowej Motkolandii ;)


sobota, 5 kwietnia 2014

Street Chic wyfrunął z gniazda... :)

Wczoraj się nagadałam, dziś będzie krótko i na temat.



Jeśli masz ochotę wydziergać wraz ze mną swojego Street Chic'a zapraszam
 do mojego sklepu na Ravelry:


Miłego wieczoru :)

piątek, 4 kwietnia 2014

Testowanie na ekranie.

W przededniu publikacji mojego pierwszego swetrowego wzoru (tak, to pierwszy taki poważny dla mnie projekt! miejmy nadzieję, że Was nie rozczaruje :) ), postanowiłam napisać słów kilka o moich wspaniałych Testerkach, wśród których są też znane Wam i lubiane Blogerki - Dziewiarki (pozwolicie moje Drogie, że Was określę, oddając całość Waszego artystycznego dorobku, mianem Artystek! :) 

To One stanęły na wysokości zadania i przetrzepały (dosłownie!) i wyplewiły pierwszą wersję wzoru z plew i chwastów, czyli błędów i błędzików, których mimo usilnych chęci nie dałam rady wystrzec się podczas pisania. To One właśnie, podczas najmniejszych problemów i niejasności informowały mnie na bieżąco, nierzadko wysyłając fotografie, które dodawały skrzydeł i wywoływały przysłowiowego banana na ustach, widok, który Szanownego Połówka zadziwiał każdego dnia, bo witał mnie słowami - "a ty co się tak szczerzysz? w którego totka wygraliśmy? " :P :) To One właśnie stały się przyczyną, dla której Szanowny Połówek nie raz nie dostąpił zaszczytu powitalnego całowania i ciągnięty za rękaw w butach i całym rynsztunku z torbą pracową na ramieniu w te pędy MUSIAŁ biec do monitora oglądać wysłane przez Nie fotografie! To One w końcu sprawiły, że Połówek był wielokrotnie wyrywany z objęć Morfeusza i w środku nocy przymuszany do wyrażania głośnego zachwytu na widok najnowszego zdjęcia! :) 
One również wykazały się niebywałą uwagą i dbałością o szczegóły, taktem i zrozumieniem, doradzając zmiany, które Wam pozwolą szybciej i łatwiej wykonać własnego Streeta.
To one, na sam koniec, wykonały fantastyczną pracę dziewiarską, tworząc piękne wersje tego samego sweterka, zostawiając w każdym odrobinę siebie. 

Nie znajduję słów na to by wyrazić wdzięczność Wam, moje Drogie Strażniczki Wzoru! a mam za co dziękować, bo choć wyobraźnia moja do ubogich nie należy, Wasze prace przerosły całkowicie moje oczekiwania i wyobrażenia... Bardzo Wam za to Dziękuję :)

Oto trzy Wspaniałe Dziewiarki, których przepiękne Streety doczekały się publikacji w blogosferze: 

Zdjęcia pochodzą z podanych poniżej blogów i są własnością moich Drogich Koleżanek - ja je tylko za ich zgodą pożyczyłam :) 

Kasia, autorka bloga fiubzdziuu.blogspot.com i jej patriotyczny ;) Street Chic: klik
Marzena, autorka bloga welnianemysli.blogspot.com i jej wiosenny Street Chic: klik
Kasia, autorka bloga bogaczka.blogspot.com i jej turkusowo-cytrynowy Street Chic: klik

Każdy piękny, każdy wyjątkowy!

A teraz pozwolę sobie napisać słów kilka o testowaniu z punktu widzenia autorki...
Bosze... jakie to trudne jest! przestrzegana byłam co prawda przez koleżanki z Ravelry, że  proces testowania do przyjemnych czynności nie należy, ale pomyślałam sobie - co to dla mnie! dam radę! Jednak zębów zagryzanie nie jest moją ulubioną czynnością. Włosy z głowy rwałam jak tylko pojawił się jakiś błąd, bo przecież ja nie mogłam (wiem, głupiutka jestem ;) ) żadnego błędu popełnić? ale jak to? nie jeden? więcej? co chwilę jakiś? łooo matko - z czym ja do ludzi wychodzę? wstyd na całego... chciałam się zapaść pod ziemię, gdy zamiast oczek 7 wpisane miałam we wzorze oczek sztuk 6.. no dramat to przecież jest, prawda??? ;)

Miałam to szczęście w testowym nieszczęściu, że trafiłam na żywo zaangażowane w proces twórczy testerki, które wyłapały wszelkie drobne błędy korygując je oraz moje błędne myślenie o sobie również. Nie wszędzie i nie zawsze muszę być perfekcyjna (no nie... na to to ja się nie tak całkiem jeszcze zgadzam.... ), a wzór podobnież piękny jest i do publikacji się nadaje.. nie wierzyłam, bo jak niewierny Tomasz - jak nie zobaczę, nie uwierzę! Kity mi dziewczyny wciskały - założyłam błędnie. Ale nadszedł w końcu ten dzień, w którym pierwszy Street testowy został zakończony... i rozpłynęłam się jak masełko na parapecie w letni poranek... bo to moje pierworodne dziecię jest, takie piękne, takie udane, takie wyczekane!

I co z tego, że włosów mam z tego rwania mniej, zmarszczek na buzi sztuk kilka przybyło, co z tego, że kilka nocy przez ten miesiąc zarwaliśmy z Połówkiem, że brzuszek stresowo pobolewał, co z tego? Jeden miesiąc oczekiwania w napięciu dał owoc w postaci kilkunastu pięknych Streetów :)
Warto było! i chcę więcej! :D

Piszę o tym ja -
dumna Street Chic'ów  MAMA :)

PS. publikacja wzoru planowana jest w najbliższy weekend! :)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...