piątek, 26 czerwca 2015

Czarina

Kto to widział na początku lata dziergać ciepły sweter!?

JA! właśnie czynię przygotowania do takiego projektu, włóczki przekładam, ostrzę sobie drutki i kreślę pomysły w głowie. 

A dla Was mam niespodziankę! 

Jeśli i Ty masz chęć mimo upałów wydziergać sobie ciepły sweter, opis na Czarinę już od dziś jest dostępny!


Po raz kolejny, przy współpracy z niezwykle utalentowanymi Testerkami (ja to mam szczęście!!!) powstała cudnie barwna i niezwykła kolekcja sweterków, powstałych w oparciu o ten sam opis! Są i krótkie, są i wydłużone wersje, te klasyczne, "pięknie ciapate", i nawet dwukolorowe! Zresztą sami popatrzcie:


Opis na ten sweter dostępny jest w dwóch wersjach językowych, angielskiej oraz polskiej, przy czym po raz pierwszy, pod wpływem Waszych komentarzy, zdecydowałam się pozostawić angielskie skróty dziewiarskie i wzbogacić je polską instrukcją. Po raz pierwszy zdecydowałam się w ten sposób  opracować opis i mam nadzieję, że taka jego forma przypadnie Wam do gustu. 

Ilość Waszych komentarzy pod postem na temat tłumaczenia na język polski przerosła moje najśmielsze oczekiwania! Bardzo za każdy jeden głos dziękuję :) Podsumowanie Waszych komentarzy zasługuje na oddzielny post na ten temat, ale już dziś mogę zdradzić, że zdania w tym temacie są bardzo podzielone! więcej o tym już niebawem! 

Póki co, serdecznie zapraszam Was do mojego sklepiku na Ravelry, gdzie Czarina już na Was czeka! (do 30 czerwca opis ten dostępny jest w specjalnej, o 15% niższej cenie!) 

Miłego dnia!

czwartek, 25 czerwca 2015

Dziergam, bo to kocham i się tego nie wstydzę :)

O dzierganiu można gadać godzinami, wystarczy znaleźć pokrewną duszę, która podobnie jak my, ma te same zainteresowania. To akurat nic nowego i nadzwyczajnego, bo jak wiadomo powszechnie, godzinami można gadać o literaturze, o piłce nożnej, o kosmetykach czy torebkach, o malarstwie, nawet ściennym, jeśli taka jest nasza "brożka", o grach komputerowych, o językach obcych, mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale najważniejsze już chyba zostało powiedziane, musi być to WSPÓLNE zainteresowanie, współdzielone przez obu rozmówców. Ot cała filozofia.. Niewątpliwie pasjonata sportu nie będzie doskonałym rozmówcą dla dziewiarki, ale już maratonista - dlaczego nie!? Każdy potrafi przecież biegać, ale  biegać i dziergać jednocześnie to już niekoniecznie.. A jednak, są takie zdolne maratonistki - o proszę bardzo (KLIK)

Każda z nas ma swoje powody, dla których zaczęła swoją przygodę ze sznurem, ja tych pierwszych nie pamiętam, stało się to jakby naturalnie, bo nie było wtedy ani gier komputerowych, ani atrakcji w internetach i jakoś czas sobie człowiek musiał zorganizować. Wyklejanki szybko mi się znudziły, do rysowania nigdy nie miałam talentu, gotowanie szybko stało się obowiązkiem, ale sznur był od zawsze w ścisłej czołówce spraw "to do", jak się nudzę. Już od małego wykazywałam się talentem niebywałym, bo potrafiłam każdy, nawet w kulkę splątany łańcuszek, rozsupłać, ku radości mojej Kochanej Mamy, która znów miała talent niebywały do splątywania wszystkiego, co się tylko dało ;) Grunt to się uzupełniać, prawda? :D Zawsze jednak dziergałam w samotności, a jeśli już w towarzystwie, to w zaciszu własnego domku. Wszyscy w rodzinie bliższej i dalszej wiedzieli, że dłubię coś na drutach wiecznie, ale nikt nie przywiązywał do tego większej wagi. Ot nic to szczególnego, ja dziergam, kiedy inni chodzą na fitnessy, albo grzebią w ogródku. Wszyscy z nas mogliśmy się czymś pochwalić, ja zazdrościłam koleżankom wyćwiczonej sylwetki, albo genialnego jak dżungla magiczna ogródka, a oni mnie szyjootulaczy :) Choć nie, wtedy to mało kto czegokolwiek mi zazdrościł, bo włókna na których pracowałam nie były niczym szczególnym. 


Właśnie wróciłam od lekarza.. teraz sobie częściej pochodzę, choć wcale nie mam ochoty, ale plecy dają w kość i leczyć muszę, i znów, jak prawie podczas każdej wizyty tam, wzbudzam ciekawość.. Nie sobą, choć kto wie? ;) ale tym co na sobie mam. A wiadomo, że coś mam na sobie zawsze. Chustę. Szalik. Czapkę. Sweterek, taki czy inny, ale zawsze jakiś. :D Odkąd mieszkam w Niemczech dwukrotnie byłam hospitalizowana, raz nawet dziergałam podczas rekonwalescencji. Do tej pory pamiętam minę jednej pani, jak podczas jednej takiej wizyty wystąpiłam w swoim moherowym szalu.. wiecie, taki znoszony już był, wyświechtany, ale wciąż ulubiony, i podczas mojej nieobecności w przypisanym szpitalnym pokoju, ktoś, wraz z całym moim w szafie pozostawionym dobytkiem, mnie do innego pokoju przeprowadził... Jakież było moje zdziwienie, jak po otwarciu szafy już w nowym pokoju okazało się, że szal jest wyeksponowany jak cudo jakieś! :D Potem musiałam się szefowej w rejestracji tłumaczyć skąd to i jak to? :) To są miłe momenty.. Podczas ostatniej wizyty w szpitalu obchód (12 osobowy z Ordynatorem na czele - ponoć gwiazdą w dziedzinie) zastał mnie nad rękawami do Vivacity.. Dziergałam wtedy jak w amoku, byle więcej, byle nie bolało.. przeciwbólowe otumaniacze nie pomagały się skupić, ale lekarze (wszyscy!) lekko się zdziwili barwnym zezwłokiem na kolanach i fruwającymi kłębkami w dwóch kolorach po podłodze.. :) Wtedy też poznałam bardzo miłą i serdeczną rekonwalescentkę, która trafiła do szpitala właściwie niespełna dobę przed moim wypisem. Fajnie było mieć towarzystwo "do pogadania", bo jak się później okazało, niestraszne tej pani były szydełka, druty czy maszyna do szycia. Ale jak zobaczyła mojego Los Herviderosa, w który się odziałam tuż przed wyjściem, to pani zasadniczo zbladła nie dowierzając, że ten sweter wydziergałam w rękach. 

Nie dziergałam nigdy wcześniej nigdzie poza własnym i bezpiecznym, domowym zakątkiem, wśród ludzi.. Trochę się tego mojego dziergania wstydząc, właściwie nie wiem dlaczego. Ale wiecie co? Chromolę wstydy! dziergam, bo lubię, dziergam tam, gdzie chcę, co chcę i jak chcę. Nie muszę się nikomu tłumaczyć, a frajdę mam zawsze wielką, bo ludzie reagują dziwnie... ;) 

W Holandii przed paroma laty dziergając na ławce po raz pierwszy w życiu chyba, o mały włos doprowadziłam do kilku rowerowych wypadków, tak się za mną oglądali! (Tak powstawał mój Color Explosion dziergany w oparciu o projekt Veery, Color Affection), Inky według projektu Marzeny Krzewińskiej wystąpiła ze mną na ławce nad Menem we Frankfurcie, i to był czad! wiało okropnie i co chwilę mi tę robótkę zwiewało z kolan, więc dla każdego przechodnia musiałam komicznie wyglądać, jak blondynka z ostrym różem wymalowaną flagą ;) no mało pokojowo to wyglądało ;) 

Podczas tegorocznych wakacji w Dorset dziergałam wszędzie, gdzie się dało. W restauracji czekając na realizację zamówienia, spotkałam się z uśmiechami od ucha do ucha. W tawernie, do której przypadkowo trafiliśmy, panów siedzących popołudniową porą nad piwkiem i rzucających w tarcze rzutkami, lekko zdezorientowałam swoją "aktywnością". Dziergałam z zapałem również podczas przeprawy przez Kanał La Manche, wzbudzając zainteresowanie niezależnie od płci czy od wieku! no fakt, miałam już tego szala sporo, co niewątpliwie mogło być powodem tych licznych, i zaciekawionych spojrzeń :)


Najlepsze jednak były komentarze na plaży zasłyszane. Siedziałam, a dokładniej leżałam sobie pod klifami z idealnie wygodną konstrukcją, podtrzymującą obolałe plecy i dziergałam szal, szal niezwykły, kolorami eksplodujący, innymi słowy, byłam w transie.


Przechodziła koło mnie 5 osobowa grupa, z jednym samcem alfa i 4 pięknymi kobietami w różnych grupach wiekowych. Wszystkie reprezentantki płci pięknej, niezależnie od wieku,  mijając mnie, przykrytą wełnianą feerią barw, milcząco i z ciekawością kontemplowały to, co robię, powiedziałabym nieskromnie, z dozą zaszokowania pomieszanego z podziwem w oczach. Za to pan, będący chyba jednym z tych, co zawsze wszystko lubi wyśmiać, podsumował, "że najlepsza pora na sztrikowanie to przecież gorące lato! zima się zbliża, trzeba się przygotować!". On się śmiał pełną gębą, bo taki był dumny z tego swojego "żartu", za to panie mu towarzyszące, milczały dystyngowanie, nawet chłopina nie wie, jak bardzo trafił w sedno! :D

Jeśli lubisz biegać, ubierasz buty i idziesz na ścieżkę bez skrępowania, jeśli kochasz grzebać w ziemi, wychodzisz do ogrodu i brudzisz sobie ręce, zapewne w towarzystwie sąsiada czy sąsiadki, robiących dokładnie to samo. Z dzierganiem jest podobnie, jeśli lubisz to robić, jeśli masz z tego radochę, bierz te druty do torby i noś je ze sobą, a jak Cię dopadnie chęć, wyciągaj i dziergaj, nie ważne czy to w poczekalni, czy na podwórku obok piaskownicy czy huśtawek, na których Twoje latorośle wygibują swoje ciało. Nie daj sobie wmówić, że to nie wypada, nie daj sobie na ramiona wrzucić ciężaru wstydu, bo nie ma czego. A jak już go w środku nosisz i został Ci podobnie jak mnie, wszczepiony podskórnie, walcz z tym! Odkąd zaczęłam z robótką w rękach wychodzić "do ludzi" spotkały mnie same warte wspominania sytuacje, nawet jeśli nie zawsze miłe, to z pewnością ciekawe. Ot, co najwyżej będziesz mieć kilka anegdot więcej do opowiedzenia przy rodzinnym stole ;)
A nóż widelec, może z robótką w ręku zachęcisz koleżankę siedzącą obok na sąsiedniej ławce do zrobienia tego samego? i nagle się okaże, że bratnią duszę do pogadania o sznurze miałaś na wyciągnięcie przysłowiowego druta! ;)

A Tobie gdzie zdarzyło się do tej pory dziergać? jakieś odjechane miejsce? kino? Teatr? kolejka górska?  :) jakaś niezwykła z dzierganiem w tle przygoda Ci się już przytrafiła? Podziel się nią ze mną!

Miłego dnia Kochani!


poniedziałek, 22 czerwca 2015

tłumaczyć nie tłumaczyć..?? i na dokładkę JAK tłumaczyć, oto jest pytanie!

Kochani, szkrybię.. piszę, śnię po nocach o skrótach, skrócikach, liczbach, schematach i innych takich, ale zagwozdkę mam! Obudziłam się dzisiaj pełna wątpliwości czy tłumaczyć i jeśli tak, to w jaki sposób. W związku z tym pojawiło się pytanie - zagadka dla WAS. 

Który z poniższych przykładów jest dla CIEBIE bardziej czytelny

Przykład A: 

k do następnego m, sm, p2tog, powtarzaj *k1, p1* do 3 sts przed końcem rzędu, k1, p2tog, pm (dodano 2 oczka)
skróty:
k - oczka prawe
p - oczka lewe
sts - oczko/oczka
m - marker
sm - przełóż marker
pm - wstaw marker
p2tog - 2 oczka lewe przerobione razem

Przykład B: 

o.p. do następnego m, pm, 2o.l.raz., powtarzaj *1o.p., 1o.l* do 3 o. przed końcem rzędu, 1o.p., 2o.l.raz, wm (dodano 2 oczka)
skróty:
o. - oczko
p - prawe
l - lewe
m - marker
pm - przełóż marker
wm - wstaw marker
2o.l.raz. - 2 oczka lewe przerobione razem

Nie ma tutaj odpowiedzi złych, wszystkie są ważne! wszystkie tak samo istotne! Liczy się jednak ta pierwsza myśl, która pojawi się w Twojej głowie! 

Podziel się nią ze mną w komentarzu! 
(to samo pytanie zadałam na FB, jeśli wolisz, możesz tam wyrazić swoje zdanie: KLIK

Z góry dziękuję! 
Każda kolejna opinia pozwoli mi opracować lepsze tłumaczenie, które Wam z kolei, pozwoli wydziergać to, co ja już mam :) Dlatego, odwagi, pomóżcie mi podjąć decyzję! 


wtorek, 16 czerwca 2015

Nie-w-sosizm..

Budzisz się czasem wstając lewą nóżką? ale taką prawdziwie lewą, kiedy nic nie smakuje, nic się nie podoba, deszcz znów leje, a jak słońce świeci, to znów za mocno, kawa jakaś gorzka, a jak pocukrujesz,to znów za słodka się wydaje, chleb wcale nie chrupie, choć powinien, jajecznica jakaś taka wodnista, albo przypalona. Dzień to zazwyczaj wyjątkowy i nic nadejścia takiego nie zapowiada, a jednak każdemu się zdarza. Wiesz jak to się nazywa? ten stan, kiedy choćby Ci róże pod nogi zamiast kłód kładli, będziesz uważnie po nich stąpać i narzekać, że Ci się po nich nóżki ślizgają, albo złościć się będziesz, że Ci płatki między paluchy włażą. To nie-w-sosizm. Nie w sosie jesteś, muchy masz w nosie, grymasisz i marudzisz, i nic i nikt tego nie zmieni. Co wtedy począć..?


Nie podejmuj żadnych ważnych decyzji.

Nie rozważaj, nie planuj, nie zakładaj niczego, bo wszystko co sobie założysz będzie skazane i tak, choćby tylko w Twojej głowie, na niepowodzenie, a to wystarczy by się zniechęcić. Jeśli wcześniej wpisana data w kalendarzu sugeruje, że to właśnie dziś powinnaś coś zmienić/zdziałać/zakończyć, odłóż to na kilka godzin później, muchy w nosie mogą się ostatecznie pod koniec dnia ulotnić musisz tylko im w tym pomóc.

Napisz do przyjaciela.

.. zrób sobie przysługę i się dziesięć razy zastanów kto na taki tytuł w Twoim życiu zasługuje. Nie pisz do kogoś, kto Cię zdołuje, lub Twoim kosztem sobie swój własny humor poprawi, napisz do kogoś, kto wyciągnie rękę, i choć ma zazwyczaj głupie pomysły, na które się normalnie nigdy się nie zgadzasz, pozwól sobie na szaleństwo i daj się przyjacielowi wciągnąć. Niech to będzie głupota, drobiazg, aktywność, spotkanie, kawa w fajnym miejscu, twarz do Ciebie uśmiechnięta, człowiek z wigorem i radością cieszący się tym, co ma. Nie pisz wtedy do marudy, który narzeka na "dzień dobry", nie pisz do zagonionego, który nigdy nie ma czasu, nie pisz do tego, kto dla Ciebie ma czas tylko od święta. Pisz do tego, kto na Ciebie czeka, kto się ucieszy, że jesteś i go potrzebujesz. Nie masz takiego przyjaciela? To się zastanów czy w ogóle jakiegoś przyjaciela posiadasz.

Przewiń sobie motek.

Zasadniczo nie ma znaczenia jaką czynność podejmiesz, każda będzie lepsza niż siedzenie i narzekanie. Przewinięcie motka jest własciwie niegroźne, niewiele możesz zepsuć. Możesz naczynia pozmywać, podłogi umyć, krzesło ze starej farby odrapać, kwiatki przesadzić, pranie poskładać, albo wyprasować. Pobrudź sobie ręce, zmęcz się, ale nie wybieraj zajęć, które wymagałyby od Ciebie więcej zaangażowania, pozwól sobie na chwilowe lenistwo umysłowe, spal trochę kalorii w ruchu, zasłużyłaś od czasu do czasu na odpoczynek od obowiązków obciążonych odpowiedzialnością i zrób coś, cokolwiek, byle tylko działać. To naprawdę pomaga.

Wyłącz FB.

Nie wiem czy też tak masz, jak ja, ale jak mnie nie-w-sosizm dopadnie wszystko mnie tylko bardziej drażni i męczy, co ciekawe, nie tyle smutne obrazki i tragedie mnie wtedy irytują najbardziej, ale sukcesy innych, cudne i roześmiane ich oblicza, zadowolone miny, kolorowe kwiatki, cudownie kolorystycznie zgrane potrawy (kto tak równo układa schabowego na talerzu? skąd wziąć tak idealnie okrągłe ziemniaczki?), no wszystko mnie drażni. Jak na takie obrazki patrzę to sobie od razu myślę, że tylko ja taka jestem nie-w-sosie i tylko mi się nie układa, choćby tylko w mojej głowie, ale jednak. Jak tu sobie poprawić humor, jak porównanie zawsze w dół mi wychodzi, ktoś jest lepszy, ładniejszy, więcej widział, więcej ma, jest tam gdzie ja bym chciała, albo ma dokładnie to o czym ja marzę. 
Prawda jest jednak taka, że w większości przypadków te wyrwane z innych życia chwile są tylko fragmentem. Nie wiesz, co ta druga osoba musiała poświęcić, żeby Twoje marzenia ziścić, nie wiesz, jaką drogę przeszła, co się stało, że jest tam, gdzie Ty byś chciała, robi o czym marzysz, czy po prostu kipi szczęściem. Wyrywek, który jest piękny często jest tylko chwilowy, z pewnością prawdziwy, ale wciąż nic więcej nie wiesz. Jak masz muchy w nosie, to gwarantuję, choćby nie wiem co, umysł zawsze sprowadzi Cię na taką ścieżkę myślenia, że niechybnie wylądujesz na tej szali porównań gdzieś w głębokim dole. Jak się nie-w-sosizm włączy, nie włączaj lepiej tego, co grozi pogorszeniem nastroju. 

Zrób coś tylko dla siebie. 

Jak każda baba, w te dni nie-w-sosizmu, lubię się ciut porozpieszczać. Każda z nas jest inna, każda ma swoje własne smaczki i słabostki. W taki koszmarny dzień, gdy wszystko jest nie tak, jak już się zmęczysz fizycznie, pogadasz z przyjacielem, odłączysz do świata i wciąż nie będzie dobrze - zrób sobie przyjemność, ale taką prawdziwą, wyjątkową, tylko dla siebie. Zjedz lody, jak je lubisz, upiecz ciasto, jeśli lubisz kucharzyć, idź na zakupy, jeśli to cię relaksuje, albo podziergaj (to ja!), poszukaj wymarzonej włóczki (to też ja!), kup sobie nowy gadżecik do dziergania (dziś właśnie nabyłam sztuk kilka). Nic nie pomaga zmagać się z nie-w-sosizmem, jak te skradzione, całkiem egoistycznie chwile tylko dla siebie. Ciesz się nimi. Wyłącz telefony! Nie otwieraj drzwi (no chyba, że czekasz na kuriera z włóczką - to otwieraj!). Pobądź choć ciut sama ze sobą i swoją przyjemnością. I nie miej wyrzutów sumienia, że sobie na nią pozwalasz. To nie musi być cały dzień, czasem wystarczy kwadrans (ile czasu potrzebujesz na zjedzenie gałki lodów?), albo jeszcze mniej, ale niech to będzie Twój czas tylko. 

Jak to mawiała Scarlett O'Hara: w końcu jutro też jest dzień..

Nie-w-sosizm to stan ledwie przejściowy, nie trwa wiecznie, ale lubi powracać, nie daj mu się, zapobiegaj, przeciwdziałaj, wdrażając od czasu do czasu jeden z powyższych punktów. I po prostuj szanuj siebie i swoje dobre samopoczucie. Nawet najsilniejsza łodyga nie udźwignie więcej niż może.. pozwól jej czasem odetchnąć. 

Nie dziergam dzisiaj, sznurki ledwie przekładam, za nic się nie chwytam, co wymagające, pogadałam już z Przyjacielem, popracowałam ciut fizycznie, a za chwilę zamierzam pochłonąć przynajmniej dwie kulki ulubionych lodów. I wiecie co, jutro będzie piękny dzień! prawda? :D

Miłego Dnia kochani!

Serdecznie dziękuję za wszystkie cudne komentarze pod ostatnim postem! Siła Waszych słów uskrzydla! :* 


czwartek, 11 czerwca 2015

Seductress / Uwodzicielka

Nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach przyrody zdecydowałam się zakupić włóczkę na ten sweter, ale była to moja pierwsza przygoda z The Uncommon Thread. Długo trwało zanim zdecydowałam się wybrać kolor, jeszcze dłużej trwało zanim kliknęłam guzik "kup", pełna lęku i niepewności, że na nią nie zasługuję.. Miałam nadzieję, że jak już do mnie dotrze oczaruje mnie na tyle mocno, że bez zawahania wrzucę ją na druty. Tak też się stało. I choć kolor niebieski lub wariacje na jego temat nie należą do mojej ulubionej palety kolorów z tym było inaczej. Kolor tej włóczki nazywa się Orion, i, jak już nazwa słusznie podpowiada, jest to kolor nieziemski! Ciemny, nasycony, nęcący, kuszący, głęboki i intensywny w swojej elegancji. Krzyczał, nawet nie prosił, a wrzeszczał o projekt równy sobie. Elegancki, głęboki, intensywny i z w swej prostocie kobiecy, ale z pazurem. Taki jest też i ten sweter. Głęboki, z prostymi liniami, sexapilem, choć nieoczywistym i niewidocznym na pierwszy rzut oka. 

Przedstawiam Wam z przyjemnością sweter, który nosiłam w głowie i sercu już od dawna, musiałam tylko znaleźć tę odpowiednią dla niego włóczkę. Oto są. Ona i On. Para idealna. 

Seductress














Zdjęcia tego sweterka powstały w ogrodzie, z którego mogliśmy korzystać podczas naszego urlopu każdego dnia.. Magiczne miejsce, dopracowane w każdym calu, fantastycznie rozświetlone , zwłaszcza promieniami zachodzącego słońca. Gospodarze, u których gościliśmy, codziennie pytali nas czy nie mamy ochoty w tym ogrodzie popracować (w ramach agroturystyki, jak mniemam ;) ), ale nie śmialiśmy.. zważywszy na fakt, że w moich rękach uschnie nawet kaktus, nie chcieliśmy ryzykować utracenia tej magii i świeżości wypielęgnowanego ogrodu, jaką w nim zastaliśmy, ale korzystaliśmy biernie bardzo chętnie. Ja dziergając, Połówek czytając. 

Lubię takie projekty jak ten, swetry nieoczywiste, z pazurem, ale też i z klasą, lubię prostotę i stonowanie.. lubię bardzo, jak dzianina jest dodatkiem, i jak bez przeszkód przyrasta na drutach. Tak też było w przypadku tegoż swetra. Tak to ja dziergać lubię... 

A co Wy myślicie? 

Pozdrawiam Was ciepło i do następnego razu!


środa, 10 czerwca 2015

Nasze angielskie wakacje, czyli Asja z drutami w drodze ;)

Mam wrażenie, że jest już prawie jesień... prawda to? e nie... niemożliwe, ale jednak, ostatnich kilka tygodni dało nam się nieźle we znaki. Kocham podróżować, poznawać nowe zakątki, macać nowe włóczki, spotykać się z bratnimi duszami, czy odwiedzać kiedyś nasze "śmieci", ale podróżowanie leniwe, urlopowe, kiedy nic się nie musi, a wszystko można, smakuje nam zawsze najlepiej. Tym razem wakacje smakowały nam jak "fish & chips" :D 

Do tych wakacji nie przygotowaliśmy się wcale, spakowaliśmy co potrzebne (włóczki też! a jakże!) i wyruszyliśmy w drogę. Wiedzieliśmy, że chcemy odwiedzić Poole i kilkoro naszych serdecznych Przyjaciół tam mieszkających, ale poza tym nie mieliśmy żadnych skonkretyzowanych planów, poza leniwym wypoczynkiem. 

I tak w ubiegłą sobotę leniwie bujając się na falach, skąpani słońcem i smagani wiatrem, pokonaliśmy Kanał La Manche, kierując się w stronę Dover, którego śnieżnobiały klif nas oczarował. Potem była jazda "pod prąd", czyli po lewej stronie, na szczęście Połówek wyśmienicie i praktycznie bezboleśnie przestawił się na tę drugą stronę, by ostatecznie dowieźć naszą dwójkę i zacumować na dni kilka w Poole.. nie mam zdjęć z tego weekendu, ledwie kilka wykonanych w pośpiechu, ponieważ całą naszą uwagę poświęciliśmy niezwykłym ludziom, z którymi mogliśmy tych kilka cudnych dni spędzić (Kochani M. i P-A. DZIĘKUJEMY :* :* :* !!!!)! Oczywiście, były też i atrakcje, chociażby pyszne (nigdy nie podejrzewałam, że tak powiem!) "english breakfast" z bajerami (były i kiełbaski, i bekon, i jajka, i tosty, i oczywiście fasolka!!!), które nas napełniło do późnych godzin wieczornych.. rozumiem, że można takie śniadanko zjeść okazjonalnie, może od święta, ale codziennie chyba nie dałabym rady... Były też i leniwe spacery, dzikie konie żyjące na pięknych stepach, znajdujących się tuż obok Poole, był też i korek spowodowany krowami na wypasie ;), wąskie uliczki, cudne chatki ze strzechami, malownicze krajobrazy.. 

Pod koniec naszego pobytu w Poole było też i spotkanie dziewiarskie, takie mikro, bo dziewiarek było sztuk ledwie dwie, ale za to JAKIE! Miałam przyjemność spotkać się z Babąrudą (klik) i zasmakować przepysznych w jej wykonaniu krewetek, podratować swój podróżny i nad wyraz ubogi zapas przydasiów (DZIĘKUJĘ!), no i oczywiście pobuszować w jej zasobach z DIY, choć własnie sobie teraz zdałam sprawę z tego, że Beatka nie pokazała mi swoich/naszych sweterków! Jak to się stało, nie mam pojęcia, trudno - muszę do Ciebie jeszcze kiedyś, Beatko, przyjechać!!! :D 
(Bardzo Ci dziękuję za to jak cudnie nas przyjęłaś! :* :* :*) 

Po dwóch dniach wypełnionych atrakcjami udaliśmy się ostatecznie w miejsce, w którym przyszło nam się "byczyć" przez kilka następnych dni. Wybierając lokalizację naszej bazy daliśmy się zasugerować jednemu z seriali kryminalnych, o tytule Broadchurch. Historia historią, genialna zresztą, ale oprócz fabuły zauroczyły nas niesamowicie klify, które stanowiły cudne tło dla tejże historii. I tam też, w pobliżu tych cudnych klifów, wypoczywaliśmy przez kolejne dni i noce! 

Oto West Bay i jej największa atrakcja! 




Oto Asja wypatrująca zagrożenia z góry (mewy krążyły nad naszymi głowami i bałam się bombardowania!)


a tu poniżej muszelka z wkładką (żywą!) wielkości stopy! ;)


Przysięgam, dawno nie wysmagało mnie tak wiatrem jak podczas tego spaceru!


Pierwszego dnia naszego wypoczynku wpadliśmy pobuszować w lokalnym supermarkecie, gdzie Połówek wypatrzył stoisko z czasopismami o dziewiarstwie. I teraz muszę się Wam do czegoś przyznać.. jakiś czas temu, niedługo po publikacji wzoru na Vivacity (klik), odezwała się do mnie redaktorka Knit Today (klik) z prośbą o udostępnienie zdjęcia tegoż projektu i obietnicą publikacji wzmianki o nim na łamach ich miesięcznika, zadziałaliśmy ekspresowo, ale do końca nie wiedziałam, w którym ostatecznie numerze pojawi się moja dziewczyna. 



Teraz wyobraźcie sobie Połówka wśród regałów z gazetkami DIY, poszukującego tejże gazetki, wszystkie zafoliowane, bez możliwości zaglądnięcia do środka. Ostatecznie nabyliśmy dwa numery, ale szczęście nad nami czuwało, bo już w pierwszym numerze, po szybkim przewertowaniu stron wypatrzyliśmy TĘ właśnie!


Duma mnie rozpiera, to fakt, ale widzieć minę Połówka zaglądającego do gazety z dziergadłami z uśmiechem od ucha do ucha - BEZCENNE! :D 

Tego samego dnia, wciąż smagani wiatrem i skąpani słońcem - wypoczywaliśmy, Połówek zaczytany, ja zadziergana, w takich oto okolicznościach przyrody: 



Przyznaję, każdą wolną chwilę tych wakacji wykorzystywałam na dzierganie, nie miało znaczenia gdzie i w jakich warunkach, zawsze miałam ze sobą torbę z robótką na podorędziu, czy to w samochodzie, czy w knajpie bądź restauracji, czekając na kelnera, czy to podczas spacerów, albo zwyczajnie na ławce w pięknych zakątkach, do których Połówek nas zawoził, wszędzie wyciągałam drutki i dziergałam ile się da! I tak na przykład podczas jednego z naszych wypadów do Weymouth zawędrowaliśmy na wyspę Portland, a dokładniej na jej czubek, gdzie naszym oczom ukazał się taki widok!


I jak tu w takim miejscu nie dziergnąć? choćby jednego oczka, jednego rządka? no jak? ;)


Do Weymouth dotarliśmy w godzinach popołudniowych, gdzie na własnej skórze, a dokładniej we własnych uszach poczuliśmy czym jest angielska punktualność. Spacerowaliśmy sobie przez miasteczko jedną ze sklepowych uliczek, gdy nagle usłyszeliśmy bijący w oddali dzwon. Sekundę później usłyszeliśmy prawie idealnie zsynchronizowany zgrzyt przekręcanych kluczy we wszystkich znajdujących się tam sklepikach! niebywałe!

Weymouth to przede wszystkim pięknie usytuowana w zatoce miejscowość turystyczna, ze starym, malowniczym portem i wcale nie oldschoolowymi jachtami (!!!), przez krótką chwilę rozważaliśmy planując nasze wakacje tę właśnie miejscowość jako naszą bazę, ale na szczęście tak się nie stało. Zdecydowanie wolimy ciszę i spokój, jaką odnaleźliśmy w naszym zakątku. W tej miejscowości sporo jest też atrakcji większych i mniejszych dla rodzin z dziećmi. 


Większość naszego urlopu spędziliśmy jednak w West Bay. Połówek śmigał górami, a ja, oszczędzając obolałe ostatnio plecy, polegiwałam w dole, oczywiście z robótką w ręku ;) 


Widzicie tego "wieloryba" na niebieskim kocyku? - to ja! :) 

Wszystko co zobaczyliśmy, wszystko co zaobserwowaliśmy bardzo nam się podczas tych wakacji spodobało. Jedyne, czego właściwie nie widzieliśmy to angielskiej pogody, bo przez cały tydzień naszego pobytu nad naszymi głowami świeciło piękne słońce. Mgłę, mżawkę i deszcze zostawiliśmy na następną wizytę w Anglii - bo, że następna będzie, nie mam żadnych wątpliwości!

Na chwilę obecną próbujemy wrócić do jakiejś rzeczywistości. Kota już w domu, dała nam wczoraj do wiwatu, dziś już się chyba wyciszył (piszę chyba, bo z Odinem nigdy nic nie wiadomo!) i rokuje dobrze, ale budzi się z drzemki rozmiauczany, domaga się pieszczot na każdym kroku, śledzi mnie niczym mój własny cień, i jak tylko może, układa się tuż obok, a najlepiej na nas, żeby mieć nas ciągle na oku. Miejmy jednak nadzieję, że niebawem się uspokoi i wróci do swojej codziennej rutyny, bo budzenie się co 2 godziny, bo kota się zrywa w środku nocy i miauczy, nie służy żadnemu z nas.. 

Z tej wycieczki przywiozłam również zakończony szal! Mam nadzieję, że już niebawem uda nam się go obfotografować i Wam pokazać! :) 

Ściskam Was bardzo serdecznie, życząc Wam udanej reszty tygodnia! (do weekendu ledwie 2 dni jeszcze! Wytrzymacie? ;) 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *