piątek, 30 maja 2014

Jak rozpu/ie-ścić dziewiarkę? czyli jak się z włóczkowych kajdan oswobodzić.

Kocham być kobietą! I uwielbiam trafione prezenty! rozpieszczanie/rozpuszczanie mnie to wyjątkowo radosna chwila, w której nie obowiązują żadne reguły. Trafiony prezent, to gwarancja obejrzenia mnie w najdziwniejszych pozycjach ( w locie, w przysiadzie, znów w locie) z paszczą rozdziawioną i obowiązkowym suszeniem zębów, oraz kompletnie niekontrolowanymi okrzykami radości, brzmiącymi bez mała jak deklamacja wszystkich samogłosek z naszego pięknego alfabetu w przeróżnej konfiguracji.

Ale zanim do oczekiwanego prezentu, wymarzonego, wytęsknionego dojdę, nakreślę Wam króciutkie dla niego tło.

Przed kilkoma dniami, Połówek, po niespełna tygodniu pobytu w domu zapakował walizki i wybył na tzw. kolejną pracową delegację. Tym razem obyło się bez płaczów i zgrzytania zębami, bo to miała być tylko chwilka. Szczerze powiedziawszy, nie zauważyłam, że go nie było - czemu kompletnie zawiniła Lukrecja (rękawy na finishu!) i trwające testy Nelumba. Krótko mówiąc, zleciało jak z bicza strzelił...

Tym razem Połówek udał się do krainy pomidora i makaronu, oraz sławetnych lodów, i poniekąd włóczki, bo kto z nas nie słyszał o b/wł-oskich wełnach z kaszmirem?? Wiedziałam, że tym razem nie będzie mowy o żadnych prezentach, bo będzie tam krótko i pospiesznie, i na dokładkę  "będzie miał duuuużo załatwień". Krótka podróż, to też mały wyrzut sumienia, że mnie zostawia samą, więc tym bardziej nie miałam co liczyć na zadośćuczynienie mierzone w metrach... Ale... i tu się zaczyna historia...

Przed dwoma dniami zadzwonił Połówek do mnie w pośpiechu nakazując mierzenie parapetów.. Hę? z lekkim zdziwieniem nie bardzo widząc jakikolwiek możliwy związek poleciałam plątając się w Lukrecjową wełnę i potykając o własne nogi mierzyć czym popadnie. A że w zasięgu wzroku i ręki były tylko miarki dziewiarskie, centymetrem krawieckim i metalową linijką druciano-próbkową poczyniłam wszelkie pomiary i skrupulatnie Mężowi podyktowałam. Licząc na nagrodę za swoją ciężką pracę, opłaconą kilkoma siniakami i wielce prawdopodobnym cofaniem się w pracach nad Lukrecją, wzięłam głęboki wdech pełen oczekiwania... i usłyszałam pośpieszne: "dzięki" i "pa".. i piiip złowieszcze, sygnalizujące koniec rozmowy oraz "brzdęk" rozbijających się o podłogę nadziei i oczekiwań własnych. Rozczarowania pełna zasiadłam do prac naprawczych tego, co w Lukrecji w biegu sknociłam, i zaczęłam dumać..: "na co?", "po co?" i "dlaczego?" tłukło mi się w głowie bezustannie.. Jego przecież nie zapytam, no to poleciałam na FB i zapytałam Was. Nie skłamię, jak powiem, że w kupie siła! a jak dorzucić do tego jeszcze dziewiarskie i kreatywne zapędy, to wychodzą całkiem fajne pomysły. Bo po co normalnemu śmiertelnikowi wymiary parapetu? Oto kilka wspaniałych pomysłów:
  • na serwetkę/koszyk/komodę/szafeczkę/donicę
  • na grubego kota
  • jedna z Was zasugerowała, że widocznie Połówek przelicza ilość niezbędnej do projektu włóczki po powierzchni parapetu ;D
  • i oczywiście na włóczkę
Nadszedł TEN dzień, kiedy wszystko stało się jasne i wraz z Połówkiem do domu zawitała pewna piękność, a właściwie to dwie piękności. 




Miętka to kaszmirowe szaleństwo i rozpusta w DK (30%!!!!) z merino, mak to wełna fingering 100% merino. Obie podane w opasłej, bo 200 g precelkowej formie :D 

Radość moja całkowicie zaćmiła zdolność, którą się szczycę, a która zawsze (!) pozwala mi wywęszyć nieprawdę Połówkową.. Podsycana Waszymi komentarzami próbowałam dociec o co mogło z tym parapetem chodzić, ale Połówek skutecznie mnie na manowce sprowadził kituś bajduś opowiadając, o paczkach wełną wypchanych, o pięknych ulicach oraz pierwszym prawdziwym sklepie Prady... Zasnęłam spokojnie owinięta w miętowo-makową przytulność i jakoś zapomniałam...

A tu dzisiaj dzwonek do drzwi i paczka, nie dla sąsiada tym razem, a dla Połówka.. podejrzane mi się to wydało, długie toto, w folię zapakowane, no cuś... Dzwonię w te pędy do adresata, pytam co mam z tym robić - "rozwiń Kochanie" słyszę, no to siadam i próbuję do wnętrza zawiniątka się dostać. Trudne to było zadanie, kilkadziesiąt metrów zielonej foli rozsupłać, ale się udało... zamarłam.. zgłupiałam.. i zaczęłam (patrz: pierwszy akapit) niekontrolowane radości wyrażanie. 

Oto ono:



W ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką drewnianej konstrukcji, radość mnie niosącej a Połówkowi kajdany włóczkowe z rąk zdejmującej. Wyswobodził się z niewoli, jakże dla mnie słodkiej, a dla niego męczącej, jednocześnie sprawiając mi tym niebywała radochę :D 

Tym jakże prze-radosnym akcentem życzę Wam przemiłego i pełnego wyczekiwanych prezentów niespodzianek od Waszych Połówków/Połówek weekendu. 
Czasem warto "radary" kłamstwo rozszyfrowujące na wakacje wysłać ;D







sobota, 24 maja 2014

N(i)elumbo vel Stormy Rays


Są takie promienie słońca, które tuż po burzy wychodzą z za chmur wnosząc odrobinę radosnego światła.
Nelumbo-nie-nelumbo, dzięki Makunce zyskało nową, krótszą nazwę: N(i)elumbo (Makunko! dziękuję!), którą bardzo dowolnie ;) przetłumaczyłam na angielskie: Stormy Rays.



Sweter ten do pełni szczęścia potrzebuje jedynie kieszeni, na które nie starczyło mi już włóczki. Ma swoje wady, właściwie to całkiem sporo, ale pewnie ich nie zauważycie (a może jednak?), więc powiedzmy, że taki właśnie miał być ;D




Jego największą zaletą jest nakrycie głowy!
Uwielbiam!
Przydaje się podczas wietrznej, przedburzowej pogody!


Podczas krótkiej sesji zdjęciowej wpadłam na pole koniczynek. Od razu wypatrzyłam jedną, wyjątkową, czterolistną.. i porwałam!
Mam nadzieję, że przyniesie mi masę szczęścia na najbliższe miesiące ;D




Pocieszające jest to, że po każdej burzy, po każdym sztormie w końcu ostatecznie z za ciemnych i złowrogich chmur wyglądnie nieśmiało słońce. 
Jak nie dziś, to z pewnością jutro!

Ale nie zaszkodzi temu szczęściu i słońcu małym czterolistnym talizmanem pomóc.. ja już swój mam.. A Ty?

Miłego i słonecznego weekendu!

środa, 21 maja 2014

IV Sympozjum AW: PRÓBKA. Samo zuuoo, czy świętość?

Dawno nie było u mnie Dziewiarskiego Sympozjum.. dawno nie było godnego tak zacnego grona dziewiarek, jakimi My wszystkie jesteśmy, tematu. Co Wy na to, żeby dziś pogadać o podstawach?


Próbka, gauge, swatch, zwał jak zwał, wszyscy wiemy o co chodzi. A jeśli jeszcze są jakieś wątpliwości będzie krótko i na temat.

  • Czym jest próbka?
Próbka, z języka ang. gauge, to nic innego jak ilość oczek/rzędów znajdujących się w kwadraciku o powierzchni 10cmx10cm (lub 4"x4"). Czym zatem próbka jest dla każdej dziewiarki - JEDNOSTKĄ MIARY!

Pewnie pomyślisz sobie, że zwariowałam, bo przecież jednostki miary znane nam od zarania dziejów to metry, centymetry, milimetry (może niektóre z Was pamiętają jeszcze decymetry?), cale, stopy, czy inne znane i używane na całym świecie. Owszem, to są jednostki miary, które obowiązują też i nas, ale... 

Standaryzacja jednostek miary obowiązuje wszędzie. Co oznacza nie mniej ni więcej, tylko tyle, że 1cm ma taką samą długość w Polsce, w Stanach, czy Afryce. Ale z dzianiną, której najmniejszym mierzalnym elementem jest oczko, to już nie jest takie proste.

Dlaczego to takie ważne by robić próbki?
  • dzierganie jest jak pisanie, każda z nas robi to inaczej!
Każda z nas ma inny styl/technikę/sposób dziergania, i w związku z tym używając tej samej wełny i tych samych drutów możemy uzyskać różne wymiary dzianiny pomimo tego, że ilość oczek będzie taka sama. Dlaczego? Przede wszystkim w różny sposób prowadzimy nić, w związku z czym możemy uzyskać różne wysokości oczek (te dziergane luźniej są dłuższe, te dziergane ciaśniej krótsze i  mniej elastyczne). Dlatego w większości projektów autor doradza, by dobierać rozmiar drutów tak, aby otrzymać najbardziej zbliżoną do oryginału próbkę, bo tylko dzięki temu uzyskamy projekt najbliższy ideałowi.
  • Płacę - wymagam!
Jeśli sięgamy po gotowy projekt, za który musimy często zapłacić, oczekujemy, że otrzymamy idealną dzianinę. Jednym z ważniejszych elementów każdego gotowego przepisu jest próbka (gauge), która zazwyczaj znajduje się na początkowej stronie każdego przepisu. Wszelkie wymiary podane w danym projekcie powstają w oparciu o taką próbkę. Jeśli Twoja próbka różni się od tej podanej w przepisie, nie możesz mieć pretensji do autora projektu, że Twój ostateczny udzierg będzie miał inne wymiary. To Ty nie spełniłaś podstawowych założeń projektu, więc jeśli możesz mieć do kogoś pretensje, to tylko do siebie. 
  • "Próbka to strata czasu..."
Jak często myślisz w ten sposób o próbkowaniu? ile czasu potrzebujesz na wydzierganie kwadracika o powierzchni 12cm/12cm? 15 minut? a ile czasu pracujesz nad swetrem czy chustą? miesiąc? Jaka to zatem oszczędność czasu jeśli przeskoczysz 15 minutowy etap dziergania na rzecz wielotygodniowej i nieudanej ostatecznie pracy? 
  • "Jedno oczko mniej czy więcej nie robi różnicy..." 
Kto by się tam przejmował jednym oczkiem.. prawda? Zastanówmy się jednak czy faktycznie warto umniejszać wagę tego "jednego oczka".

Przykład 1.
 na potrzebę tego przykładu, wyobraźmy sobie, że z wełny typu fingering robimy na drutach sweter, próbka 26 oczek/34 rzędy. 
Załóżmy, że nasza sylwetka posiada idealne wymiary 90-60-90
sweter w obwodzie biustu powinien mieć zatem 90 cm. 
dzięki prostej kalkulacji na propocjach możemy łatwo przeliczyć:

90cm (mój wymiar) - ilość niezbędnych oczek
10 cm (próbka) - 26 oczek

Aby obliczyć ilość niezbędnych dla naszego wymiaru oczek wykonujemy proste działanie:

90x26/10 = 234 

ilość oczek dla uzyskania dzianiny o 90 cm obwodzie w oparciu o daną próbkę to 234

Załóżmy, że nie chciało nam się zrobić próbki i w związku z czym nasza próbka jest większa o 1 oczko. 
10cm - 27 oczek
? - 234
234x10/27 = 86.7 cm 

jedno oczko więcej dla danej próbki dla tego przepisu to aż 3.3cm różnicy w długości.
dwa oczka więcej w próbce i zamiast oczekiwanych 90 cm będziemy mieć 83.5 cm 

Przykład 2. 
załóżmy, że zamiast wełny fingering użyjemy DK o metrażu 300m/100g. Próbka nasza tym razem to: 19oczek/24rzędy

Znów chcemy mieć sweter o idealnych wymiarach 90-60-90
90cm - ilość niezbędnych oczek
10cm - 19 oczek

aby uzyskać wymiar 90 cm w oparciu o próbkę musimy nabrać 171 oczek.
jedno oczko więcej? oto jego waga:

171x10/20 = 85.5cm, czyli jedno oczko więcej/mniej w próbce i mamy 4.5cm różnicy w obwodzie.

Wniosek: im mniej oczek w próbce, tym waga tego jednego jest większa. 

Próbka jest nawet na dołączonych do motków etykietkach od producenta
  • Próbkowanie - prawda o mnie!
Nie ma dobrego spotkania Anonimowych Włóczkoholików bez uzewnętrzniania się. Oto zatem prawda o mnie:
Jeszcze całkiem niedawno myślałam sobie, że próbka to strata czasu i za dużo zachodu, marnuję cenny czas, który mogłabym przeznaczyć na nabieranie oczek na projekt. Długo żyłam w przeświadczeniu, że "na oko" wychodzi świetnie i nie ma sensu tego zmieniać. I tak było, do pierwszej prawdziwej wielomiesięcznej porażki. Nagle otrzeźwiałam i zaczęłam myśleć. Potem dodatkowo zdyscyplinowana uczestnictwem w testach i przymusowym próbkowaniem doceniłam jego wartość - testowanie to nic innego jak sprawdzenie danego projektu właśnie w oparciu o próbkę, jeśli próbka jest inna, to nie ma mowy o sprawdzeniu czegokolwiek.
Nagle okazało się, że jak zrobię próbkę to wychodzi mi dzianina, która jest prawie identyczna z moimi oczekiwaniami, którą zamiast pruć i po kątach rozstawiać, noszę z przyjemnością. Nie popełniaj zatem moich błędów i zacznij próbkować, jeśli jeszcze tego nie robisz, a zobaczysz różnicę!

Czy warto zatem próbkować? Ja mówię, że warto! 
15 minut dodatkowej pracy = brak rozczarowania! 


No to teraz, Drogie Panie, jak to jest z Wami? Próbkujecie? czy wolicie hazard i ryzyko? 
Jakie są Wasze doświadczenia?

wtorek, 20 maja 2014

N(i)elumbo szuka imienia...

Nadszedł wyczekiwany przeze mnie moment, w którym ostatnie oczko w Nelumbo-nie-nelumbo doczekało się zamknięcia, kąpieli i ostatecznie poleguje sobie korzystając z pięknej słonecznej pogody. Jedyne co mi pozostało zanim z przyjemnością go na ramiona wrzucę, to wmontowanie guzików (operacja wyjątkowo nieprzyjemna, ale do wytrzymania) oraz pochowanie kilku maluśkich niteczek. Udało się zrobić to, co założyłam. Nie musiałam iść na kompromisy, choć trochę liczę na magiczne właściwości blokowania na mokro. Mały ażurek idealnie się rozprostował i rokuje dobrze. Wystarczy wsadzić do niego małego - blond człowieczka z uśmiechem od ucha do ucha i liczyć na pogodę podczas najbliższego weekendu. 


N(i)elumbo z imienia roboczego nieszczególnie jest jednak zadowolone.. 
Oto zatem prośba do Was, IMIĘ..
każdy pomysł jest dobry, każdy pomysł się przyda! Burza mózgów oczekiwana..
skojarzenia wprost i nie wprost, każde będzie na wagę złota!

Dajcie się ponieść fantazji :D

Pomożecie?

I na koniec Łubinowa Mgła vel Lukrecja w robótce
(moja duma i chluba)

na prawo

na lewo


Z góry za wszelkie pomysły dziękuję :D


piątek, 16 maja 2014

Lukrecja..

Lubicie landrynki? Ja jakoś nie przepadam za nadmiarem cukru w cukrze, ale jak dodać do landrynkowej słodyczy odrobinę anyżku lukrecji smak zwykłego cukierka nabiera nowego charakteru. 
Przedstawiam zatem słodką landrynkę lukrecją okraszoną.


Wełna wykorzystana w tej farbowance to fingering merino z domieszką (10%) kaszmiru i nylonu. I powiem Wam szczerze - 10% robi różnicę ogromną! Wygląda na to, że znalazłam idealną wełnę do farbowania! 
Skręt w tej wełnie jest fachowo zwany perlistym, dzięki któremu farbowanie tej wełny w porównaniu do innych było czystą przyjemnością, a efekt uzyskany nie tyle jest piękny, co naprawdę wielowymiarowy. Barwniki wnikały jak masełko w rozgrzanego tosta, wysycenie koloru udało mi się uzyskać idealne, no, może mogłam tę szanowną landrynkowość osmolić większą dawką lukrecji, ale osobiście nie mogę wyjść z podziwu jak piękne kolorystycznie połączenie udało mi się uzyskać. I to tylko przy użyciu dwóch kolorów! 
Dwóch! :D 
Niebywałe!


Farbowanie, tym razem odbyło się metodą potocznie zwaną garową.. i podobnie jak w przypadku farbowania zachmurzonego nieba (klik) ta metoda gwarantuje sukces bez blaknięcia. Mimo tego, że się z tą wełenką nie patyczkowałam, nie puściła nawet odrobinki koloru podczas płukania tuż po farbowaniu. 
Zatem, przechodzę na garową stronę mocy i oficjalnie zakańczam moją współpracę z urządzeniem z "mikro" i "fala" w nazwie. 





Zafarbowałam całe 400 g, czyli 4 moteczki, niestety, ale podczas płukania moteczki się ze sobą poplątały i coś mi się wydaje, czeka mnie niezła przeprawa z rozplątywaniem podczas zwijania. 
Połówek dziś wraca, będzie miał zajęcie :D


Prosto z frontu, Natsumi poszło w kąt na rzecz Nelumbo-nie-nelumbo, w którym ledwie kilka rzędów dzieli mnie od zakończenia głównej części sweterka i rozpoczęcia prac nad rękawami! Nieskromnie powiem, wyszło lepiej niż oczekiwałam! Więcej szczegółów mam nadzieję już niebawem!

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę wspaniałego weekendu!

wtorek, 13 maja 2014

...


Wena do pisania pojechała sobie wraz z Połówkiem na piaszczystą plażę bez morza i babki z piasku układa. A ja kompletnie bez pomysłu zabieram się za krótki raport z dziewiarskich robót. Bo choć do pisania nie mam ostatnio serca, to do dziergania owszem mam. Dziergam, czyli żyję i mam się dobrze :D
Nelumbo-nie-nelumbo doczekało się pewnego oczekiwanego przeze mnie etapu: mierzenia guzików :D Co ciekawe, guziczki te gościły w moim domku już od prawie roku, ale dopiero teraz doczekały się projektu, miejmy nadzieję, godnego ich urody. 


Właśnie zakończyłam talię i śmigam już bez żadnych dekoracyjnych ściegów gładkim, czyli planuję przyrost obserwować z godziny na godzinę. Potem jeszcze tylko rękawy.. i kołnierz. Właściwie sama jeszcze nie wiem jak wykończyć ten sweterek na górze, pomysł jest jakiś, ale wciąż się waham. Prawdopodobnie o wszystkim zadecyduje ilość pozostałej włóczki, bo mam ogromną ochotę zabrać ten sweterek ze sobą w planowaną niebawem podróż i nie chciałabym czekać na dostawę włóczki w tym kolorze. Zobaczymy co z tego wyjdzie.


Rudego wystarczy spuścić na chwil kilka z oczu i już... siedzi sobie i się do spania na Malabrigo układa. Udało mi się zrobić jedno zdjęcie zanim zaczął mi w kadr włazić, a skoro już tam był, mam nadzieję nie będziecie mieć mu za złe, że zasłania robótki swoją szanowną rudością.


Skalny turkus doczekał się projektu, więc naprawdę się nie nudzę. Jak mi się znudzi jeden sweterek, albo kolor, przesiadam się na drugi projekt. Też chętnie go zabiorę ze sobą więc się spieszę. Rękawy, jak tylko maszyna zechce współpracować spróbuje zrobić na maszynie. Oby zechciała!


A projekt ten to Natsumi z BT Wool People

A co u Was ciekawego na drucikach? 
Myślicie jeszcze o wełnach czy już same letnie projekty dziergacie?
Pozdrawiam!

sobota, 10 maja 2014

pociąg do farbowania..niech mnie ktoś zatrzyma!

Podobno po każdej burzy wychodzi ostatecznie słońce, a po każdej słonej porażce nadchodzi moment słodkiego sukcesu. 
Udane farbowanie to z mojej perspektywy, na ten moment, nie tyle umiejętność dobrania proporcji barwników, sposobu farbowania do uzyskanego efektu, co bardziej łut szczęścia nowicjusza. I choć sromotna porażka, jaką odniosłam podczas chabrowego farbowania na chwilę mój zapał do całej zabawy w barwne kucharzenie ostudziła, wskoczyłam na przysłowiowego konia i złapałam byka za rogi! 
I wsiąkłam... lazurowo:


Zanim jednak opiszę Wam szczegółowo co i jak tym razem zadziało się w pracowni Małego Chemika, pokazuję efekty tuningowania chabru gradową burzą. 

przed tuningiem 

po tuningu

Burzowa wersja chabru zdecydowanie bardziej odpowiada moim oczekiwaniom, może uda mi się ostatecznie uzyskać w dzianinie efekt spranego dżinsu, jaki mi się na samym początku zamarzył... zobaczymy..


Jest taka włóczka, Botany Lace Araucani, która przez jakiś czas śniła mi się po nocach. Turkus zmieszany ze szczyptą żółci i prawie czerni. Piękna kolorówka, ale jakby niedofarbowana. Ponieważ turkusy lubię wyraziste, a szarości uwielbiam połączyłam te dwa kolory licząc na bezpieczne połączenie kolorów i oto co udało mi się zmalować:


Nie wiedzieć czemu dopiero o zmroku wpadłam na genialny pomysł, żeby zacząć farbowanie, a jak wiadomo kolory w świetle żarówki niespecjalnie pokrywają się z tym, jak prezentują się w świetle dziennym. Potrzeba zażegnania porażki i osłodzenia sobie życia małym, lazurowym sukcesikiem była jednak większa, niż zdrowy rozsądek. 
Tym razem farbowałam w miseczce, przygotowałam sobie wcześniej recepturę na stworzenie turkusu w ulubionym odcieniu, i polewałam jak leciało miksując naprzemiennie z szarością. Po zakończonej zabawie w taplanie się w misce całość zawinęłam w woreczek i wrzuciłam do mikrofali. Tym razem podgrzewałam robiąc przerwy pomiędzy kolejnymi cyklami i udało mi się nie doprowadzić do eksplozji.  


Już podczas wczorajszego wypłukiwania tej wełny po ostudzeniu zauważyłam, że po dodaniu preparatu do prania wełnianych produktów kolor się spiera i blednie w oczach. Zastanawia mnie w czym leży problem? Za mocny to środek do prania wełny farbowanej w warunkach domowych? czy cała procedura farbowania u mnie kuleje i barwnik się nie utrwalił? (o wszelką pomoc proszę specjalistki w temacie).
Mimo blaknięcia kolor mi bardzo odpowiada.. 
Jest takie miejsce w Krakowie, Zakrzówek... tak mi się właśnie ta wełna kojarzy... skały i lazur wody..


A skoro lazur i skały mi się marzą, co prawda w Krakowie, a nie na Chorwacji..eh.. To nie mogło zabraknąć i piaskowego Nelumbo-nie-Nelumbo.
Rozdzieliłam właśnie rękawki od reszty sweterka... nieskromnie powiem, bardzo mi się podoba, co do tej pory widzę. A Wy co myślicie?

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego i pełnego odpoczynku weekendu!

czwartek, 8 maja 2014

Mały Chemik w akcji.


W sprawie gustu ponoć się nie dyskutuje.. Ja się sprzeczać nie będę, ale nie mój ci ten niebieski                   z poprzedniego postu i już.. 
Dlatego poczyniłam eksperyment czterema podstawowymi kolorami, które oprócz niebieskiego znajdują się w moim asortymencie małego chemika, czyli czerwienią, żółtym, różem oraz czernią.
I oto donoszę:
  • Eksperymenty były 3, od najmocniejszych roztworów, aż po prawie śladowe ilości barwnika w cieczy.
  • na zdjęciach: im bliżej flaszeczki tym mocniejszy roztwór danego barwnika.
  • Ogólne wnioski - jak kobieto sypniesz za dużo czarnego to wyjdzie czarny, nawet z niebieskiego :D







A to wszystko zaczęło się od tego chabrowego błękitu..


To teraz czekam na Wasze opinie - na co farbować? co się podoba? 

Pozdrawiam!

Słomianość versus kreatywność.

Słomianość? Słomianowatość? Słomość? 

Jak nazwać poprawnie ten stan, w którym obecnie się znajduję? O konsultację u Pana Miodka się prosi... no prosi się jak nic!
Stan słomiany zwany również słomianym wdowieństwem, czyli chwilowe rozdzielenie z życiowym partnerem, to według niektórych moich Czytelniczek czas rozbudzenia kreatywności. Zastanawiające.. Czy to oznacza, że codzienny kontakt z partnerem zabija naszą kreatywność? Czy to może ta tęsknota, którą podczas rozłąki odczuwamy zmusza nas do wyjścia w procesie tworzenia poza ramy, do których przywykliśmy? Wiadome jest, że jak Go nie ma, to się nudzę ciutkę bardziej niż normalnie, i staram się upływ czasu nieco przyspieszyć najchętniej jakimś interesującym zajęciem, bo jak ręce pracują, oczy odnotowują niezaprzeczalny progres, to i zegarek nagle przyspiesza. Czy oznacza to jednak, że jak się nie nudzę, to nie jestem kreatywna? Albo, że jak On jest blisko, to pomysły mam kiepskie? 
Jak to z Wami jest? Obecność ukochanej osoby bardziej pomaga, inspiruje, wspiera i motywuje do kreatywnego działania, czy raczej najlepsze pomysły na jakie wpadacie zdarzają Wam się podczas rozłąki z Ukochaną Osobą?

Zmieniając temat... no nudzę się jak Połówek się gdzieś tam po świecie włóczy. Nudzę się przeokropnie. Nie potrafię się nudzić. Tylko w jednym miejscu nuda mimo zmniejszonej ilości doznań nie istnieje i jest to morze i plaża. Tam mogę siedzieć, kontemplować, okiem tylko mrugać godzinami i nigdy się nie nudzę. Ale teraz potrzebuję czuć upływ czasu, najlepiej mierzalny widocznym progresem. O tym co poniżej możemy chyba powiedzieć, że jest widoczne ;D Ale do tego zaraz wrócę... 



Nuda i brak pomysłów na dziewiarskie projekty to jeden z tych momentów, kiedy można mnie zastać podczas sprzątania, którego fanką nie jestem. Oczywiście sprzątam regularnie, ale bardziej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności. Pisałam Wam ostatnio, że szukając pomysłu posortowałam ciuchy na te, co "jeszcze założę",  "pewnie nie założę" oraz "nigdy przenigdy - po co Ty to trzymasz?!". Poszło całkiem sprawnie i jakoś nie miałam wyrzutów sumienia rozstając się z niektórymi rzeczami. Zapewne nie bez znaczenia było to, że potrzebowałam zrobić miejsce na moją ciągle powiększającą się kolekcję swetrów. Oto ona: 


Jedyne 18 sztuk, w tym 7 kardiganów, 3 golfy, 1 tunika, 1 sukienka... I wszystkie dostąpiły zaszczytu wystąpienia na blogu...
I takie moje całkiem niewinne pytanie, załóżmy, że już powoli zaczynam rozmyślać co zrobię, jak tych swetrów będę mieć za dużo... Co Wy w takiej sytuacji robicie? bo przyznam się szczerze, już powoli zaczynam odczuwać mały dyskomfort... Okazuje się, że buty i torebki są mi do życia zbędne w ilościach: "na każdą okazję", ale swetrów nigdy dość...;D


Wracając do tematu chemicznego kucharzenia.. te informacje traktujcie proszę ku przestrodze. Błękit, ładny czy nie, można się oczywiście posprzeczać. Mnie się osobiście nie podoba... Ale Połówek lubi. Marchewka z chabrowym błękitem to połączenie jak dla mnie idealne. Ale mój błękit miał być:
  • bardziej stalowy
  • bardziej stonowany
  • bardziej melanżowy
  • mniej niebieski
  • lepszy...
No ale nie wyszło, a przynajmniej nie tym razem. Farbowałam 4 motki na raz, ciężko było je wybarwić, podczas farbowania użyłam kilkanaście przeróżnych błękitów, niektóre były blade, inne ciemniejsze, stalowe, szare, turkusowe, zielonkawe, itp itd. Bawiłam się świetnie i... prawdopodobnie już na tym etapie wcierania w wełnę barwników mogłam ją subtelnie tym masowaniem sfilcować na mokro...
Ale to nie koniec bajki... żeby nie było tak pięknie postanowiłam te 4 motki w garze gotować zamiast do mikrofali dać, ale to nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że postanowiłam ciupkę wodę kolorami doprawić... i dodałam czarnego barwnika - dla uzyskania szarości i ... nosz kurcze blade, tego niebieskiego jeszcze! a po co? no nie wiem po co!
Koniec końców barwnik wchłonął się błyskawicznie, wełna zamiast przejść jest prawie jednolicie niebieska, i najchętniej posmarowałabym ją na jakiś... no nie wiem, ładniejszy niebieski? jakieś pomysły???


Marchewka powstała kompletnie inaczej. Chciałam się pobawić w efekt ombre, i udało się, minimalnie, stopniowo zanurzałam motek w garze z barwnikiem, wyciągałam i znów zanurzałam, aż w końcu wrzuciłam cały. Efekt końcowy bardzo mi się podoba, choć nie wiem czy widać na tym zdjęciu cokolwiek innego poza tą rażącą marchewką. 



Za wszelkie rady i porady jak nie filcować wełny podczas farbowania będę bardzo wdzięczna!
Za pomysł jak to zrobić, żeby złagodzić ten niebieski - będę po rękach całować. Kolory dostępne na ten moment w moim zestawie małego chemika to: czerwony, różowy, czarny, niebieski i żółty. Dodam tylko, że nie chciałabym całkowicie przefarbować, a co najwyżej podrasować, ztunningować  ;D

Z góry dziękuję! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *